Dłuuugo leżę w namiocie. Spałem słabiutko. Chyba coś mi siedzi w głowie. Albo to kwestia tej krętej trasy? Na zewnątrz pada. Znalazłem fajną miejscówkę do spania, na wzgórzu. Jest stąd doskonały widok na miasto, ale dziś jest mgła, więc dziś nie widać nic. Sprawdzam pogodę, wygląda na to, że lepiej nie będzie. No cóż… Czas wstawać. Zwijam graty i idę w miasto.
Na noc rozkładam się w wysokich trawach niedaleko jednego z najważniejszych monastyrów w Gruzji.
Dzisiaj i tak nie miałem ambitnych planów. Zobaczę kawałek Tbilisi, ale główne założenie to znaleźć miejsce, gdzie zdołam zjeść, ogarnąć toaletę, złapać internet i podładować baterie. Słyszałem, że kuchnia gruzińska należy do najsmaczniejszych na świecie. Zobaczmy… O jest! KFC.

Zamawiam spory kubełek, znajduję dobre siedzonko i biorę się za swoje rzeczy. Zamierzam tu spędzić ładnych parę godzin.
Jem, wysyłam znajomym zdjęcia i daję znać, jak idzie podróż. Podpytuję, co u nich. Z jednymi gadka się kręci, z innymi mniej. Odzywa się do mnie Kazach z wczoraj. Coś tam popracuję. Poza tym sprawdzam, co w internecie piszczy. Ogarniam jakąś trasę na Gruzję. Na dworze wciąż leje. Tego typu dni, przesiedziane na telefonie, są mi w podróży też potrzebne. Trochę żeby się ogarnąć, a trochę żeby odpocząć. Ale ogólnie nie czuję się za dobrze. Boli mnie głowa, chyba od pogody. Trochę mnie mdli. No ale ostatecznie udaje się ogarnąć jakiś plan na Gruzję. Zabieram, co zostało z kubełka na wynos, i idę się przejść jeszcze trochę po stolicy. Wciąż pada, jest już wieczór, ciemno. Ale coś tam się przeszedłem. Idę spać w wysokich trawach niedaleko jednego z najznamienitszych monastyrów w Gruzji. „Na 100% przywali się do mnie jakiś pies w nocy” – myślę. „Na 100%.”






