Następny poranek się przeciąga. Sionne wrócił z pracy i uciął sobie drzemkę. Ja za to zostałem poczęstowany śniadaniem królów. Tzn. jajka z bekonem i tostem. No czyż istnieje na tym świecie coś piękniejszego?
Moi gospodarze to ciepli, gościnni, otwarci i po prostu wspaniali ludzie. Bardzo się starają żebym czuł się u nich komfortowo. Gospodarz pracuje w fabryce przetwórstwa mlecznego, a gospodyni jest pielęgniarką. Sionne powtarza, że z przyjemnością odwiózł by mnie aż do parku Tongariro (130km drogi), bo zawsze dba o to żeby autostopowicze dotarli dokładnie tam gdzie jadą ale akurat dziś nie może. Dziś cała rodzina jedzie do Auckland. Tam mają spotkanie swojego kościoła. To chrześcijanie w wersji z Tongo. W ogóle to tutaj jest dużo różnych chrześcijańskich grup. I żyją one chyba dosyć blisko ze sobą. Trochę jak u nas różne wspólnoty w ramach jednego kościoła. Tutaj różne kościoły w ramach jednej wiary.
Problem jest taki, że pogoda w Tongaririo jest… Słaba. I to bardzo. Hmm… Nie jestem pewien czy jest sens.
W efekcie na razie zmieniam plany. Jadę do innej, polecanej przez wielu miejscówki. Waiotapu Thermal Wonderland. Sadzawki z gorącą bulgoczącą wodą:).
Moi dobrodzieje odwożą mnie pod wejście, a sami ruszaj dalej. Co za wspaniali ludzie. Dzięki! Dzięki za wszystko!
Wstęp 80zł. W ramach biletu, stempel na rękę. A jak było? Do zdjęć dodam tylko, że śmierdziało siarką jak 150;).
Po spacerze trzeba podjąć decyzję. Co dalej. Na północ do Hobbitonu? Czy cofnąć się jeszcze i mimo wszystko zaatakować Mordor. W ogóle co to za dylemat xD.
Kij. Mam czas. Jakbym nie kalkulował to wychodzi, że mam kilka dni zapasu. Nie zamierzam siedzieć na tyłku w Auckland. Jadę na południe.
Po drodze mijam gorąca rzekę. Źródło? No wygląda jak rzeka i jest ciepła. W środku cziluje jeden jegomość. Może by też tak wskoczyć? Eee… Nie tym razem.
Pierwszy stop, zestresowana babeczka (coś jej się bardzo nieprzyjemnego wydarzyło dzisiaj w sądzie) narzekająca na to, że cały świat jest skorumpowany, mająca przy tym zaskakująco mocne opinie na temat wojny na Ukrainie. Niesamowite. Nawet tutaj, na końcu świata, wszyscy są ekspertami od geopolityki. Dodatkowo co jakiś czas mnie zapytuje czy aby nie jestem seryjnym mordercą i czy nie zamierzam… Zrobić jej krzywdy 😅.
Drugi stop spokojniejszy. Strażak ochotnik. Młody chłopak, który mówi, że może zabrać mnie gdzieś dalej, bo akurat nie on płaci za paliwo. Ląduję ostatecznie w Turangi. Malutka miejscowość nad rzeczką. Stąd już nie daleko do Tongariro. Ale to jutro. Dziś tylko kolacja (znowu BK) i nocleg pod namiotem.
Dzień 277 – Sadzawki z gorącą bulgoczącą wodą
Poprzedni artykułDzień 276 - Maorysi. I super!
Następny artykuł Dzień 278 - Alpine Crossing ukończyłem w 6 godzin
Następny artykuł Dzień 278 - Alpine Crossing ukończyłem w 6 godzin
































































































































