No i dobrze, że ten pokój wczoraj też wziąłem. W nocy lało jak z cebra.
Poranek celowo robię niespieszny. Hotel muszę opuścić dopiero o 14.00. Trochę relaksu w łóżku. Powolne ogarnianie higieny i pakowania. Nawet jakiś trening zrobiłem. Po zdaniu pokoju idę do ryżowej knajpy, która tak urzekła mnie wczoraj, a potem od razu na trasę. I z tego wszystkiego zrobiła się 14.00… i zaczęło padać. Mało powiedziane. Zaczęło lać.
Wciąż leje. Pracownik stacji wskazuje mi opuszczony (lub niedokończony) budynek, w którym mogę się schronić. No to idę. W środku jest brudno, ale sucho i jest prąd.
Jeśli dobrze zrozumiałem podstawowe zasady taoizmu to chodzi o to żeby nie buntować się przeciwko zastanej rzeczywistości tylko płynąć z prądem. Albo raczej żeby wykorzystać okoliczności na swoją korzyść? Przepraszam tu wszystkich znawców tematu za swoje uproszczenia i ignorancję;). No to (tak jak ja rozumiem taoizm) postanawiam nie denerwować się na to, że pada tylko skryć się przed deszczem na stacji benzynowej. Tam spotykam pracownika, który oferuje mi stołek do siedzenia. Miło. Czekam i czekam. Mijają długie minuty. I nic. Jak lało tak leje.
Mam taką dziwną manierę, że jak zatrzymuje się w jakimś miejscu na dłuższy czas to lubię się rozejrzeć po okolicy. Jak czekam na samolot czy pociąg to często spaceruje po dworcu czy lotnisku. Lubię wiedzieć gdzie co jest. Nie oceniajcie xD. Tak mam;). No to sobie pomyślałem, że rozejrzę się wokół. I tak nie było nic do roboty. Za stacją nagle słyszę groźne warczenie i brzęk łańcucha. Ups… Słyszę choć nic nie widzę. No pomyślałem, że podejmę rękawice. Napiąłem się jak potrafiłem najmocniej i warknąłem parę razy. Mocny w gębie szczeniak od razu wyskoczył zza kartonu i wbiegł do budy obok… No dobra. Tak naprawdę to nie warknąłem tylko zacząłem się wycofywać. I jak tylko zrobiłem parę kroków w tył to niewielki pies rzucił się do moich kostek. Straty? Delikatnie podziabane spodnie. Nic czym bym się przejmował. No to może ja grzecznie wrócę do siedzenia na moim stołku.
Mój kierowca jeszcze ze mną trochę gawędzi, strzela sobie foty, bierze numer WeChat i mówi żebym koniecznie wrócił to pójdziemy się razem upić xD. No dziś już niestety nie zdążymy;).
Wciąż leje. Pracownik stacji wskazuje mi opuszczony (lub niedokończony) budynek, w którym mogę się schronić. No to idę. W środku jest brudno, ale sucho i jest prąd. Czekam kolejne długie chwile. Ogólnie jest słabo. Przez ostatnie dwa dni ruszyłem się o 120km. Słabizna. A teraz dochodzi już 16.00…
W końcu przestaje padać. Mam pokusę żeby może zostać tutaj jeszcze nockę, bo za dwie godziny będzie się już ściemniać. Ale nie. Trzeba próbować dalej. Idę na wylotówkę na autostradę.
Czekam czekam i nic. Czekam dalej i w końcu zatrzymuje się jakiś tir. Próbuję wybadać czy na pewno jedzie w moją stronę ale ten pokazuje żebym po prostu wsiadał. Taoizm – myślę. Wsiadam. I cyk, oczywiście, że typ jedzie w drugą stronę xD. Zajebiście… Teraz się cofam. Najbliższy zjazd z autostrady za 25km. Chyba jednak nie zostanę taoistą.
Od słowa do słowa coś się dogaduje z kierowcą przez translator (ziomek mocno angażuje się w moją podróż). Ostatecznie mówi, że zawiezie mnie na stację. Tylko najpierw załaduje ciężarówkę (czy wywrotkę xD – nie wiem). Tak też robimy. Zanim dojedziemy na stację jest już 19.00. Ale pociąg dopiero za godzinę. Mój dobrodziej dba o to, żebym dokładnie wszystko wiedział, gdzie, co jak i kiedy. Wogóle stacja jest pusta więc praktycznie wszyscy pracownicy zaangażowali się w kupno biletu dla mnie. Trochę to trwało. Nie wiem czemu. Jak wcześniej kupowałem sam to zajęło to 3 minuty.
Na stacji powoli pojawiają się jacyś ludzie. W tym rodzina z dwiema córeczkami. Koło 6 lat. Chyba bliźniaczki. Ale trudno powiedzieć, bo to jednak Azjatki. W każdym razie są bardzo bardzo zainteresowane moją osobą. A przy tym bardzo zawstydzone. Chyba pierwszy raz widzą białego. I to jeszcze z brodą. Wogóle temat dzieci w Chinach zasługuje na osobny wpis. To, że ich nie ma po prostu widać. Zwłaszcza w porównaniu z poprzednimi krajami, które odwiedziłem.
Mój kierowca jeszcze ze mną trochę gawędzi, strzela sobie foty, bierze numer WeChat i mówi żebym koniecznie wrócił to pójdziemy sie razem upić xD. No dziś już niestety nie zdążymy;).
Wszyscy pracownicy dbają o to żebym trafił na odpowiedni peron, a nawet na odpowiednią wysokość na tym peronie. Jest ileś rzeczy, które Chińczycy ogarniają dobrze – myślę. I dociera do mnie, przy okazji, że zaraz będę miał okazję posmakować też tej osławionej szybkiej, ultranowoczesnej kolei chińskiej. Mam wrażenie, że to jedna z głównych atrakcji w tym kraju. Zobaczymy.
Pociąg z początku mnie trochę zawodzi. Na pierwszy rzut oka niewiele się różni od tych wolnych. Za to obsługa to już zupełnie co innego. Jest luźno, nikt nie krzyczy. Pracownicy jak tylko zauważyli białego to podchodzili i tłumaczyli kiedy i gdzie mam wysiąść. Pociąg jest cichy, ale nie aż tak jak się spodziewałem. 150km pokonaliśmy w równą godzinę. Po drodze była jedna stacja. Kosztowało 28zł. Ogólnie przyjemnie. Ale też nie powiem żeby mi szczena opadła.
Dojeżdżam na miejsce (miejscowość, której nazwy nie pamiętam) to miałem poczucie, że szału nie ma. Stąd już dalej nie da się pojechać w kierunku, który mnie interesuje. Sama stacja jest oddalona od miasta o jakieś 5km. Jest 21.00 ciemno. Zupełnie ciemno. Droga do miasta nie oświetlona. Nie ma też jak się tam dostać autem. Pfff… Nie do końca wiadomo co robić. I tak nie ma co tu zostawać. No to idę. Ciemną ulicą. Jest tak ciemno, że nie ufam nawet odblaskom i czerwonej latareczce. Odpalam zywklą latarkę i świecę pod nogi. Nie ma tu chodnika ani nawet pobocza. Trzeba być ostrożnym.
Droga staje się trochę wyraźniejsza za sprawą tunelu. Próbuje złapać okazję ale nikt się nie zatrzymuje. Przechodzę cały tunel i jeszcze kawałek przez góry w stronę miasta.
Wspominałem, że czytam „Wędrówkę na zachód”. Tamtejsi mnisi podróżują na piechotę. Jeśli chcą coś zjeść lub dostać kąt do spania to muszą o to poprosić. I to jest coś co chodzi mi po głowie od wielu lat. Biblia opisuje coś co nazywa „świętym prawem gościnności” – czy jakoś tak. Ogólnie chodzi o to, żeby podróżnego „w dom przyjąć”. Zdaje się, że na bliskim wschodzie była pewna „presja” albo „norma” żeby zaopiekować się wędrowcem. Jeśli dobrze rozumiem, to kiedyś ktoś kto podróżował był w bardzo dużym stopniu zdany na dobrą wolę ludzi, których spotykał. Zwłaszcza jeśli chodzi o nocleg i jedzenie. Alternatywą było spanie gdzieś na drodze co było niebezpieczne (zbóje, zwierzęta itp.). Zdaje się, że starożytni Izraelici traktowali to „prawo gościnności” bardzo, bardzo poważnie. Jego złamanie zaliczało się do najcięższych grzechów. W wielu krajach, które odwiedzam wciąż czuć echo tego zwyczaju. Zwłaszcza w krajach arabskich czy islamskich. Przynajmniej z mojego ograniczonego doświadczenia tak to widzę. Wogóle „gościnność” jako cnota mam wrażenie, że została mocno zapomniana w krajach rozwiniętych czy zachodnich. Nie zamierzam prosić o jedzenie czy łóżko. To mi się chyba jeszcze nigdy nie zdarzyło (no nie licząc skautowego „explo”, ale to ostatnio 10 lat temu). Ale pomyślałem, że może zapytam mieszkańców czy dadzą mi rozbić namiot pod wiatą lub w garażu. Co szkodzi spróbować.
Pierwsza próba nieudana. Ciężko się było dogadać przez translator. Do tego małe dziecko w domu i ojciec „pachnący” alkoholem. Też bym się nie zgodził na ich miejscu. Idę dalej.
Droga staje się trochę wyraźniejsza za sprawą tunelu. Próbuje złapać okazję ale nikt się nie zatrzymuje. Przechodzę cały tunel i jeszcze kawałek przez góry w stronę miasta. Obok drogi dostrzegam jakiś spory kompleks, z którego dochodzą ludzkie odgłosy. Zajrzę – myślę. Bingo.
To jakiś duży warsztat samochodowy z wieloma stanowiskami. W środku przy stole sześciu typa pije, gra w karty i grilluje. Idealnie. Sześciu facetów, to nie będę sie mnie bali – myślę. Zagaduje, mówię o co chodzi. Najmłodszy z miejsca zaczyna mnie nagrywać na jakąś relacje z ichniejszego tiktoka czy innego Snapchata. Oferują nawet pokój i łóżko. Pokój brudny ale nie zmoknę. Wogóle to głównie dlatego tak „walczę” o ten nocleg bo zapowiadają ulewę w nocy. A ja już widziałem jak ulewa tu wygląda. No w każdym razie zapraszają, nakarmią, proponują papierosa – odmawiam, wódkę – też odmawiam. Ostatecznie kładą mnie spać. Tylko podejrzanie długo przeglądają mój paszport ?
Może jednak jest coś w tej chińskiej filozofii…
[modula id=”736″]
