Michael Travel
  • Home
  • Płaska Ziemia
  • Albumy
  • Info & Kontakt
2025-04-04 przez MikolajTD

Dni 190-195 – Tydzień w Raju! Miał być.

Dni 190-195 – Tydzień w Raju! Miał być.
2025-04-04 przez MikolajTD

Nie planowałem przerwy. Ale widać przerwa zaplanowała sobie mnie. Na początku chciałem tylko się porządnie wyspać. Wyprać. Zjeść. Doprowadzić do ładu i składu i jechać dalej. To okazało się jednak nie takie proste.

po już ponad pół roku poza domem, wśród milionów ludzi, w centrum ogromnej metropolii, w końcu, pierwszy raz w czasie tej podróży dopadło mnie poczucie osamotnienia…

Pierwszego dnia ogarnąłem pranie. Chciałem kontynuować moje treningowe postanowienie i uderzyć na siłownię, ale szybko się okazało, że wszystkie okoliczne gymy wymagają podpisania cyrografu. Tzn. umowy na co najmniej 3 miesiące. Jenyyy. Tu już też? Współczesna polityka siłowni to jakaś masakra. Nie da się po prostu wejść i zrobić sobie treningu. Nie da się po prostu kupić karnetu. Wszędzie potrzeba podpisać umowę, której potem wypowiedzenie graniczy z cudem… Masakra. Wiecie, że siłownie zarabiają głównie na tym, że ludzie podpisują umowę, a potem nie chodzą? xD
No to się nie udało. Ale szybko się też okazało, że trochę choruję. Po kilku dniach w tirze nie czułem się najlepiej. Wydaje mi się, że głównym winowajcą jest jedzenie. Jedliśmy głównie „Indonesian food”. Warunki higieniczne tutejszych jadłodajni pozostawiają sporo do życzenia. Ale też same produkty, jakieś dziwne sosy i warzywa, mogą powodować „przelewanie się” w brzuchu. Co ciekawe, to nie dotyka tylko turystów. Dokładnie to samo mają lokalsi. I przyjmują, że tak po prostu jest. Mają nawet na to powiedzenie. „Bali Belly”. Chyba głównie od turystów, którzy mimo wszystko, przeżywają to mocniej, za to wszyscy.

Jednego dnia problemy żołądkowe, drugiego gorączka, ból brzucha, mięśni, drapiące gardło. Codziennie coś się mnie trzymało. Przy czym nie mogłem znaleźć żadnego miejsca gdzie mógłbym jeść nie obawiając się poważniejszych konsekwencji. Przeważnie w tego typu krajach ostatecznym rozwiązaniem był jakiś popularny fast food pokroju McDonalda czy Burger Kinga. Tutaj nie. Tutaj nawet po wizycie w złotych łukach mam murowany brzuchowy koncert i wizytę w toalecie. W żadnym innym kraju mi się to nie zdarzało.
No ale przynajmniej udało się trochę pozwiedzać. Ostatecznie dotarłem do tego wielgachnego parku i odwiedzić jakiś ogromny meczet, ponoć 3 na świecie pod kątem pojemności wiernych. Choć mam wrażenie, że rozmachem nie ma startu do tego z Casablanki. Przypadkiem dołączyłem do jakiejś niemieckiej wycieczki. Meczet ładny, ale w żadnym wypadku nie uzasadnia odwiedzania stolicy. Podobnie jak tutejsze centra handlowe, które są wielkie, złote i puste. Za to jest ich mnóstwo. Tylko nikt tu nawet zakupów nie robi.
Po wizycie w islamskim przybytku wpadłem jeszcze do jakiejś fajnej postkolonialnej katedry. To zawsze dobre uczucie. Smakuje trochę jak wejście do ambasady na terenie obcego kraju. Albo jak sojusznicza baza na terenie wroga. Albo jak strefa bezpieczna w grach o zombie…
Miasto nocą mimo wszystko trochę pustoszeje. Nie ma tu jakoś specjalnie ciekawego życia nocnego. W sumie to wszystko jest tu nieciekawe. W Bangkoku czy KL miałem poczucie, że gdzie bym nie był to jestem „gdzieś”. Tu w Jakarcie gdzie bym się nie podział mam wrażenie, że jestem absolutnie nigdzie.
To kawał metropolii. Ponad 10 milionów mieszkańców. 32 miliony mieszkające w aglomeracji. To 9 pod względem ludności tego typu miejsce na świecie. Choć aż tak tego nie czuć. Nie mam takiego uczucia przytłoczenia tłumem jak choćby w Konstantynopolu czy Bangkoku.
Wielgachne, drogie wieżowce i centra handlowe stoją tuż obok biednych, śmierdzących uliczek. Nie ma podziału na biedne i bogate miejsca. Wszystko stoi razem obok siebie. No i korek. Wszędzie, ciągle. Jeden wielgachny korek. I hałas. Chyba pierwszy raz w życiu na dworcu autentycznie zatykałem sobie uszy. Wył zarówno głośnik mówiący o przyjazdach i odjazdach jak i stojący obok meczet.
Żarcie jest wszędzie. Trochę popróbowałem. Ale po niemal wszystkim umieram. To odpuściłem. Ostatecznie stołuje się w markecie. Nie jest to zbyt przyjemne ale jakoś daje radę.
Przykładowy przejazd około 8km skuterem (grabem) zajął mi prawie 50 minut. Wolę się nie zastanawiać ile by to trwało autem.
Raz się natknąłem na jakiś targ ze zwierzętami. Tzn. żywymi. Paskudne miejsce. Sporo już widziałem. Ale na widok małp w klatkach zbyt małych, by te mogły się nawet wyprostować… Miałem ochotę „sporządzić sobie bicz”.


W kościele śmieszna akcja. Na zbieranie tacy, 80% wiernych wyjęło smartfona i… zeskanowało kod QR naklejony na ławkach xD.
Spotkałem się ze dwa razy z lokalsami. I to było fajne. Można było trochę pogadać o Indonezji. Ciekawostka jest taka, że podczas Ramadanu często poszczą nawet ludzie nie mający nic wspólnego z Islamem.  Za publiczne okazywanie uczuć lub homoseksualizm można ponieść poważne konsekwencje prawne.
Raz wbiłem na jakąś imprezę. Fajnie było trochę spędzić czasu z ludźmi w wieku zbliżonym do mojego. Choć wciąż, tak bardzo innymi. Impreza nie za duża. Kilka osób. Zostałem na noc. Wydawało się, że wszystko ekstra. Ale następnego dnia ponoć właścicielka domu (dziewczyna w moim wieku) była na mnie wściekła i mnie wyrzuciła. Nie wiem o co chodziło. W sumie nikt nie wiedział. Ciekawa osoba w ogóle. Mieszka w kilkupiętrowym domu z basenem. Ma dwie kliniki z medycyną estetyczną w Bangkoku. Cały wieczór spędziła wstrzykując sobie coś w usta. A ja grzeczny byłem. Złego słowa o nikim nie powiedziałem. No ale siostra właścicielki mówi mi, że ona tak ma. Wściekła się i krzyczy na wszystkich. Pokłóciła się wczoraj ze swoim chłopakiem, krzyczy na siostrę i chyba zbliża się jej okres xD. No nie ma co roztrząsać. Choć to chyba pierwsze tego typu spotkanie w tej podróży zakończone kwasem.
Pobyt w Jakarcie był dziwny. Choć codziennie obiecywałem sobie, że jutro już ruszam to każdego dnia działo się coś co mnie jednak zatrzymywało na „jeszcze jeden dzień”. Problemy żołądkowe, ból gardła, głowy, ogólne osłabienie czy nawet korek tak wielki, że zwyczajnie nie dało się dostać na stację. Jednak ostatecznie samo doświadczenie „pożycia” trochę w tak wielkim mieście, tak obskurnym, brzydkim, chaotycznym i odległym uważam za bardzo cenne i fajne. Ta podróż jest też dla takich dni. Choć trudno z nich czasem zrobić fajną fotkę.
Natomiast w tym wszystkim nagle pojawił się również ogólny spadek nastroju i motywacji. Zdałem sobie sprawę, że po już ponad pół roku poza domem, wśród milionów ludzi, w centrum ogromnej metropolii, w końcu, pierwszy raz w czasie tej podróży dopadło mnie poczucie osamotnienia…

Poprzedni artykułDzień 189 - Jakarta. A byliście kiedyś w Łodzi?Następny artykuł Dzień 196 - Długie macki Jakarty

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

O Blogu

Jestem Michał, dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

Ostatnie wpisy

Pierwszy Vlog! Dzień 3582025-09-16
Dni 351 – 360 – Wrestling, moja przyszłość!2025-09-12
Dni 348 – 350 – Wśród kosmitów2025-09-08

Telefonik: +48 69dwa 4ysta98 sto20

Fundacja: Józefa Strusia 13a, Warszawa

Rife Free WordPress Theme ❤ Made by Apollo13Themes.com

Jestem Michał,

dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

RAAM
Gibraltar
Malta