Nocka absolutnie spokojna. Ja podładowany. Gotowy stawić czoła wyzwaniom kolejnego dnia. Prom mam dopiero wczesnym popołudniem więc jest trochę czasu dla siebie. Toaleta. I jakieś śniadanie. Po wczorajszej kolacji jestem bardzo pozytywnie nastawiony do jedzenia tutaj.
Ale o poranku przeważnie mamy znacząco mniej opcji. Tym nie mniej coś się znajduje. Też dobre. Ale tym razem 14zł za praktycznej jeden posiłek i napój. Hmm… W zależności od tego gdzie przyjdzie nam jeść, cena i jakość żarcia może się znacząco różnić. Warto zanotować.
I już po kilku chwilach staje auto.
Znacie ten filmik, w którym niewielka osobówka powoduje stłuczkę. I nagle ze środka wypada 17 mężczyzn o arabskich/afrykańskich rysach twarzy i kolorze skóry?
Dokładnie tak wyglądał ten samochód. Choć to jest 7 osobowe. W środku już 8 chłopa. Ale i tak się zatrzymali.
Jest czas. Jeszcze się raczę lemoniadą i lodem. A co tam. Do tego krótki spacerek. I cyk. Popołudnie. Trzeba się ładować na prom. Ten zdecydowanie nie jest tak przyjemny jak te tajskie. Bardziej to przypomina latanie samolotem. Należy wejść, zająć swoje miejsce i siedzieć. Ja trafiłem sam środek w samym środku. Pasażer po mojej prawej to anioł, włożył słuchawki i udaje, że nie istnieje. Po lewej natomiast wierci się niemiłosiernie i gada ze wszystkimi wokół. Dodatkowo jakieś małe dziecię dokazuje w niebo głosy. W zasadzie to kilka małych dzieci. Cóż… Jakbym był tak mały i by mnie zamknęli w tak nieprzyjemnym miejscu to też bym pewnie nie był zachwycony.
Udało się przetrwać. Jesteśmy na Lengkawi Island. W drogę.
Pierwsze wrażenie przyjemne. Jest czysto. Znajduje jakiś park. Można zrobić przyjemny spacer. Są drążki. Nie przepuszczę. Jakieś centrum handlowe. Udaje się wymienić baty na ringgity. Kurs bardzo zbliżony do polskiego złotego. Nasza waluta jest delikatnie mocniejsza.
Jestem niby w centrum wyspy ale nie ma tu za bardzo nic ciekawego. Trzeba by się przemieścić na jakąś, co bardziej imprezową plażę. Ogólnie łapanie stopa na wyspie wydaje się być dziwnym pomysłem ale… Co szkodzi spróbować? Wystawiam kciuka.
I już po kilku chwilach staje auto. Ale szczerze powiedziawszy początkowo nie budzi mojego zaufania. Znacie ten filmik, w którym niewielka osobówka powoduje stłuczkę. I nagle ze środka wypada 17 mężczyzn o arabskich/afrykańskich rysach twarzy i kolorze skory? Dokładnie tak wyglądał ten samochód. Choć to jest 7 osobowe. W środku już 8 chłopa. A i tak się zatrzymali. I zabierają z uśmiechem na ustach. Sadzają mnie w środku. Ale po chwili się zatrzymują żeby tylko przerzucić mnie na uprzywilejowane miejsce na przodzie. Jak miło z ich strony.
To bardzo wesoła ekipka. W zasadzie dwie ekipki połączone w jedną. Spotkali się na wyspie dwa dni temu i postanowili eksplorować wspólnie. Spoko. Wszyscy z Pakistanu. Ale mieszkają w Kuala Lumpur. Stolicy Malezji. Akurat mieli kilka dni wolnego to postanowili zrobić sobie krótkie wakacje. Jedziemy na sztandarową plażę Langkawi. Chłopaki zamierzają urządzić sobie grilla. To ich ostatni dzień tutaj. Zostaję zaproszony. Pewnie, że pójdę:)
Choć operacja okazuje się nie taka prosta. Rozdzielamy się na kilka grupek. Szukamy dobrego miejsca. Ktoś coś znajduje i ściąga wszystkich do siebie. Po drodze mijamy pokaz tańca ognia. Rzucam okiem. Od razu widać, że poziom wyższy niż cokolwiek co widziałem w Tajlandii. Spoko. Docieramy do pakistańskiej restauracji. Ale po dłuższej chwili okazuje się, że nie będziemy tu jedli. Chłopaki wydają się być dosyć niezdecydowani. Mówią, że za drogo. To szukamy dalej.
Ogólnie niemal cała ekipa mówi nieźle po angielsku. Jest o czym pogadać. Pakistan. Według pierwotnego planu miałem odwiedzić. Ale się zmieniło. Jeszcze pewnie będzie kiedyś okazja. Chciałbym. Akurat jeśli chodzi o ludzi z Pakistanu to mam same pozytywne doświadczenia. Pytam chłopaków skąd się wziął ich kraj, o co w nim chodzi. To mi tłumaczą, że to po prostu była muzułmańska cześć Indii i żeby było wygodniej brytole uznali, że ich oddzielą xD. Chyba jeszcze nikt nigdy nie opowiedział mi historii swojej ojczyzny z takim dystansem.
Ostatecznie okazuje się, że jednak będziemy jeść w tym miejscu co byliśmy wcześniej xD. No dobra. Fajnie, że się wyjaśniło.
Praktycznie każdy ziomek z ekipy chce ze mną porozmawiać. Miło. Czuje, że budzę ciekawość i jestem tu chciany. Sam też chętnie wysłuchuję co chłopaki mają do powiedzenia zarówno o Malezji jak i Pakistanie.
Na stół lądują chipsy oraz Jack Daniels. Ciekawe. Wcześniej mówili, że jedzenie „tylko halal”. I fakt. Na grilla ląduje kurczak. Na wzmiankę o wieprzowinie chłopaki się wzdrygają. Cóż. Już tak to z muzułmanami jest. Wielu z nich nie ma żadnego problemu z niemodleniem się codziennie, piciem alkoholu czy pozamałżeńskim seksem. Ale wzmianka czy insynuacja, że mogliby zjeść świnkę, przyprawia ich o zawroty głowy. Wyzłośliwiam się? Tylko trochę;).
Podzieliliśmy się na grupę pijącą i nie pijącą. I ja chyba pierwszy raz w życiu jestem z tymi „co piją”. Wow. A JD? Wymieszany z Pepsi nawet bardzo spoko, z wodą zupełnie nijaki, a na czysto po prostu nie dobry. No fanem nie zostanę.
Po kilku kieliszkach chłopaki, jak to faceci, są już gotowi gadać o wszystkim. O polityce, religii, kobietach… I wszyscy są wielkimi przyjaciółmi. Nieważne Pakistańczyk czy Polak, muzułmanin czy chrześcijanin. Pije czy nie pije. Wszyscy jesteśmy „friends”.
W końcu, po bardzo przeciągniętym wieczorze, do stołu podają kurczaka z różna. A ten jest wybitny. Pyszności:)
Chłopaki nawet zasugerowali, że może zabrali by mnie do siebie. Mają wynajęty spory dom. Znajdzie się kawałek podłogi. Ale podziękuję. Zostanę tutaj. Plaża wygląda legitnie. Kilka ckliwych pożegnań na koniec. Bardzo, bardzo fajny wieczór:)
[modula id=”2323″]
