Nocą dojeżdżamy na prom. Sporo ciężarówek. Trzeba swoje odstać w kolejce. Ale w końcu wjeżdżamy. Mój kierowca zachęca mnie żebym się przeszedł po pokładzie. Tak miałem plan. I tak też robię.
Od razu znajome uczucie. Ta jednostka jest dużo większa niż którykolwiek z promów, który miałem okazję nawiedzić podczas tej podróży. Choć wciąż sporo mniejsza niż najmniejszy statek, na którym pływałem w pracy. Ale czuć trochę bardziej morski klimat. Ten sam metal. Te same elementy. Ten sam smród. Prawie jak w domu.
Pozostaje jeszcze ogarnąć hotel. Są i tanie i drogie. Te tanie nawet nie są złe. Choć musiałem się trochę naszukać. No ale najważniejsze, że się udało.
Robię rundkę wokół burty. Mijam jakieś dzieciaki, góra 12 lat, stojące po drugiej stronie barierek. Na samym promie sporo ciężarówek, samochodów, piechociarzy. Coś długo nie wypływamy z portu. Ale też na Jawę nie daleko. Przy okazji drugiej rundki zauważam że te same dzieciaki co stały za barierkami teraz wesoło taplają się w wodzie. Krzyczą „Mister! Mister!”. Coś podejrzewałem, że nie zamierzają płynąć na drugą wyspę. Burta może nie jest tak wysoko jak na rasowym kontenerowcu ale wciąż, przynajmniej 7 metrów. Odważne dzieciaki.
Naoglądałem się. Wracam do ciężarówki złapać trochę snu. Nie za wiele. Po dwóch godzinach budzi mnie mój dobrodziej. Jesteśmy na Jawie. W końcu. Nawet nic nie poczułem. Mój kierowca sugeruje mi żebym stąd wziął autobus. Ale stoimy na środku autostrady. Gdzie autobus? O co mu chodzi? Pytam czy nie podwiezie mnie jeszcze kawałek skoro i tak jedzie w tym kierunku. Pewnie, że podwiezie!
Po kilkudziesięciu kilometrach zjeżdżamy z autostrady. I tu się kończy moja truckowa przygoda w Indonezji. Fajnie było. Nad wyraz wygodnie. Ściskam mojego Indonezyjskiego przyjaciela i idę łapać okazję. Ta znajduje się bardzo szybko. Osobówka. Facet zawiezie mnie do stolicy.
Myślę sobie, że jeszcze kilka chwil i będę na miejscu. Nic z tych rzeczy. Do centrum mamy 60km. I przejechanie tego dystansu zajmuje nam… Dosłownie 3 godziny. Większość tego czasu drzemałem. Ale wciąż. No w każdym razie. Jakarta to najbardziej zakorkowane miasto w jakim kiedykolwiek byłem. I nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Korek jest tu wszędzie. I ciągle. W każdej najmniejszej uliczce, tak samo rano, w południe, wieczorem. Trochę, podkreślam, trochę się rozluźnia w środku nocy.
Przy okazji wjazdu do miasta rozwiewa się zagadka „co mój tirowy dobrodziej miał na myśli mówiąc żebym wziął autobus na środku autostrady?”. Otóż nie ma tutaj przystanków. Ludzie grupują się w randomowych miejscach i zatrzymują autobusy. Na ulicy. Jak gdyby nigdy nic.
Po ciężkiej batalii ląduje w północnej części metropolii. Niedaleko starego miasta. I wrażenia mam słabe. Brudno tu, głośno, chaotycznie. Przemieszczanie się po ulicy to tragedia. Nikt nikogo nie puści. Nigdy, za żadne skarby. Nawet pomimo iż to nijak nie sprawi, że kierowca będzie gdziekolwiek szybciej. I tak nie puści pieszego. Każde przejście przez ulicę trzeba sobie wywalczyć.
Stare miasto wydaje się być tak nieciekawe jak to tylko możliwe. Podobnie dzielnica chińska. Przechodzę obok jakiegoś dużego parku z wielgachną pochodnią w środku. Nie wejdę. Zamknięte. Bo poniedziałek xD.
Docieram pod złote łuki. Coś zamawiam. Muszę pomyśleć.
Ogólnie nie planuje się tu zatrzymywać zbyt długo. Indonezja wydaje się mieć wiele ciekawych miejsc do zobaczenia i stolica akurat nie jest jedną z nich. Wydaje się, że po prostu nie warto. Nie ma tu nic do oglądania. A dotychczasowe moje odczucia są naprawdę słabe. Nie planowałem żadnego postoju ale… Ta ostatnia nocka trochę daje mi w kość. Zasypiam na siedząco. W dodatku, zaczynam się czuć. W ciężarówce warunki były jakie były. Higiena trochę oberwała. Hmm… Decyduje się zostać na jedną noc. Ogarnąć. Odświeżyć. Przyjrzeć miastu. I ruszyć dalej.
Muszę zdobyć internet. Z jakiegoś powodu jak tylko opuściłem Dumai to przestało mi łączyć z siecią. Myślałem, że może mają tu słaby zasięg ale jestem w centrum stolicy xD. I wciąż nic.
Po dłuższych poszukiwaniach znajduje operatora, który tłumaczy mi, że mój telefon należy gdzieś tam zarejestrować i, że przeważnie robi się to przejeżdżając przez granicę. To mi nie powiedzieli. Choć jak o tym pomyśle to ziomek co mi sprzedawał wcześniej kartę też coś wspominał o rejestracji. No ale nie było się tam zbyt łatwo dogadać. No nic. Ważne, że znowu jest.
Pozostaje jeszcze ogarnąć hotel. Są i tanie i drogie. Te tanie nawet nie są złe. Choć musiałem się trochę naszukać. No ale najważniejsze, że się udało.









































