Michael Travel
  • Home
  • Płaska Ziemia
  • Albumy
  • Info & Kontakt
2024-10-23 przez MikolajTD

Dzień 41

Dzień 41
2024-10-23 przez MikolajTD

Standardowe ogarnianie na lotnisku po nocce i lecimy z kolejnym dniem. Tylko co właściwie dalej? Z jakiegoś powodu dziś już nie mogłem się podłączyć do lotniskowej sieci. No trudno. Pogoda jest absolutnie paskudna. Trzeba się dostać do centrum. Wychodzę z lotniska, widzę pierwszy lepszy autobus i wchodzę. „Gdzieś dojadę” — myślę. Nie mam jeszcze kazachskiej gotówki — tenge. Nie mam też karty do podróżowania lokalną komunikacją miejską. No trudno, lecimy na gapę. Nie oceniajcie; ja bardzo bym chciał zapłacić te 80 groszy, ale po prostu nie mam jak ;). W autobusie zachowuję czujność. Na każdym przystanku przyglądam się, czy aby nie wchodzi ktoś z legitymacją kanara. W Gruzji z jednym już się popstrzykałem (ja miałem bilet, nie moja wina, że nie gadał po angielsku).

Kiedy byłem na targu kilka godzin wcześniej, trafiłem na dział mięsny. Wow. Baranina to jak u nas świnka. Świnek nie mają i nie jedzą. Ależ ja bym to wszystko smażył, piekł, gotował, dusił i jadł i próbował i smakował…

Okazuje się, że autobus dojeżdża pod ogromne centrum handlowe, tuż obok wylotówki w kierunku, w którym zamierzam się udać. Czasem trzeba po prostu dać życiu szansę 🙂

Plan na teraz: ogarnąć gotówkę, kartę SIM z internetem, coś do jedzenia i jakieś ekstra ubrania. Tu już jest zimno. Nie ma żartów.

Udaje się ogarnąć pierwsze trzy rzeczy. Ubrań wokół jest tu absolutnie mnóstwo, ale ostatecznie nie mam ochoty nic kupować. Ciekawe, czy wieczorem tego nie pożałuję xD. Ogarniam się i idę na wylotówkę.

Idzie gładko. Dwa auta i już jestem wyraźnie poza miastem. Jeden starszy pan, co mnie zabrał, ciągle do mnie nawija. Jak nakręcony. Oczywiście w ojczystym języku. I robi to strasznie głośno. Jeenyy… No ale zabrał, pomaga. Co więcej, zatrzymuje się przy jakiejś knajpie i zaprasza na obiad. Przy czym okazuje się, że tylko ja jem xD. I nie, nie ma opcji (choć próbowałem), żebym to ja za to zapłacił.

A co dostaję? Zupę, gęstą zupę z mięsem, makaronem i warzywami. Taki bardziej gulasz. I tu się zaczyna robić ciekawie. Owa zupa smakuje identycznie jak coś, co kiedyś sam „opracowałem” w czasach dorosłego, samodzielnego życia w mieszkaniu na Marysinie. To jest praktycznie to samo, tyle że ja przeważnie używałem wieprzowiny. Tutaj jest to mięso jakiegoś przeżuwacza. Chyba wołowina. Ale niewykluczone, że baranina lub (shit) konina. Do tego oczywiście chleb. Bardzo, bardzo mi smakuje.

Ludzie pytali mnie i zazdrościli jedzenia w Turcji czy Gruzji. Dla mnie to nie było nic szałowego. Za to jak usłyszałem, że Kazachowie mają jedno z największych (o ile nie największe) spożycie mięsa na świecie… Ślinka mi pociekła.

Kiedy byłem na targu kilka godzin wcześniej, trafiłem na dział mięsny. Wow. Baranina to jak u nas świnka. Świnek nie mają i nie jedzą (mimo wszystko jest to w jakimś stopniu kraj islamski). Ależ ja bym to wszystko smażył, piekł, gotował, dusił i jadł i próbował i smakował…

Od wielu lat w tym rejonie świata nic się nie zmieniło. Warunki rolnicze są jakie są. Są słabe. Za to świetne do hodowania wszelkiej maści nierozdzielnokopytnych, halal, koszernych czworonogów.

Kazachowie jedzą konie. W ogóle temat koni w tej części świata to jest sprawa, nad którą warto by się pochylić. Ale skupmy się jeszcze na jedzeniu. To, że jedzą konie, uprzedził mnie jeszcze Kazach, co mnie przewiózł przez Gruzję. Już dawno temu zastanawiałem się, czy w ramach mojej wrażliwości można jeść konie. W Europie od jakiegoś czasu jest to legalne. Spowiadać się z tego chyba nie trzeba… No i powiedzmy, że jest to pewien kontekst sytuacji… Jak będzie okazja, to zjem.

Step (stepy?). Wszędzie step. Jeden wielki, nieskończony step. Przyleciałem tu z Gruzji, która pod względem ukształtowania terenu znajduje się na zupełnie drugim końcu… nie wiem czego. A to dopiero początek. Dopiero zacząłem podróż po tym kraju. Takiego poczucia niekończącej się przestrzeni nie miałem chyba jeszcze nigdy wcześniej. Nawet w Stanach. Jestem w samym środku największego kontynentu. Najdalej od wszystkich oceanów, jak to tylko możliwe. I wszystko jest tu płaskie jak… Nie, tego nie powiem xD.

Jest taki internetowy mem o rzymskim imperium, którego genezy nigdy nie poznałem, a sensu nigdy nie zrozumiałem. W każdym razie, mi dużo częściej po głowie chodzi imperium mongolskie. Mam tak od kiedy obejrzałem odcinek o Mongołach z cyklu „Była sobie historia”? Czy tam „Był sobie człowiek”. „Byli sobie podróżnicy”? No, z tego cyklu, tych bajek, co kiedyś leciały w telewizji w niedzielę rano.

Jak oni to ogarnęli, to ja nie rozumiem. Myślałem o tym już w Turcji. Autem ciężko jest się uporać z tą przestrzenią. A oni zrobili to na koniach. I podbili pół znanego ówcześnie świata.

Ja wiem, że Czyngis-Chan to gwałciciel i morderca był. I z łatwością znalazłbym na niego jeszcze mnóstwo paskudnych przymiotników. I choć nie aspiruję do bycia takim jak on, to (nie mówię tego o wielu osobach), kurwa mać, ten facet mi po prostu imponuje. Jak się urodziłeś w nic nieznaczącej, podrzędnej rodzinie, którą i tak straciłeś za dzieciaka. Od najmłodszych lat jesteś zgnojony, zdradzony i straumatyzowany. A kończysz jako niekwestionowany przywódca największego imperium ówczesnego świata (jednego z największych w historii), które w dodatku stworzyłeś z gówna, praktycznie w pojedynkę. Masz więcej kobiet niż jesteś w stanie obsłużyć, i więcej dzieci niż jesteś w stanie spamiętać. Więcej miłości, niż jesteś w stanie przyjąć, więcej niewolników, niż jesteś w stanie policzyć. Więcej szacunku, niż wszyscy twoi podwładni razem wzięci… To to coś kurwa znaczy.

Wróćmy do mojej podróży. Zabiera mnie para w średnim wieku, w aucie, które jedzie już totalnie na słowo honoru. Przedstawiam im wcześniej przygotowaną notkę, że jestem Polakiem, podróżuję autostopem, śpię w namiocie itp. Komunikacja jest utrudniona. Oni chyba nawet po rosyjsku nie rozmawiają. Pozostaje translator. Też średnio daje radę, bo o zasięgu i dostępie do sieci na tym odludziu to można pomarzyć. Efekt? Dzisiejszą noc spędzam w ich domu. A jutro zabiorą mnie ze sobą do Aktobe. Dokładnie tam, gdzie planowałem się udać 🙂

Jest już ciemno. Zjeżdżamy z trasy na jakąś wieś i lądujemy na podwórku moich dobrodziejów. Na dworze z pewną rezerwą i podejrzliwością wita mnie kilku mężczyzn. Potem wracają do swoich zajęć. Na moje oko, obrabiają jakąś tłustą owieczkę. Jest ciemno, więc nie widać dokładnie. No ale na pewno nie jest to ani wieprz, ani krowa. Pozostaje owca. Może koźle.

W domu szerokimi uśmiechami wita mnie gromadka dzieciaków. Na oko 1, 3, 4, 6 i 12 lat. Co jest o tyle zaskakujące, że matka na najmłodszą nie wygląda. Poza tym babka, schorowana, ma problemy z chodzeniem. Dom lepiej prezentuje się w środku niż na zewnątrz. Jedyne, co rzuca się w oczy, to że jest pusty. Brak mebli, łóżek. Wszędzie dywany. No ale będzie ciepło. Cieszę się bardzo :). Szczerze powiedziawszy, nie wiem, co by było, gdyby mnie nie wzięli. Nocka zapowiada się spokojna i dodatkowo jest nieoceniona okazja do poznania Kazachów od kuchni.

Dla dzieciaków jestem atrakcją. Przychodzą, zaczepiają, prowokują. Przybijają piątki, coś tam gadają. Chyba zaakceptowały 🙂

Jemy kolację i do spania. Kazachstan zapowiada się absolutnie fantastycznie.

Poprzedni artykułDzień 40Następny artykuł Dzień 42

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

O Blogu

Jestem Michał, dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

Ostatnie wpisy

Pierwszy Vlog! Dzień 3582025-09-16
Dni 351 – 360 – Wrestling, moja przyszłość!2025-09-12
Dni 348 – 350 – Wśród kosmitów2025-09-08

Telefonik: +48 69dwa 4ysta98 sto20

Fundacja: Józefa Strusia 13a, Warszawa

Rife Free WordPress Theme ❤ Made by Apollo13Themes.com

Jestem Michał,

dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

RAAM
Gibraltar
Malta