Otwieram jedno oko, drugie oko. Co jest? Czemu jestem cały mokry? I gdzie ja w ogóle jestem? I co właściwie robię? Już pamiętam. Podróżuje dookoła świata. Jestem w Nowej Zelandii. Spałem w namiocie nad rzeką. Padało. Zmokłem.
Trochę zbyt nonszalancko podszedłem do warunków pogodowych zeszłej nocy. Choć miejscówka fajna, to jednak nie sprawdziłem pogody. Padało i to bardzo. Namiot się już poddał niestety. W środku nocy w tym deszczu się wygramoliłem ze środka żeby okopać namiot i zawiesić pałatkę. Lubię wierzyć, że coś to daje. Na pewno by dało jakbym to zrobił zawczasu. Jestem cały przemoczony. Znalazłem jeszcze jedną parę grubych, suchych skarpet ale poza tym… No i pada. A w górach chmura. Ale nic. Jestem tak blisko. Mam czas. Głupio by było nie spróbować. Łapie stopa.
Już 15. A trasa liczy sobie… 19km. Szacunkowy podany czas na pokonanie tego dystansu to 6 godzin i 30 minut. Szit. To by oznaczało, że połowę tej drogi pokonam po ciemku. To jednak mimo wszystko są góry. Których w dodatku nie znam. I mamy zimę…
Spakowany. Biorę głęboki wdech. Dziś mija dokładnie 9 miesięcy jak wyruszyłem z domu.
Jak to uczcimy? Wejdziemy do Mordoru. Tak po prostu. A co. Kierunek, Tongariro. Wulkaniczny park narodowy, który Peter Jackson wybrał sobie na siedzibę Władcy Ciemności. Choć nie jestem pewien czy wyjdzie z tego coś spektakularnego.
Na miejsce dowożą mnie Azjaci. Jestem prawie na pewno pewien, że to Japończycy. Słowem się do mnie nie odezwali. Jechali na narty.
Docieram do turystycznego centrum w parku. Nie do końca jestem pewien co robić. Jest tu takie sławne przejście. Alpine Crossing. Ale zaczyna się dopiero kilka kilometrów stąd. Pogoda wciąż słaba. Już południe. Co robić? Wybieram drogę prowadzącą do początku Alpine Crossing, potem się zobaczy.
I dosyć szybko odkrywam, że to był błąd. Trasa jest cholernie ciężka. Nie ma może za dużo łażenia pod górę ale problem polega na tym, że dróżka jest po prostu zalana. A dookoła niej nie ma nic poza wysoką trawą.
Idę wolno. Bardzo wolno. Trasę kilka razy przecina rwący potok. Muszę się nieźle nakombinować żeby go pokonać nie wchodząc po kolana do wody. Miło by było przy okazji nie rozbić głowy o kamień. Buty co prawda i tak są już prawie całkowicie przemoczone ale to „prawie” robi jednak sporą różnicę. Ktoś kiedyś powiedział, że nic tak nie przemaka butów jak wysoka, mokra trawa. Cóż. Ktokolwiek to był, najwyraźniej nigdy nie wszedł po kolana do rwącej rzeki.
Woda, błoto, chmura, deszcz. Wyciągam poncho. Idę krok za krokiem i nagle… ŁU…
A nieee. Mamy rzadki przypadek niedokończonego upadku. Poślizgnąłem się i leciałem na plecy. Plecak oparł się o drewnianą deskę i nie pozwolił mi się do końca wygrzmocić. Miło z jego strony. Niestety przy okazji okrutnie obiłem prawy kciuk. „Złamany?” – myślę w pierwszej chwili. Boli jak cholera. Wygiął się paskudnie. Ale nie. Ani nie złamany, ani nie wybity. Ufffff. To dobrze. Ostatnie czego mi trzeba to złamanie w trakcie pokonywania takiej trasy (którą to, nota bene pokonuję w pojedynkę. Minąłem tylko jedną parę na samym początku). No nic. Idę dalej. A kciuk nawet się rusza i w ogóle.
Droga staje się odrobinę prostsza. Wychodzę na równinę. Widać nawet kawałek wulkanu i trochę promieni słonecznych. To motywuje. Butuję dalej.
Docieram do kolejnego punktu. Przejście 8km zajęło mi 3 godziny. Po naprawdę paskudnej trasie, na której nie specjalnie nawet było co oglądać. Wszędzie tylko trawy. No ale jestem. Tu zaczyna się Alpine Crossing. To tutaj są wszystkie najbardziej spektakularne widoki. Tylko, że jest jeden problem. Już 15. A trasa liczy sobie… 19km. Szacunkowy podany czas na pokonanie tego dystansu to 6 godzin i 30 minut. Szit. To by oznaczało, że połowę tej drogi pokonam po ciemku. To jednak mimo wszytko są góry. Których w dodatku nie znam. I mamy zimę…
Proste, że idę. Nie ma za dużo innych opcji. Mógłbym zejść na ulicę łapać stopa… I do końca życia żałować, że nie spróbowałem. Mógłbym gdzieś się tu rozbić i zaatakować szlak o poranku. To by była najmądrzejsza opcja. No ale ja akurat, tak się składa, że do najmądrzejszych nie należę. Co ja będę tu robił do nocy? Bez sensu. Idę.
Słyszałem, że przejście może być kompletnie zaśnieżone. Wtedy nie byłoby o czym gadać. Ale nie jest. To nie ma się nad czym zastanawiać. W drogę.
Jako światowej klasy autorytet w kwestii wychowywania nastoletnich chłopców oficjalnie oświadczam: żaden chłopiec, który w pewnym momencie swojej młodości/dzieciństwa nie przeżył fazy na zebranie swojej drużyny i wyruszenie w drogę do Mordoru, nie może być w przyszłości prawdziwym mężczyzną.
No, a przynajmniej ja wychowałem się na tych Tolkienowskich opowieściach (czy też głównie filmach). I bardzo dobrze.
Miłość do butowania odkryłem w skautingu 13 lat temu. Wizja samotnego przemierzania Śródziemia aż do teraz wydawała się zbyt śmiała żeby myśleć o niej na poważnie. A tu proszę. Jestem. Ja. Sam. W pojedynkę przychodzi mi zmierzyć się z Mordorem.
Pomimo mokrego wszystkiego, entuzjazm jest spory. Ścieżka tutaj jest już duuuużo prostsza. Na początku prawie płaska. I to po podeście. Pffffff. Co to za jakaś trasa dla przedszkolaków. Czy innych hobbitów.
Pierwsza tabliczka. Pokazuje, że jeżeli jest bezchmurnie i świeci słońce to mogę iść. A jak chmura to mam zawrócić. Porównuje widok z obrazka ze stanem faktycznym. Uważam, że pogoda jest niemal doskonała. Idę dalej.
Na ogół w słuchawkach lecą mi wykłady, wywiady, eseje czy podcasty. Ale w Nowej Zelandii banujemy to wszystko i jedyne co ma prawo brzęczeć w uszach to soundtrack z Władcy Pierścieni i Hobbita. No, może trochę przesadzam, ale tylko trochę;)
Zaczyna się robić stromo. Jest mgliście i kamieniście. Zastanawiałem się czy jest sens atakować ten park w taką pogodę ale już nie mam wątpliwości, że jak najbardziej tak. W pełnym słońcu widoki pewnie byłyby bardziej imponujące ale i tak jest cudownie.
Zaczyna się droga pod górę. Strome podejście. Dyszę. Muzyka motywuje. Kilka kawałków złożyło się absolutnie idealnie z krajobrazem wzbudzając filmowe uczucie epickości.
No ale fajnie też schować słuchawki i być wyłącznie tu i teraz. Droga wciąż pod górę. Wieje coraz bardziej. Zaczynam czuć wyzwanie. Dobrze. Fajnie.
Łatwo nie jest. Ale krok za krokiem posuwam się dalej. Pot spływa po karku. Wiatr podwiewa pelerynę i okrutnie smaga po placach. Przywiązuję poncho do tułowia i idę dalej.
Gdzieś w oddali ukazuje się szczyt. Motywuje. Wskazuje cel. Nadaje perspektywę. Jeszcze kilka chwil.
I jestem. W końcu. Dotarłem. Na samej górze wieje przeraźliwie. Powinien ukazać mi się tutaj wielki krater. Ale nie przy tej pogodzie. Kilka fot na dowód i lecimy dalej. Nie ma co tu siedzieć. Trzeba obrać kolejny cel i iść.
To okazuje się nie takie proste. Dojście na szczyt zajęło mi niemal dokładnie 3 godziny. O godzinę szybciej niż przewidywała trasa. Ale i tak… Zaczyna się ściemniać. To tego obawiałem się najbardziej. Trasa oznaczona jest samotnymi słupkami. We mgle czasem ciężko je było dostrzec, a jak zajdzie słońce…
Idę. Ale po chwili się cofam. To wygląda raczej jak urwisko niż szlak. Sprawdzam parę razy. Ale nie ma innej drogi. No nic. To próbuje. Ufff. Dobrze. To właściwy kierunek.
Pociągam nosem. „To zapach siarki. Chyba zbliżamy się do celu”. Docieramy do głównej atrakcji trasy. Wielkich kraterów. Zdążyłem jeszcze na ostatnie promienie słońca. Na zdjęciach już za bardzo nie widać. Ale na żywo klimat był niesamowity.
To uczucie kiedy zupełnie sam wchodzisz w samo serce bazy wroga. Zmęczony. Niedospany. Zaczynają mi się przewidywać rzeczy. Co i rusz widzę orka czy innego goblina wyskakującego zza skały. Cokolwiek zza niej nie wyskoczy, nie cofnę się!
Droga nie staje się prostsza. Góra, dół, góra, dół. Zgubiłem ścieżkę. Jest już zupełnie ciemno. Idę na czuja. Ale dostrzegam tabliczkę. Świetnie – myślę. Sprawdzam co jest na niej napisane. „VOLCANIC DANGER. TURN AROUND. GO BACK”. A właśnie. Czy wspominałem, że cały park to jeden wielki aktywny wulkan?
Błądzę. Nie mam pojęcia gdzie jestem. Kręcę się w kółko. „To miejsce wygląda znajomo…”
Z pomocą przychodzi google maps. Internetu nie ma ale GPS jest. Na mapie widać trasę więc nawigacja nie jest trudna. Wracam na ścieżkę.
Potem jeszcze nie raz z niej zejdę. Ale w końcu trasa się upraszcza i wypłaszcza. W końcu zamienia się w utwardzoną, oznaczoną ścieżkę. Stąd wciąż jeszcze ładnych parę kilometrów ale przynajmniej wiadomo gdzie iść.
Zmęczenie daje się we znaki. Cały dzień jestem przemoczony. Na górze wiało jak cholera. Nie mogłem tam zostać. To mogłoby się źle skończyć. Muszę być w ruchu. Ale już jest ciężko.
Jeśli tylko miałbym na swojej drodze jakieś domostwo to na tym etapie nie wahałbym się już prosić o pomoc. Ale niczego w okolicy nie widać. Jest tylko jedna droga. W dół. Innej nie ma.
Łydki już palą. Kolana krzyczą. Bark i prawa łopatka okrutnie się spięła. Nic dziwnego. Dziś, ze względu na wodę, plecak jest znacząco cięższy.
Raz, dwa. Raz, dwa. Krok za krokiem. Krok po kroku. Byle do przodu.
Dawno już nie zdążyło mi się sprawdzać na mapie ile mi jeszcze zostało do przejścia w momencie kiedy do celu mam mniej niż 2km. Tym razem sprawdzałem już niemal co 100 metrów. Aż w końcu jest. Wyjście z parku. Podnóże góry. I tu czeka na mnie wspaniały prezent. Wielka wiata. Idealnie ochroni mnie nocą przed deszczem. Jejku jak wspaniale. Nie muszę rozstawiać namiotu.
Siadam. Powoli. Teraz wszytko już robię powoli. Bo wszytko mnie boli. No ale nie ma się co dziwić Alpine Crossing ukończyłem w 6 godzin. 19km. W sumie dziś spokojnie ponad 30. Po naprawdę nie łatwych szlakach. Od początku do końca, cały przemoczony. Pozostaje coś zjeść (prawie nic dziś nie jadłem) i do śpiwora. Mokrego. Ech. Mokry śpiwór. Amator…
Temperatura temperaturą, ale spanie w mokrym to naprawdę paskudne doświadczenie. Ale coś mi mówi, że zmęczenie jednak zrobi swoje i prędko zasnę.
Zdecydowanie było to godne uczczenie 9 miesięcy w podróży.
Kładąc się spać, zastanawiam się czy było warto. Zmiana trasy. Zawracanie. Tyle czasu. Tyle wysiłku…
Jedno jest pewne. Doświadczenie samotnego przemierzania Mordoru nocą zostanie ze mną już na zawsze.























































































































