Moja host rodzina to mama, szóstka dzieci i „siostra”. Mama ma 34 lata. Dzieciaki w wieku 7-17. Taka młoda, a już się uwinęła z tyloma pociechami. Nieźle. Rano jest dosyć zabawny harmider jak cała ekipa przygotowuje się do wyjścia do szkoły.
W domu mieszka i pomaga „siostra”, o której moja gospodyni mówi, że ją adoptowała. To znaczy spotkała kiedyś na ulicy. Siostra była w ciąży i bez dachu nad głową. To moja dobrodziejka wzięła ją do siebie. I tak już została. Pomaga w ogarnianiu całego tego towarzystwa. Dzieciaki ją kochają. Jej własna córka została jej zabrana decyzją władz. Ale czasem się widują.
A owa rodzina to Maorysi. Taka niespodzianka. Przy śniadaniu moja dobrodziejka opowiada mi o kulturze swoich ludzi. Mówi, że tu w mieście jest mnóstwo jej kuzynek i kuzynów. I że Maorysi mają swoją sztukę, muzykę, a nawet swoją królową. „My Maorysi trzymamy się razem. Wspieramy, pomagamy”. Wierzę.
Moja hostka odbiera wcześniej najmłodszą córkę ze szkoły to przy okazji odstawia mnie w centrum miasta. New Playmouth jest przyjemne. Ładny widok na morze ale gór akurat nie widać. Mgła zasłania.
Ląduję w Burger Kingu i czekam na Jono. Ten jest jeszcze na spotkaniu ze swoim wujkiem ale zaraz powinien przyjechać. Jest.
Mówi, że jeszcze nie jadł śniadania więc zaprasza na whoopera. No akurat ja już jadłem… Więc oczywiście, że się daję zaprosić.
Ruszamy w drogę. W planach mamy odwiedzić jakiś niesamowity las. Jono słyszał o nim, że warto zobaczyć, a że sam nigdy nie był (szok!). To jedziemy.
Krajobraz mamy bardzo przyjemny. Wszędzie wokół zielone pagórki. Bardzo uspokajająco. Trochę taki Windows XP. Brakuje tylko wentylatora pracującego w tle. Pr pr pr pr pr pr.
Dojeżdżamy. Pureora Forest Park. Wchodzimy do lasu. I ten faktycznie robi wrażenie. Drzewa przeogromne. Grubaśne. I kompletna cisza. Ani jednego hałasującego, tudzież śpiewającego ptaszka. Szlak nie jest długi. Ale bardzo satysfakcjonujący. Fajnie.
Stąd Jono już będzie jechał w stronę Auckland. Ja chcę najpierw odbić do jednego parku narodowego na południe. Mój kierowca podrzuca mnie jeszcze kawałek na dobrą trasę i pora się pożegnać. Fajnie było. Jonathan zrobił mi naprawdę spory kawałek Nowej Zelandii. I sporo nadrobił żeby mi parę rzeczy pokazać. On sam mówi, że dla niego też to była prawdziwa przyjemność. Przez 4 dni przejechaliśmy w sumie 1000km zahaczając po drodze o bardzo fajne miejscówki. Dodatkowo możliwość wymiany myśli i posłuchania o kraju od kogoś kto zna go jak własną kieszeń, bezcenne. Dzięki Jono!
Rozpogodziło się. Wystawiam kciuka. Po dłuższej chwili zatrzymuje się auto. Kierowcą jest Sionne. Pochodzi z Tonga. Przyjechał do Nowej Zelandii z rodziną kilka lat temu. Akurat jedzie do pracy na nocną zmianę ale kawałek może mnie podwieźć. To jedziemy.
Sionne zaczyna mi opowiadać, że zawsze bierze autostopowiczów i że jest ich tu mnóstwo tylko nie o tej porze roku. Mówi też, że zawsze zaprasza ich na nocleg do siebie do domu. Nie posiada dużo ale co ma tym się dzieli.
Umawiamy się tak. Mój nowy kierowca wysadzi mnie na skrzyżowaniu. Ale jak przez godzinę nic nie złapię to zadzwonię do niego to przyjedzie po mnie jego żona i zabierze mnie do ich domu. W to mi graj. Jacy tu są w ogóle wspaniali ludzie w tym kraju.
Przez następną godzinę nie stanęło nic. I nie ma się co dziwić, bo już ciemno i pada. No to wykonuje taktyczny telefon do mojego kolejnego dobrodzieja i już po 20 minutach przyjeżdża po mnie Melody. Z dwuletnią córeczką. Niesamowite to dla mnie jest jacy ludzie potrafią być otwarci. Jedziemy po kolację, a potem do domu.
Melody jest wspaniała. Opowiada mi o swojej rodzinie i o Tongo. Mówi, że tam każdy sobie pomaga i jak pojadę to każdy mnie zabierze na stopa, do domu i da jeść. Bo Ci ludzie po prostu tacy są.
Domek bardzo przytulny. Trochę chaos, bo jednak mieszka tu malutka dziewczynka ale to tylko dodaje uroku. Kolacja i spanie. Padam. Druga nocka z rzędu w łóżku. Za dobrze mi, oj za dobrze.















































































