Michael Travel
  • Home
  • Płaska Ziemia
  • Albumy
  • Info & Kontakt
2025-02-23 przez MikolajTD

Dzień 149 – George Town czyli chińsko-malezyjsko-hinduski kocioł

Dzień 149 – George Town czyli chińsko-malezyjsko-hinduski kocioł
2025-02-23 przez MikolajTD

Rano budzi mnie słoneczko. Spałbym pewnie dłużej ale już się robi duszno. Cień się przesuwa. Ucieka. No trudno. Trzeba wstać. Jestem w miejscu publicznym. Jak kładłem się spać było tu sporo ludzi. Jak wstaje, wciąż jest sporo ludzi. W oddali jakaś jednakowo ubrana grupa z typkiem w niebieskim mundurze wykonują jakieś ćwiczenia. Parę osób przygląda mi się podejrzliwie. Ale wydaje się, że nikt nie miał problemu z tym, że się tu zdrzemnąłem. Tuż obok znajduje się łazienka. Jest nawet prysznic. Ok. Przesadziłem. To ruska bania. Ale w tej można się wykąpać równie dobrze co pod prysznicem. Koszt, 1 rynget. Trzeba korzystać.

No i jest jeszcze jeden aspekt. Swego czasu pływałem dwa miesiące z hinduską załoga na MSC Carlotta. I tam był też hinduski kucharz, który robił, uwaga uwaga, hinduskie żarcie. I to był bardzo dobry, dyplomowany kucharz, który znał się na swojej robocie. Żarcie było ostre jak cholera. Do tego bardzo intensywne przyprawy. Po kilku tygodniach takiego żywienia wyraźnie zmieniał się zapach ciała. W efekcie to żarcie czuć było przez cały czas. No nie, za tym to wciąż nie tęsknię.

Plan na dzisiaj jest prosty. Poszwędać się po mieście. Ruszam. Przy porannym ogarnianiu zauważam pewien szczegół. Plecak jest rozpruty. Nic poważnego. Jeszcze. Lepiej żeby tak zostało. Warto by to naprawić. Ale najpierw śniadanie.
O poranku jest już otwarte kilka restauracji. Jest gdzie zajrzeć. Wybieram pierwszą. Smażony ryż, kurczak. Klasyk. Do tego napój czekoladowy. Milo. To jest tutaj bardzo popularne. Koszt to jakieś 9zł za całość. Ale trochę mi mało. Zaglądam jeszcze do jakiegoś większego jedzeniowego kompleksu. Tu już jest spory wybór. I właśnie dlatego ląduje znowu z tym ryżem… Nie ważne.
George Town to dosyć przyjemny kulturowy miks. Przeplatają się tu akcenty malezyjskie, hinduskie i chińskie. Tak jest w całej Malezji. Tu dodatkowo mamy elementy postkolonialne. Także, poza meczetami, hinduskimi i chińskimi świątyniami są też kościoły. Dla fanów tego typu misz maszu, jest co oglądać. Mi się podoba. Robi to wszystko dobre wrażenie. Przypomina trochę Phuket Town na Phuket Island w prowincji Phuket. Ale tu jest to wszystko po prostu fajniejsze. Bardziej kolorowe, różnorodne. Mamy stare miasto, ale nie brakuje też wieżowców.
Ogólnie przyjemnie. Polecam:)
Podobnie się sprawy mają jeśli chodzi o kuchnie. Wyczytałem w internetach, że to doskonałe miejsce aby raczyć się żarciem. Można spróbować, analogicznie, kuchni z wielu regionów świata. Tylko że… Jakoś mnie to akurat nie jara. Kuchnia Malezyjska wydaje się być trochę biedniejszą wersją kuchni tajskiej. Chińskiego żarcia najadłem się w Chinach, a jeśli chodzi o hinduskie… Cóż. Niby hinduskie żarcie nie jest złe, ale ja mam wrażenie, że wszystko tam smakuje identycznie. Kwestia tylko tego czy jemy z ryżem czy z plackiem. No i jest jeszcze jeden aspekt. Swego czasu pływałem dwa miesiące z hinduską załoga na MSC Carlotta. I tam był też hinduski kucharz, który robił, uwaga uwaga, hinduskie żarcie. I to był bardzo dobry, dyplomowany kucharz, który znał się na swojej robocie. Tym nie mniej po dwóch miesiącach jedzenie w tym stylu miałem już serdecznie dosyć. Jakoś wciąż za tym nie zatęskniłem. Raczej mnie to trochę odpycha. Ostre było jak cholera. Do tego bardzo intensywne przyprawy. Po kilku tygodniach takiego żywienia wyraźnie zmieniał się zapach ciała. W efekcie to żarcie czuć było przez cały czas. No nie, za tym to wciąż nie tęsknię.
Wieczorem udaje mi się odkryć część imprezową miasta. Wczoraj odniosłem wrażenie, że nie jest to tak zabawowe miejsce jak jakiekolwiek miasto w Tajlandii. Ale jednak, wystarczyło dobrze poszukać i się znalazło. W centrum starego miasta znajduję ulicę. Ta, mimo późnej godziny, nie śpi. Mnóstwo tu barów, restauracji, muzyki na żywo. Wciąż, jest nieporównywalnie mniej intensywnie niż w Tajlandii. Na chodnikach tylko kilka pań wiadomego zawodu i ladyboyów. Raczej nie za głośno. Raczej bary niż dyskoteki. Dużo spokojniej. Nie tak wulgarnie.
Na Googlach wypatruję, że nieopodal jest jakiś nocny targ. Ulala! To trzeba obczaić. Idę. I tu chyba pierwszy tak duży zawód w Malezji. Ten nocny targ przypomina dzień bez targu w Malezji. Słowem, jest zdecydowanie mniej kolorowy. Mniej szalony. Taki skromny. Niemal smutny… No nic. Nie można mieć wszystkiego.
Na ulicach co rusz można się natknąć na różnego rodzaju zimne ognie. A nocne niebo raz na jakiś czas rozświetlają fajerwerki. Czemu? Bo był Nowy Chiński Rok. Ok. Ja już więcej nie zadaje pytań jak to działa. Dla mnie to wygląda jakby wykańczali czego nie wystrzelali wcześniej.
Swoją drogą ilość czerwonych lampionów wszędzie sugeruje, że była tu naprawdę niezła impreza. Społeczność chińska jest tu mocna. Myślę sobie, że trzeba było zlać Lengkawi i od razu spod granicy wziąć pociąg do George Town. W ten sposób świętował bym Nowy Chiński Rok w miejscu, które wydaje się być do tego idealne. No ale cóż. Życie.
Na wieczór jeszcze jeden obiadek.
A co tam. Nocleg w sprawdzonej miejscówce. Tylko te fajerwerki spać nie dają.

[modula id=”2439″]

Poprzedni artykułDzień 148 -Zmiana planówNastępny artykuł Dzień 150 - I od cholery żółwi.

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

O Blogu

Jestem Michał, dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

Ostatnie wpisy

Pierwszy Vlog! Dzień 3582025-09-16
Dni 351 – 360 – Wrestling, moja przyszłość!2025-09-12
Dni 348 – 350 – Wśród kosmitów2025-09-08

Telefonik: +48 69dwa 4ysta98 sto20

Fundacja: Józefa Strusia 13a, Warszawa

Rife Free WordPress Theme ❤ Made by Apollo13Themes.com

Jestem Michał,

dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

RAAM
Gibraltar
Malta