Michael Travel
  • Home
  • Płaska Ziemia
  • Albumy
  • Info & Kontakt
2024-10-22 przez MikolajTD

Dzień 40

Dzień 40
2024-10-22 przez MikolajTD

Pobudka wczesna. Noc spokojna, ale o 5 zrobiło się już naprawdę zimno. I tak pospałem 6 godzin, więc nie ma tragedii. Przy zwijaniu namiotu muszę robić przerwy, żeby rozmrozić palce. Ogarniam się i idę trochę pochillować na stację. Tam jest ciepło i jest internet. Na stopa jeszcze za ciemno, a auta prawie nie jeżdżą.

Gdy się trochę rozjaśnia, łapię ciężarówkę i jadę dalej. Tirowiec podwozi mnie kawałek i zostawia w jakiejś wsi. I tu nagle dzieje się anomalia – autostop przestaje działać. „Co jest?”

Zastanawiam się. Kciuk w górze już dwie godziny i nic? (Btw. pierwszy raz w życiu na stopie kciuk mi odmarzał xD). Jest poniżej zera. Chyba w tak niskich temperaturach jeszcze nie stopowałem. Akurat tego jednego dnia, kiedy trochę mi się spieszy (samolot o 16:40), bogowie autostopa mnie zawodzą. Nosz kurde no.

Dobra, teraz szybko do toalety i… czas na transformację. Wszystkie ubrania na siebie. Dosłownie wszystkie

Dobra, w końcu ktoś się znalazł, zatrzymał, zainteresował, uśmiechnął, pocieszył… Ok, trochę popłynąłem. Ale ziomek zawiezie mnie bezpośrednio na lotnisko (a olać Kutaisi!). Rozpogodziło się. Wyszło słońce. Fajnie się zrobiło. Mój kierowca zjechał z trasy i zrobił przerwę na modlitwę. Co ciekawe, jest prawosławny. U muzułmanów takie zachowanie mnie nie zaskakuje, ale takiego chrześcijanina to spotkałem chyba pierwszy raz (tzn. na autostopie;). Zjeżdżamy z drogi i parkujemy pod jakimś monastyrem. Potem idziemy jeszcze na cmentarz zapalić świeczki na grobach bliskich mojego dzisiejszego dobrodzieja. Chyba wierzący – myślę.

Groby wyglądają zupełnie inaczej niż u nas. Rodzinne nagrobki mają wyznaczone kilka metrów kwadratowych, na których znajduje się mały ogród albo mały busz. Grób to tylko zwykła, prosta płyta nagrobna. Podoba mi się taka koncepcja.

Dojeżdżamy na lotnisko. 4 godziny przed czasem. Uffff. W pewnym momencie już się powoli zaczynałem denerwować…

Tyle czasu to akurat, żeby się ogarnąć. Zjeść, zorientować się na lotnisku, skorzystać z toalety i internetu. Jak już się ogarnąłem, podchodzę do odprawy. Pan za okienkiem zabiera mój paszport, patrzy na mnie, uśmiecha się i mówi: „ces”. Co? „Ces!”. Jaki ces? Kurna, czegoś nie mam! Ziomek nachyla się i mówi głośno i wyraźnie: „ceśc”. Kamień z serca. Cześć, cześć – odpowiadam. Każe mi zważyć plecak. Shit. 9 kg. Dozwolony ciężar – 5 kg. 50 euro. O co to, to nie. Nie ze mną takie numery. Mówię, że odchudzę przed wejściem na pokład. 4 kg, co to jest? Ziomek mówi, że mogę zapłacić jeszcze tu, żeby nie robić problemu przy wejściu na pokład. „Nie zamierzam płacić” – odpowiadam.

Czas na bramki. I teraz pytanie, czy przyczepią się do mojego sprzętu. Na papierze pewnie mogliby mnie pozbawić połowy tego, co ze sobą noszę (akurat by się odchudziło do dozwolonych 5 kg). W praktyce przechodzę przez bramki biedniejszy o nożyczki do paznokci i kozik. Nożyczki można spokojnie kupić przy pierwszej lepszej okazji. Kozika trochę szkoda. Dostałem od rodziców na święta (dziękuję!). Z drugiej strony to w założeniu miał być mały nożyk, którego w razie czego nie szkoda stracić, jeśli go wyłapią na lotnisku. Także można powiedzieć, że spełnił swoją rolę w 100 procentach. Dzięki, Rodzice. Btw. nie policzę, ile razy przewiozłem dużo większą kosę samolotem. Często nieświadomie xD.

Dobra, teraz szybko do toalety i… czas na transformację. Wszystkie ubrania na siebie. Dosłownie wszystkie (choć w sumie nie ma ich za wiele). Co się da, to do kieszeni spodni i kurtki. I „włala”. W plecaku został namiot, śpiwór, mata i pałatka. Powinno starczyć. Zeszło się, czas ładować się na pokład. Po okazaniu paszportu wita mnie uśmiechnięty (chyba szczerze) koleś od „ceść” i pokazuje ręką na wagę. Dobra, chwila prawdy. Kładę plecak (delikatnie podtrzymuję go u góry, chcąc ująć jeszcze trochę ciężaru) iii… 4,5 kg. HA. „Ok, go” – słyszę. Łatwo!!!

Samolot pełny, a ja… jakimś cudem siedzę sam i to przy oknie. No proszę. Czasem człowieka spotka też coś miłego. Siadam i biorę się za pisanie. Lot krótki, 2 godziny. Mija błyskawicznie.

Lądujemy. Atyrau. Podobnie jak poprzednie, to lotnisko jest malutkie, eleganckie i nowoczesne. No i bajka. Odprawa trwa dosłownie chwilę. To jedno z najpłynniejszych przejść przez granicę, jakie miałem (nie licząc Unii). Na noc zostaję na lotnisku. Toaleta jest, internet jest, ciepło jest. Znajduję miejsce, gdzie nie będę nikomu przeszkadzał, i lulu. Jestem w Kazachstanie. Fajnie 🙂

Poprzedni artykułDzień 39Następny artykuł Dzień 41

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

O Blogu

Jestem Michał, dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

Ostatnie wpisy

Pierwszy Vlog! Dzień 3582025-09-16
Dni 351 – 360 – Wrestling, moja przyszłość!2025-09-12
Dni 348 – 350 – Wśród kosmitów2025-09-08

Telefonik: +48 69dwa 4ysta98 sto20

Fundacja: Józefa Strusia 13a, Warszawa

Rife Free WordPress Theme ❤ Made by Apollo13Themes.com

Jestem Michał,

dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

RAAM
Gibraltar
Malta