„W pewnej norze ziemnej mieszkał sobie pewien hobbit.”

Zgodnie z przewidywaniami zasnąłem pomimo paskudnych warunków. Choć do najprzyjemniejszych to ta nocka nie należała. Mokre wszystko.
Kolejne godziny spędzam na powolnym stopowaniu na północ. Po drodze rozkoszuje się widokami. Rozpogodziło się. Akurat dzień po tym jak odwiedziłem Tongariro… Ostatecznie ląduje z powrotem u moich przyjaciół z Tonga. Sionne i Melody wyraźnie zaznaczyli abym dzwonił w razie potrzeby. Ich dom jest znowu po drodze więc idealnie się złożyło. Dzięki nim mogę się porządnie wyprać (cały sprzęt, łącznie z butami, namiotem i plecakiem) i odpocząć. To ważne, bo już niedługo przyjdzie mi zapakować się do samolotu i przemierzyć ocean. Wypadałoby nie śmierdzieć. Ale najpierw muszę pojechać w jeszcze jedno miejsce.
„Świat nie jest w twoich książkach, mapach… On jest tam”
Następnego ranka w domu panuje niemały harmider. Niedziela. Moi dobrodzieje jadą do kościoła. Swojego Tongijskiego. To kawałek stąd. Jakaś godzina drogi. Podrzucą mnie przy okazji na trasę.
Dzięki Sionne i Melody! Dzięki za wszystko!
Stopa łapie gładko. Dwa przejazdy i jestem na miejscu. Gdzie? W Hobbtionie!
Tak, czas na deser na naszej nowozelandzkiej trasie. Plan filmowy Hobbiton. Czasem mam wrażenie, że połowa z tej połowy ludzi, którzy tak bardzo chcą odwiedzić NZ ze względu na Władcę Pierścieni, chciałaby przede wszystkim przyjechać właśnie tutaj. Poczuć sielski klimat słodkiego, bezstresowego życia pod zielonym pagórkiem. Skoncentrowanego na ważeniu piwa i paleniu fajkowego ziela. I na jedzeniu. Na częstym i dobrym jedzeniu. Ludzie, którzy umiłowali ciszę i spokój.
Pociągająca fantazja. A jak jest w praktyce? Czas się przekonać.
„Kto szuka, ten najczęściej coś znajdzie, niestety czasem zgoła nie to, czego mu potrzeba ”
Mam trochę obawy czy uda mi się wejść. Słyszałem, że jak się nie ma rezerwacji to czasem czeka się i kilka godzin. Pierwsze wrażenie to podejrzliwość. Nie ma tu za dużo czegokolwiek. Lokalizuje napis „tickets”. Wchodzę. Pytam jak to działa wszystko.
Po planie filmowym poruszać się można tylko w zorganizowanej grupie z przewodnikiem. Mech… Nie lubię. Ale samemu nie można. Trudno. Kiedy mogę wejść? Za 15 minut. O, to wspaniale. A ile to kosztuje? Ekhm… 270zł.
No nic. Trzeba zapłacić. To, że nie zobaczyłem pandy w Chinach to mama już prawie zapomniała ale jakbym nie odwiedził Hobbitonu… Tego to by mi chyba nigdy nie wybaczyła.
Kupuję. Trzeba podać imię. Zapisuję w oryginale. Dziewczyna za biurkiem pyta czy aby przypadkiem nie jestem z Polski. A jestem. „O, to wspaniałe. W sierpniu jadę do Krakowa. Może chciałbyś być moim przewodnikiem i mnie oprowadzić?” rzuca, posyłając mi przy okazji uwodzicielskie spojrzenie. W sierpniu? Kobieto! W Sierpniu to ja będę wciąż na drugim końcu świata.
„Czarodziej nigdy się nie spóźnia, nie jest też zbyt wcześnie, przybywa wtedy kiedy ma na to ochotę”
Na sam plan filmowy dojeżdża się stąd autokarem. Hobbitonu nie da się zobaczyć z zewnątrz, bo cały jest skryty za pagórkiem. W oczy rzucają mi się pracownicy. Faceci z krzaczastymi brodami, dziewczęta z doczepionymi elfimi uszami. Jest klimat.
Wchodzimy do autokaru. Grupa nie za duża. To dobrze. W drogę.
Przyznaję. Od kiedy usłyszałem, że Hobbiton istnieje, wciąż stoi i można go zwiedzić, również mi pojawiła się myśl, że byłoby wspaniale to zrobić. Ale wtedy wydawało mi się to takie odległe… A z resztą. Znacie już te śpiewkę.
W każdym razie, wydaje się, że jest to mimo wszystko najbardziej namacalna szansa na zobaczenie i poczucie klimatu Śródziemia. Jakby ktoś nie wiedział. Hobbiton to kraina hobbitów. Takich bardzo małych ludzi żyjących prostym życiem skoncentrowanym wokół picia piwa, palenia fajkowego ziela i jedzenia. Mnóstwo jedzenia. To życie, nie zagrożone niechcianymi przygodami, przez które można by się spóźnić na obiad. Życie stworzeń, które umiłowały ciszę i spokój oraz dobrze uprawioną ziemię. Każdy Hobbit kocha to co wzrasta.
„Świat byłby weselszy, gdyby więcej jego mieszkańców tak jak ty ceniło dobre jadło, zabawę i śpiew wyżej niż górę złota”
Hobbiton to plan filmowy, którego postanowiono nie rozbierać po zakończeniu zdjęć do Władcy Pierścieni. Zamiast tego zrobiono z niego atrakcję turystyczną. Teraz to praktycznie Mekka dla fanów filmowej trylogii. Ludzie przyjeżdżają tu i po kilka razy.
Staram się nie mieć za dużych oczekiwań. Tak na wszelki. W autokarowym telewizorze pojawia się Peter Jackson, a potem urywki z filmów. W głośnikach zapodają muzyczny motyw przewodni ojczyzny hobbitów. Wcale się nie wzruszam. Wcale, a wcale…
Wychodźmy z autokaru. Naszą przewodniczką jest urocza dziewczyna, która sama wygląda trochę jak hobbit. Mówi, że połowa odwiedzających nigdy nie widziała filmów. Pyta kto widział. I faktycznie, około 50% grupy podnosi ręce. A kto czytał Hobbita i trylogię? Poza mną zgłaszają sie ze dwie osoby. O ile się nie mylę, miałem jakieś 11 lat. A kto czytał Silmarilion (taka Biblia Śródziemia)? No aż takim hardkorem to nie jestem. Choć miałem podejście do Dzieci Hurina. Do góry rękę podnosi tylko naszą przewodniczka.
Entuzjazm gasi trochę fakt, że na planie akurat dzieją się remonty… Mech. Ja to zawsze trafiam na jakieś renowacje.
Idziemy. I są. Są pierwsze nory. Bo hobbity mieszkają w norach. I jest to osławione skrzyżowanie. To tutaj Frodo pierwszy raz spotkał Gandalfa, który wcale się nie spóźnił. Tu przejeżdżały cztery hobbity, wracając do domu w glorii i chwale po skończonej przygodzie. To tutaj grający Bilbo, Martin Freeman, biegnąc „na przygodę” sprytnie przemycił do „Hobbita” fucka…
„Im going on an adventure!”
Czuć klimat. Są norki, ogródki i drzwiczki. W różnych rozmiarach. Przewodniczka opowiada ciekawostki z planu filmowego, tłumaczy gdzie jesteśmy, a potem daje czas na indywidualne zwiedzanie. Zagaduje mnie. „And where are you from Fellow?”. To mówię, że jam z Polski. „Jesteś wielkim fanem?”. „Moja mama jest” – odpowiadam. „Tak? Przyjechałeś tutaj żeby wzbudzić jej zazdrość i zrobić na złość;)? Uśmiecham się pod nosem. Lubię ją- myślę. „Przyjechałem żebym mógł bezpieczne wrócić do domu, nie obawiając się, że mama urwie mi głowę” odpowiadam.
Jejku. Mamo. Przepraszam! Nie mogłem się powstrzymać! Wiesz, że kocham Cię najmocniej!!! 😘
Ta przewodniczka to jest wogóle fajna dziewczyna. Pytam czy na spotkaniu rekrutacyjnym przepytują ze znajomości Silmarilionu i czy trzeba wiedzieć kto to jest Iluvatar albo chociaż Tom Bombadil. Odpowiada że budowlańcy wystarczy, że obejrzą film ale wszyscy przewodnicy to totalne nerdy. Wierzę.
Dziewczyna chyba wyłapała, że podróżuje sam i przy każdej okazji proponuję, że zrobi mi zdjęcie żebym miał. I sprawia wrażenie jakby naprawdę ją cieszyło, że może się z nami całą tą swoją wiedzą o kulisach powstawania filmu, dzielić.
No. Ale jakie wrażenie właściwie robi ten cały hobbtion? Dobre. Jest miło. Przyjemnie. Można poczuć klimat i zatęsknić za prostym życiem, nieskażonym zdobyczami współczesnego świata.
Mijam dom Sacklive-Bagginsów. Mają tylko dwa okna co według klasycznego brytyjskiego systemu podatkowego świadczy o tym, iż nie tylko ta rodzina była nielubiana przez nikogo wśród krewnych (z Bilbem na czele) ale również, bardzo cienko przędła. Wogóle czy tylko ja się zastanawiam jak to jest, że hobbity żyją w dostatku, a sprawiają wrażenie, jakby wogóle nie pracowały? Takim to dobrze. Ech te brytyjskie, fantazje arystokratyczne.
O, a tu są osławione żółte drzwi. A więc to tutaj mieszkał najwybitniejszy ze wszystkich hobbitów. Samwise Mężny.
A tu jest ta dynia z filmu. A tu wózek. A tu… To osławione Bag End. To tutaj Bilbo, po powrocie z przygody wtargnął i powstrzymał licytacje jego posiadłości, wynikającej z powszechnego założenia, że ów szanowany niegdyś hobbit, zginął.
O tu jest ławeczka na której Bilbo siedział. A tu obok stał Gandalf. I właśnie tu rozmawiali. Mamo! Byłem tam!
„- Dzień dobry – powiedział Bilbo […].
– Co chcesz przez to powiedzieć? – spytał [Gandalf]. – Czy życzysz mi dobrego dnia; czy oznajmiasz, że dzień jest dobry, niezależnie od tego, co ja o nim myślę; czy sam się dobrze tego ranka czujesz, czy może uważasz, że dzisiaj należy być dobrym?”
Obok znajduje się miejsce imprezy urodzin Bagginsów, Froda i Bilba.
„Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie.”
Po spacerze wśród zielonych pagórków i okrągłych drzwiczek przychodzi czas na zwiedzenie samego Bag End. Choć to co w filmie przedstawione jest jako podwórko domostwa Bagginsów i to co oglądamy jako jego wnętrze to dwa różne miejsca to nie przeszkadza to ani trochę w zachwycaniu się hobbicią norką. Wnętrze robi fantastyczne wrażenie. Dbałość o szczegóły i detale na prawdę robi wrażenie. Można się niemal poczuć jak na kolacji u Hobbita jako 14 nieproszony gość.
„Tłuczmy szklanki, spodki, miski,
Niech gospodarz żyje nasz!
A choć Bilbo płaczu bliski,
Niechaj drzazgi lecą z flasz!”
Meble, jedzenie, książki, pergaminy, kominek, łóżko, stół, spiżarnia, okna, toaleta… Ta ostatnia była swego czasu nawet w pełni funkcjonalna. Ale potem ją zamknęli, bo najbardziej zagorzali fani nic sobie nie robili z próśb aby z niej nie korzystać. No ale „czy można ich winić?” Zapytuje nasza przewodniczka. „Wyobraźcie sobie jakie to wspaniałe osiągnięcie życiowe – zrobiłem kupę w samym Bag End”.
„Ciemne sprawy najlepiej załatwiać po ciemku.”
Jak nikt nie patrzył to sprawdziłem. Kija. Przyspawali deskę klozetową. Nie da się otworzyć. No nic. Achivmentu nie zdobędę.
„i nie martw się! Będziesz musiał obejść się bez chusteczek i wielu innych rzeczy, zanim dotrzesz do końca podróży”
Dotrzymam do Zielonego Smoka. Czyli do naszej kolejnej destynacji. Gospody pod Zielonym Smokiem. A tam, w ramach biletu wszystkim nam przysługuje jeden napój. Do wyboru są 4. Jeden z nich bezalkoholowy. Pytam, który z nich jest najgorszy. Mówią, że pierwsza pozycja jest najmocniejsza (5%) i najbardziej ikoniczna dla tego miejsca. Oat Barton Stout. Piwo. Biorę. Swoją drogą czy jakikolwiek szanujący się fan zdecydowałby się na Sackville Apple Cider?
Pod Zielonym Smokiem jest kawiarnio cukiernia. Nawet ceny niewygórowane. Dobre ciastko można mieć za 10zł. Biorę.
Czuć klimat. Oczyma wyobraźni widzę Marrego i Pippina tańczących na stole, śpiewających, że tu znajdziesz właśnie „…prawdziwy miód na rycerski trud…”
Siadam przy kominku. Powoli sączę moją truciznę. Przyznaję. To najlepsze piwo jakie kiedykolwiek piłem.
I tyle. Czas wracać. Zbieramy się o umówionej godzinie jako grupa i wracamy do autokaru. Cała wycieczka potrwała 2,5 godziny. Minęło błyskawicznie. Chciałoby się posiedzieć dłużej. Chłonąć to wszystko całym sobą. Poczuć klimat. Nie spieszyć się. Może tu trochę pomieszkać. Przeżyć fantazję o spokojnym, bezpiecznym hobbicim życiu.
Nie miałem za dużo oczekiwań. A jednak warto było się pofatygować te kilka tysięcy kilometrów. Władca Pierścieni z pewnością był istotnym dla mojego młodzieńczego rozwoju dziełem kulturowym. Tolkien to bez wątpienia jeden z najwybitniejszych autorów XX wieku, a filmowa trylogia Władca Pierścieni Jacksona należy do najwbitnejsjzych w historii kinematografii.
Wieczór przed wyjazdem oglądaliśmy w domu pierwszą część Hobbita. To był dobry film na początek tej długiej podróży.
I choć pogoda nie była idealna, obecność grupy nie pomagała tak samo jak roboty budowlane, to jednak możliwość zobaczenia tego wszystkiego, dotknięcia, powąchania… Doświadczenie immersji, hobbicia fantazja, takie dziwne uczucie tęsknoty do wykreowanego świata, fantastyczny eskapizm…
„Znów w tej chwili wspomniał wygodny fotel przy kominku, w ulubionym pokoju własnej norki, i śpiew imbryka. Ale nieraz miał to jeszcze z żalem wspominać”
Mamo, Hobbiton zaliczony!
„To niebezpieczna sprawa – wychodzić za próg domu. Nigdy nie wiadomo, dokąd poniosą cię nogi”


































































































































































































































