Nie jestem przygotowany na takie temperatury nocą. Rano zostaję zaopatrzony w jabłka z lokalnego ogrodu (drzewa, kury, owce, pieski itd.) i ruszam w drogę do Dawid Garedża. Początek trasy idzie gładko, ale pod koniec już nic nie jeździ. Droga prowadzi tylko do wspomnianej atrakcji turystycznej, która otwiera się za półtorej godziny – przynajmniej oficjalnie. Na horyzoncie pojawia się auto, wyciągam kciuka, samochód staje, a z okna wyglądają twarze, które przypominają mi Polaków. „Cześć, zabierzecie mnie dalej?” – pytam. W odpowiedzi słyszę okrzyki pełne entuzjazmu na dźwięk ojczystego języka. No pewnie, że mnie zabiorą! Rodaka by nie zabrali?
Noc zapowiada się mroźna, więc muszę znaleźć dobrą miejscówkę, gdzie nie wieje. Idę spać w pobliżu stacji benzynowej, blisko samych wiatraków. Może nie dostanę raka…
Dojechaliśmy na miejsce, a potem jeszcze mnie odwieźli. Dawid Garedża, jaki jest, każdy może zobaczyć na zdjęciach – fajny. Sama trasa też była świetna. Góry, pagórki, kolory. Mnóstwo pasącego się obiadu… to znaczy, bydła.
Teraz jest ten moment, kiedy nie do końca wiem, co robić dalej. Decyduję się wrócić do Tbilisi (to jakieś 50 km stąd) i przemyśleć sprawę. Gruziński autostop jak zwykle nie zawodzi. W Tbilisi łapię internet i coś jem. Ostatecznie postanawiam jechać do Kutaisi i tam się zastanowić, co dalej.
Dojeżdżam komunikacją na autostradę, podnoszę kciuka i po chwili trafia się dobrodziej, który zgarnia mnie ze sobą. Po drodze zaprasza mnie na kolację do Wendy’s. Pewnie, że chętnie zjem! Mój nowy znajomy jedzie do swojego sadu jabłkowego niedaleko Gori. Sprzedaje setki tysięcy ton jabłek rocznie. „Nieźle” – myślę. Twierdzi, że w tym roku to słabiutko ze zbiorami. Pojedliśmy, pogadaliśmy, dodaliśmy się na Facebooku, zrobiliśmy selfie.
Mój dobrodziej mnie opuszcza, a ja postanawiam zostać w Wendy’s i przenocować gdzieś w okolicy. Już ciemno, dalej nie jadę. Rozważam, co zrobić dalej. Zasadniczo mam dwie opcje: albo lot do Azerbejdżanu, albo od razu do Kazachstanu. W pierwszym przypadku będę musiał złapać prom do Kazachstanu, a nie wiadomo, kiedy aktywują mi wizę. Nie chcę tracić czasu, więc decyduję się na lot do Atyrau (Kazachstan) z Kutaisi. Jutro. Trzeba cisnąć dalej, zanim zastanie mnie zima w środkowej Azji.
A wiecie, z czego słynie Gori? Z tego, że urodził się tam sam Józef Stalin! I z tego, że poza tym nie ma tam absolutnie nic ciekawego. Więc się nie zatrzymuję.
Noc zapowiada się mroźna, więc muszę znaleźć miejsce, w którym nie wieje. Idę spać blisko stacji benzynowej, przy samych wiatrakach. Może nie dostanę raka…








