148 – 04.02.25 – Zmiana planów
Kolejny leniwy poranek na plaży. Słońce grzeje a zaskoczeni przechodnie gapią się na mnie jak na zjawę. Gorąco. Dzisiaj postanawiam zacząć od kąpieli. Ale najpierw krótki rozruch. Kilka serii sprintów i jedna ciężka seria pompek. Zrzucam ciuchy i cyk do wody.
Pomimo bariery językowej mój kierowca jest bardzo zaangażowany. Częstuje mnie kanapką i Pepsi. Pokazuje zdjęcia ze ślubu syna. Zadzwonił do żony (lub córki) żeby ta mi wytłumaczyła po angielsku przez telefon dokąd jedzie. Anioł. Choć nie wygląda. Typek ma na ramionach, dłoniach i barkach mnóstwo blizn. Dosyć paskudnych. I jeszcze jedno. Ziomek na pewno jest niższy ode mnie ale w łapie to ma więcej niż ja kiedykolwiek miałem. Były arm-wrestler. Pokazuje foty. Zajebiste!
I jak to przeważnie bywa schodzi mi się w morzu znacząco więcej niż się spodziewałem. Jak już się wejdzie to ciężko wyjść. Zwłaszcza, że na zewnątrz wieje. Zimno jest.
Ale jest też prysznic także pełna higiena i pełna kulturka. Natrysk chyba należy do tego hotelu obok i pewnie znowu „tylko dla gości” ale nikt się na mnie nie skarży więc…
A dzisiaj… Dzisiaj zmiana planów. Zamierzam opuścić Lengkawi. Tak wiem. Dziwnie. Głupio. Dopiero tu przyjechałem. W zasadzie nic nie zobaczyłem. To prawda. Na wyspie jest jeszcze sporo miejsc, które warto odwiedzić. Jakiś park, jakaś wielgachna kładka. Ale odpuszczam. Ostatecznie to jeden wielki kurort. Skrojony pod turystów i plażowanie. Ja już się nabimbałem wystarczająco w Tajlandii. Ciągnie mnie do działania. Do bycia w drodze. Do lokalsów. Do jechania. Po Phi Phi Island i Phuket, Lengkawi nie robi jakiegoś piorunującego wrażenia. Fajnie tu. Ale teraz szukam czegoś innego. No to w drogę.
Przy głównej ulicy jacyś starsi tutejsi sprzedają sok. Wyciskają z jakiegoś swojego bambusa czy innej trawy. Nie jestem do końca pewien co to jest. Ale smakuje bardzo dobrze. Zimniutkie, słodziutkie. W sam raz.
Trochę się obawiam o tego autostopa tutaj. W sumie póki co działało nieźle ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że miałem po prostu farta. Szybko okazuje się, że martwiłem się nie potrzebnie. Nawet pomimo, że to wyspa, to samochód zatrzymuje się po chwili. W środku hindus. Tych tu nie brakuje. Chętnie zabierze mnie ze sobą. Fajnie:)
Ziomek urodził się w Malezji, tak jak jego rodzice, i ich rodzice… Dopiero jego pradziadkowie urodzili się w Indiach. Ale i tak nazywa się Hindusem. Mówi, że raz do roku odwiedza ojczyznę. Fakt, hinduską kulturę czuć tu na każdym kroku. Ziomek dowozi mnie do lokalnej restauracji i zachęca żebym wpadł coś zjadł. Ale mi się trochę spieszy. Nie wiem czy uda się gładko kupić bilet na prom. Wolę dotrzeć do portu tak szybko jak się da. Jeszcze 3km spacerkiem.
Po drodze zahaczam o plac zabaw dla dzieci. Jest drążek. Nie przepuszczę mu. Nawet jedna ciężka seria raz na kilka dni powinna być wystarczającym bodźcem żeby zachować większość siły. Zaglądam do supermarketu po jakąś szybką szamę. Wiedzieliście, że jest coś takiego jak coca-cola waniliowa? [wiedzieliście, etykiety projektowałem w latach 2005-2008 – Pan Starszy]. Jakoś tak zahaczam o dział mięsny. Jak patrzę ile kosztuje tu wołowina czy jagnięcina to aż przykro mi się robi na myśl o powrocie do domu…
Docieram do portu. Kupuję bilet. Bez problemu. Prom odpływa za godzinę. Luzik.
Płyniemy do Kuala Kedah. Będziemy jakieś 40km bardziej na południe niż Kuala Perlis. No i bliżej kolejnej destynacji. Penang. A dokładniej George Town.
Tym razem przeprawa promem jest bezproblemowa. Miałem coś popisać ale… Nie wyszło. No nic. Nadrobię później. Na pewno nadrobię…
Dopływamy na ląd. Spokojnie. Trzeba się zastanowić co dalej. Albo próbować się dostać do George Town bezpośrednio albo najpierw na dworzec i wziąć pociąg. Nie ma się co za długo zastanawiać. Dworzec i tak jest po drodze. 11km. Zobaczymy. Ruszam w drogę. Humor mam dobry. Fajnie znowu czuć, że się przemieszczam. Że gdzieś dążę. Wystawiam kciuka raz na jakichś czas. Nic. Wystawiam znowu. Nic. Hmm… Wciąż mam spore obawy jeśli chodzi o autostop w Malezji. Idę. Nagle obok mnie zatrzymuje się dostawczak. Ciekawe. Nie wystawiałem palucha. Ziomek w środku po angielsku prawie nie gada. Ale na migi się udaje porozumieć, że jedziemy w tą samą stronę. To mnie zabierze. Okazuje się, że typek jedzie do Penang. Dokładnie tam gdzie ja. Ha. Złoty strzał. Wspaniale.
Pomimo bariery językowej mój kierowca jest bardzo zaangażowany. Częstuje mnie kanapką i Pepsi. Pokazuje zdjęcia ze ślubu syna. Zadzwonił do żony (lub córki) żeby ta mi wytłumaczyła po angielsku przez telefon dokąd jedzie. Anioł. Choć nie wygląda. Typek ma na ramionach, dłoniach i barkach mnóstwo blizn. Dosyć paskudnych. I jeszcze jedno. Ziomek na pewno jest niższy ode mnie ale w łapie to ma więcej niż ja kiedykolwiek miałem. Były arm-wrestler. Pokazuje foty. Zajebiste!
Dojeżdżamy na miejsce. Mój dobrodziej wyrzuca mnie tuż za bramkami autostradowymi. Dzięki. Stąd mam jakieś 2km na piechotę do przystanku autobusowego. Stamtąd powinienem dojechać do promu. Promu, bo George Town znajduje się na wyspie. Jest też opcja przejechania mostem ale prom jest szybszy, wygodniejszy i tańszy… A przynajmniej tak twierdzi internet.
Po drodze zawituję do knajpki. Nikogo tu nie ma. Tylko kucharka z córką. Milusio. Menu po malezyjsku. Ale udaje się dogadać, że zjem „chicken rice”. Bardzo dobre. Koszt to jakieś 5,50zł.
Dochodzę do przystanku. Pokazuje mi, że autobus będzie za 40 minut. Co tu robić. Proste. Pójść coś zjeść. Bo choć było dobre i tanie to jednak trochę mało. To idę do innej knajpki na drugi obiad. I tutaj trafiłem jedzonko już nie aż tak smaczne. Za to trochę droższe. 9zł. To wciąż śmieszne pieniądze ale proporcjonalnie do poprzedniego posiłku różnica jest spora.
Wracam na przystanek. I lipa. Autobus nie przyjechał. Hmm… Bez wielkiej nadziei wystawiam palca. Może tu zostanę? Po drodze widziałem przynajmniej dwie dobre miejscówki do spania. A już się ściemniło.
Ale zatrzymuje się jakiś ziomek na skuterku. Tłumaczy, że za późno już na autobus ale mówi, że mi pomoże i zawiezie gdzie trzeba. Tak po prostu. Tylko weźmie kask z domu żebym nie jechał bez. Jak się spotyka takich ludzi… To potem człowiek ma poczucie, że jest jakimś strasznym, nieczułym egoistą…
Tym razem jestem już mądrzejszy. Przerzucam plecak na brzuch od razu. Za to oparzyłem się o rurę wydechową wsiadając… Jeny… Co za amator…
Dojeżdżamy spokojnie pod prom. Dziękuję kolejnemu aniołowi, którego dziś spotkałem. I idę. Już 21.00. Ciekawe czy jeszcze pływają promy.
Pływają. Do 22.00. Udaje się złapać na 21.30. Elegancko. I to dosłownie, bo w porównaniu do poprzednich promów ten to jakaś klasa biznes. Nie hałasuje. Nie buja. W ogóle to ledwo się zorientowałem, że płyniemy. A koszt to niespełna 2zł.
Docieram do George Town. Jakoś tu tak… Spokojnie. Wygląda na to, że tu się nie imprezuje do późnej nocy jak w Tajlandii. Trochę się bujam po mieście. Znajduje eleganckie pole nad brzegiem. Tu akurat ludzi sporo. Gadają, grają, bawią się. A ja już chyba wiem gdzie dzisiaj śpię. Bo co prawda wysłałem wiadomości do hostów z Couchsurfingu ale nikt nie odpowiedział. No cóż. To jeszcze mrożona herbatka na koniec dnia i do spania.
[modula id=”2394″]
