Poranek taki z kategorii przyjemnych. Niestety izolacja od ziemi była słaba i to było czuć ale poranny widok wszystko wynagrodził. Nowa Zelandia wciąż robi wrażenie.
Sprawdzam telefon. Jono przysłał SMS. Nie zdążyłem przeczytać do końca, a już słyszę jakieś trąbienie. To Jono. Akurat na siebie wpadliśmy. Tzn. on w aucie. Taka niespodzianka.
Szybkie zakupy żeby było co jeść na promie i w drogę. Trzeba swoje odstać w kolejce. Ale standard naszej jednostki wynagradza wszystko. W środku jest dobrze. Nawet bardzo. Mnóstwo przestrzeni. Wygodne fotele. Niczym nie przypomina to żadnego dotychczasowego promu jakim pływałem. Wygląda na to, że 4 godziny minie gładko. Zwłaszcza, że widoczki wspaniałe.
Minęły prawie gładko. Jak wypłynęliśmy na morze to zaczęło mocno bujać. Trochę się już w życiu napływałem. Nigdy mnie jeszcze choroba morska nie złapała. Ale tym razem aż poszedłem usiąść w środkowej części statku (tam mniej buja) i (nomen omen) odpłynąłem.
Docieramy do Wellington. Dla niezorientowanych, to stolica Nowej Zelandii. Najbardziej wysunięta na południe stolica na świecie. Nieduża. Nieco ponad 200 tysięcy mieszkańców.
Rozdzielamy się. Jono chce spotkać się z jakimś swoim kolegą. Ja coś pozwiedzam.
Ogólnie nie mam jakiś specjalnych oczekiwań. Nie po, delikatnie rozczarowującym, Christchurch. Robię mały research. Są tu jakieś muzea. Studia filmowe. Spasuje. Udam się do Mount Victoria Town Belt. Jest tu fajne wzgórze z widokiem na miasto. Ono samo nie robi na mnie żadnego wrażenia ale jego położenie jest bardzo, bardzo urokliwe.
Poza tym w tutejszym parku jest sporo miejscówek z kategorii „o właśnie tutaj nagrywali Władcę Pierścieni”. O tędy szły Hobbity. A tędy jechał Nazgul. A tamtędy Hobbity uciekały, a tu się przewróciły. Jest ikoniczna miejscówka, w której niziołki ukryły się przed upiorem. Swoją drogą to nie miało prawa zadziałać. Ha, wiedziałem. Jeszcze jest stąd idealny widok na miasto xD.
W ogóle to dla maniaków filmowej trylogii o dwóch takich co tak po prostu weszli do Mordoru, Nowa Zelandia to prawdziwy raj na ziemi. W sumie w kraju jest 140 lokacji, na których robili zdjęcia. Gratka dla fanów Śródziemia.
Ściemnia się. Na chwilę do supermarketu, potem pizza na kolację. Hmm… Trzeba by ogarnąć jakieś spanie.
Następnego dnia, po indywidualnym śniadaniu spotykam się z moim dobrodziejem w centrum. Jedziemy dalej. I chyba pierwszy raz mam wrażenie, że trasa nie jest jakoś szczególnie ciekawa. Szok. No, a przynajmniej na początku. Potem widzimy z oddali Tongariro National Park – filmowy Mordor. Tam jeszcze planujemy zajechać. Tzn. ja planuję. A po drugiej stronie. Taranaki. Ogromny wulkan. Zwany też „Lonely Mountain”. Ponoć kształt posłużył jako inspiracja do hobbiciej „Samotnej Góry” ale filmu tu nie kręcili. Tak czy owak, to mój jutrzejszy cel. Wkrótce się rozstaję z moim dobrodziejem.
Właśnie. Jonathan. Starszy jegomość z klasą. Rasowy Nowozelandczyk. Syn nauczycieli. Z tej racji w dzieciństwie dużo podróżował po kraju i mieszkał w wielu jego rejonach. Wie bardzo dużo i chętnie się ze mną swoją wiedzą dzieli. Pracuje dla jakiejś ekologicznej organizacji pozarządowej. Edukują biznes i osoby indywidualne z zakresu ochrony fauny i flory w NZ. To temat tutaj dosyć wrażliwy. Wyspa, podobnie jak Australia, jest domem dla wielu gatunków endemicznych. Bardzo pilnują żeby tego nie zepsuć.
Mój dobrodziej opowiada mi o historii swojej ojczyzny. W tym o Maorysach. Rdzennych (choć może lepiej powiedzieć „pierwszych”) mieszkańcach Nowej Zelandii. To Polinezyjczycy, którzy osiedlili się tu około tysiąca lat temu.
Oczywiście, przypadek trudnej przeszłości kolonialnej. Ale Maorysi wydają się być bardziej zintegrowani ze społeczeństwem niż np. Aborygeni a Australii. I mniej widoczni. O ile nie noszą akurat charakterystycznego tatuażu na brodzie. Albo nie performują swoich kulturowych tańców w sejmie (złoto, polecam xD).
Jono mieszkał wszędzie i ma przyjaciół wszędzie. Gdzie nie pojedziemy tam on ma jakichś kumpli. Zatrzymujemy się w jakimś nieznanym nikomu za bardzo miasteczku. Mój kierowca idzie na kawę z kolegą. No to ja pójdę na pizzę… Sam.
Zbliżamy się do New Playmouth. Tutaj z kolei Jono ma wujka, z którym planuje się spotkać jutro.
Plan mam taki żeby wysadzić się w okolicznej wsi, przed New Playmouth i stąd jutro wybrać się do parku narodowego. Czas się pożegnać. To było dobre i fajne kilka dni. Czas żeby każdy poszedł w swoją stronę. Jest tylko jeden problem…
W parku narodowym pada. Nawet leje. I według prognozy nie zmieni się to przez kilka najbliższych dni. Hmm… Jono proponuję, że zawiezie mnie do parku i tam się zastanowię co dalej. To by było bardzo pomocne.
Droga jest wąska, ciemna i pusta. Dojeżdżamy do parkingu u podnóża góry. Wciąż pada. I nie ma żadnej wiaty pod którą można by się tu schować. Ech. Czy warto? W nocy zmoknę. Potem jak pójdę na szlak to nie wyschnę. Za dużo też nie zobaczę. Park na zdjęciach robi świetne wrażenie. Ale tu i teraz… Nie widać nic. Mgła totalna. W dodatku powrót do miasta stopem może być trudny. Szczerze to nie sądzę aby zbyt wiele aut się tu jutro zameldowało. Jeśli w ogóle jakiekolwiek. No nic. Trudno. Zmiana planów. Jadę z Jono do New Playmouth.
W sumie jestem mojemu dobrodziejowi bardzo wdzięczny, że mnie tu przywiózł. Gdyby nie to, to pewnie z marnym skutkiem jutro próbowałbym to zrobić na własną rękę. A tak, zaoszczędziłem dzień. Jono ogarnia sobie jakiś nocleg. Ja ładuje się do Burger Kinga. Odpalam apki. I niespodzianka. Znajduje się host. To Maorysi:)































































































