Dzień zaczął się najlepiej jak mógł. Jak włączyłem telefon to przyszło powiadomienie. Kaśka urodziła! Pięknego małego, zdrowego chłopczyka. Cudownie! Dobra robota Kaśka, sprowadziłaś na świat nowego człowieka, gratulacje:)
Do głowy ciągle przychodzi mi Kung fu Panda. Jakoś bardzo mi się tu kojarzy. W ogóle kojarzy mi się z tym czasem w Chinach. Zwłaszcza jeśli chodzi o kuchnie. Tutaj ludzie dokładnie to jedzą co było w tej bajce. Zupy z kluskami i te śmiechowe pierożki.
Chyba jednak nie lało. Moi gospodarze balowali tylko do północy więc nieźle pospałem.
Trzeba się zastanowić co dalej. Nie jestem nawet w połowie drogi między Kunming a Laosem. A to już 3 dzień tej drogi. Idzie słabo. No to może spróbuję jednak złapać jakiś autokar? Schodzę do miasta i udaje się na niemały dworzec. Dupa. Nie da się w tamtym kierunku. Serio? No nie da się. Trzeba by wrócić do Kunming i brać pociąg. Byłem tam…
Shit. No to nie ma rady. Trzeba stopować. Mam jeszcze ostatnią koncepcję. Jechać przez góry. Według mapy jest tam kręta droga, która prowadzi prosto na granicę. Wygląda na wystarczająco małą aby dało się stopować i wystarczająco dużą aby jeździły tam jakieś auta. Będzie to trwało zdecydowanie dłużej niż autostradą ale nie mam za bardzo innego pomysłu. No to w drogę.
I to była chyba słuszna decyzja. Rozpoczyna się wędrówka (samochodowa) przez małe wioski, gęste lasy i zawiłe zakręty. Do głowy ciągle przychodzi mi Kung fu Panda. Jakoś bardzo mi się tu kojarzy. W ogóle kojarzy mi się z tym czasem w Chinach. Zwłaszcza jeśli chodzi o kuchnie. Tutaj ludzie dokładnie to jedzą co było w tej bajce. Zupy z kluskami i te śmiechowe pierożki. Swoją drogą, czy tylko ja za dzieciaka myślałem, że tymi patyczkami to oni ten ryż jedzą ziarnko po ziarnku? Według małego mnie, właśnie dlatego byli biedni, bo byli głupi.
Mam wrażenie, że tutaj ludzie chyba mówią jakimś lokalnym dialektem. Próba porozumienia się przez translator z panią co mnie podwoziła skończyła się tłumaczeniem „oral sex, 150”. No kusząca propozycja ale ja chciałem prosić tylko o podwózkę ?
Jakoś odkrywam, że jeżeli chodzi o chińską popkulturę to nie znam absolutnie nic. Z filmów kojarzę tylko wspomnianą pandę i Mulan. Tak, wiem że to nie chińskie, tylko amerykańskie. Ale co poradzę…
Oryginalną Mulan (bajkę, nie legendę) doceniam jako film i feminizm w dobrym wydaniu. Druga część to już w mojej ocenie chłam, a wersji aktorskiej nawet nie komentuję. Za to Kung fu Panda cała jest zajebista i już. Tzn. pierwsze trzy części, bo czwórki nie oglądałem to nie wiem.
Autostop w górach działa. Nie ma co się dziwić. Tylko jedna długa droga. Nie da się tu jechać za szybko. Późniejszym popołudniem dojeżdżamy do „checkpoint”. Moje ulubione… Kierowca mnie wysadza i mówi, że tutaj muszę przejść sam. No ok. Wcześniej zachodzę do sklepu kupić wodę i jakieś żarcie. Nie wiem jak pójdzie reszta dnia więc wolę coś mieć. O ile kuchnia chińska w knajpach jest bardzo przyjemna to to co sprzedają w sklepach jako przekąski czy suchy prowiant to jakieś totalne gówno. Jack kupił mi na drogę trochę takich produktów jak mnie pakował do pociągu. Nie dało się tego jeść. Zupki chińskie to to samo co wszędzie indziej. Ale wszelkiej maści konserwy czy tani cukier to jakieś obrzydlistwo. Aż szkoda na to marnować pieniądze. Zwlaszcza, że knajpki są na każdym rogu. No ale coś mieć powinienem. No to biorę jakiś mniej zły cukier i w drogę. Checkpoint.
Taka kontrola dokumentów. Oni to chyba mają po prostu takie dodatkowe zabezpieczenie w okolicy granicy. Dosyć powszechna praktyka. Tylko myślę, że strasznie upierdliwa dla tych co mieszkają lub pracują między checkpointem, a granicą.
O dziwo tym razem poszło mi bardzo przyjemnie. Nie przeszukiwali mnie. Pan strażnik wiedział co to autostop i potrafił korzystać z translatora. Nawet nie przejrzeli mi telefonu. Za to podali gorącą wodę (fu?) i zatrzymali dla mnie auto żeby mnie zabrało do najbliższej wsi (ciekawe czy dobrowolnie?). No i takie kontrole to ja rozumiem.
Niby się człowiekowi wydawało, że już jest na końcu świata, a tu nagle dociera do mieściny, w której na oko mieszka dziesiąt tysięcy ludzi. Może więcej. No cóż, Chiny 🙂
Mam wrażenie, że tutaj ludzie chyba mówią jakimś lokalnym dialektem. Próba porozumienia się przez translator z panią co mnie podwoziła skończyła się tłumaczeniem „oral sex, 150”. No kusząca propozycja ale ja chciałem prosić tylko o podwózkę ?
Ostatecznie docieram do jakiejś malutkiej mieściny. Ściemnia się. Dalej już nie pojadę. Może by spróbować powtórzyć patent z wczoraj?
Takiego trochę zagubionego wyłapuje mnie pewna babeczka z restauracji i zaprasza na jedzenie. To jej przy okazji opowiadam kim jestem i co robię. No to ta zaprowadza mnie za restauracje i mówi, że mogę spać tu w takim „garażu”. Zasłonięty. Będę bezpieczny. Biorę. Przy okazji babeczka zaprasza na „małe” co nieco. Bardzo smaczne. No i cóż… Nie daje sobie zapłacić.
Wydaje mi się, że babeczka z mężem prowadzi te restauracje. I choć wzrost ma niepozorny, a w knajpie znajduje się kilkunastu mężczyzn to nie mam wątpliwości kto tu rządzi. I dobrze. Jest mi przychylna więc jestem kryty;)
[modula id=”762″]
