Michael Travel
  • Home
  • Płaska Ziemia
  • Albumy
  • Info & Kontakt
2025-02-19 przez MikolajTD

Dzień 145 – Operacja na otwartym telefonie

Dzień 145 – Operacja na otwartym telefonie
2025-02-19 przez MikolajTD

No dziś to już na pewno Malezja. Musi być. Nocka z tymi samymi owieczkami co ostatnio. Sprawdziły się raz to uznałem, że sprawdzą się znowu. No i dobrze.
Punkt pierwszy to telefon. Jestem umówiony na 11. Będę wcześniej. Na wszelki. Ale samo centrum handlowe otwierają o 10. No to jakaś kawusia i czekamy. W telefonie wykład Marcina Majewskiego. Komentuje fragment o jawnogrzesznicy. Rzekomo dodany po czasie, bo faceci się bali, że uznanie tego tekstu za natchniony będzie powodem i usprawiedliwieniem dla zdrad dla kobiet xD. Swoją drogą wiedzieliście, że istnieje coś takiego jak teologia feministyczna? xD. Cóż, pewnie łatwo się śmiać jak się jest facetem.

mój kierowca wydaje się być bardzo pozytywnym gościem. Macha do wszystkich innych minionych pojazdów. A poza tym… Śpiewa. Śpiewa całą drogę. Bez przerwy. 30 minut jazdy, a ten ciągle sobie coś tam mruczy pod nosem. Jakieś takie jakby arabskie klimaty.

Otworzyli centrum. Jeszcze chwila czekania i idę do mojej pani technik. Techniczki? No w każdym razie zostawiam jej telefon. Dziwne uczucie. Tam w środku jest pół mojego życia. Powierzyć coś takiego drugiej osobie, jeszcze obcej, jeszcze kobiecie;).
Telefon ląduje na stole operacyjnym. Coś dziwnego ściska mi gardło. Techniczka bierze jakieś narzędzia do ręki. Nie chcę na to patrzeć. Nie mogę… Otworzyła go, zdjęła wyświetlacz. O matko! Jaki okropny widok! Wręcz wulgarny! Wszystkie te wnętrzności na zewnątrz… Nie mogę.
Na szczęście nieopodal jest restauracja. To czas na śniadanie. Potem siadam w jakimś wygodnym fotelu i czekam. I czekam. I czekam. Operacja się przedłuża. Ja cały w nerwach. Pocę się. Nie mogę tego znieść. Nie mam nawet smartphona żeby czymś się zająć…
Babeczka mówiła, że potrzebuje godziny. Jak przyszedłem to telefon był złożony ale… Babka mlasnęła coś pod nosem i zaczęła z powrotem rozkładać. Efekt? Kolejna godzina czekania. Ech…
Ale w końcu. W końcu jest. Mój kochany smartphone. Mój Realme GT Master Ediszyn coś tam sroś tam. I działa! I nawet lepiej niż myślałem. Był już mocno poobijany. Ekran przecinały białe martwe paski. A teraz znowu widać wszystko jasno i przejrzyście. Uszkodziłem go niemal od razu po zakupie na pokładzie MSC Olga 3 lata temu. A tu proszę. Piękny, czysty, jak nowy. Wygląda jakby miał posłużyć jeszcze dłuuugie lata. Cudnie!
Babka w ogóle fajna, uczciwa. Wymiana wyświetlacza to 1500 batów. Wymiana gniazda 350. Zrobiła oba ale policzyła tylko 1500. Jakieś 180zł. Ech, nieplanowane koszty.
Już 13. No to szybciorem na stację. Zdążę. Zdążyłem. W pociągu pierwszy raz widzę jakichś białych od czasu Krabi. Niemcy. Poza tym mnóstwo Malezyjczyków. Tych nie rozróżniam. Pociąg pełny. Przejazd spokojny. Za to przejście przez granicę się przedłuża. Spora kolejka. Trwa to i trwa. Zastanawiam się czy przejdę bez problemów. Żeby wjechać do Malezji Polacy nie potrzebują ani płacić ani wyrabiać wizy. Trzeba tylko uzupełnić jakiś internetowy wniosek. Tyle, że ja podałem w nim błędny dzień przyjazdu. Myślałem, że będę wcześniej. No ale nic. Udaje się przejść bez problemów.
Swoją drogą jutro mija mi pozwolenie na pobyt w Tajlandii. W sumie 59 dni. Nieźle. Nie spodziewałem się. Jak to się stało, że tak zamuliłem w Krainie Uśmiechu? Długo by gadać.
Ach! Malezja. W końcu. Kraj, o którym nie mam praktycznie żadnego wyobrażenia. Nie mam pojęcia co będzie. Ale cieszę się, że w końcu tu jestem. Czas zacząć kolejną przygodę.
Wychodzę na ulicę. Idę dłuższy kawałek. Znajduje miejscówkę do stopowania. Idealna. Widać mnie z daleka i jest sporo przestrzeni żeby zatrzymać auto. I… Dupa. Nic nie staje. Dosłownie nic. Chyba przez godzinę. A aut jest sporo. Hmm… Dziwne. I nie wróży za dobrze. No to idę z buta.
I cyk, wyłapuje mnie jakaś babeczka. Sama się zatrzymuje i proponuje, że podwiezie kawałek. Fajnie. Siadam z tyłu. Z przodu, zanurzony w wielki fotel, śpi mały synek. Jedziemy kawałek. Niestety nie za daleko. Wychodzę i znów wystawiam kciuka. I znów nic. Hmm… Nie wygląda to za ciekawie.
Po jakimś czasie podjeżdża ziomek na skuterze. Pyta dokąd się wybieram. Do Kuala Perlis. Tam będzie prom na Lengkawi. Ok. Ziomeczek mówi, że mnie zawiezie. Ekstra. To jedziemy. Siadam, niewiele myśląc, na tylnym siedzeniu skutera. To błąd, bo do pojazdu z tyłu przymocowany jest kufer. Ja z plecakiem na plecach… Jest ciasno, niewygodnie, kijowo. Jedziemy. Jest bardzo nieprzyjemnie. Po dłuższej kawałku udaje mi się zasygnalizować mojemu kierowcy żeby się zatrzymał na chwilę. Przerzucam plecak na z pleców na brzuch. Siadam w ten sposób. Nooo. Teraz to mogę jechać. Jakbym z mojego Focusa przerzucił się na fotel pasażera w Jaguarze Kubusia. Tzn. różnica jest spora.
A mój kierowca wydaje się być bardzo pozytywnym gościem. Macha do wszystkich innych minionych pojazdów. A poza tym… Śpiewa. Śpiewa całą drogę. Bez przerwy. 30 minut jazdy, a ten ciągle sobie coś tam mruczy pod nosem. Jakieś takie jakby arabskie klimaty.
Dojeżdżamy na miejsce. Facet bardzo mi pomógł. Dzięki:).
Co teraz? Ogarnąć kasę. To łatwe. Nieopodal jest bankomat. Następnie? Ogarnąć Internet. Jest 7-eleven. Znane, bezpieczne miejsce. Pozornie, bo oferta w środku zupełnie inna niż w Tajlandii. Ale można kupić kartę z netem. 30zł. Nielimitowany Internet na miesiąc z dzwonieniem i pisaniem. Cudnie. Biorę.
A co by tu teraz? Padam z głodu. Trzeba coś zjeść. Jedzenie tutaj to żadna rewolucja względem Tajlandii. Podobne podejście, podobna treść. Udaje się wyłapać jakieś oblegane restauracje. Ryż, mięcho, warzywa. Bardzo smacznie. 6 zł za obiad. Ekstra. Ale wciąż jestem głodny. To z jednej knajpy idę bezpośrednio do drugiej. Tutaj troszkę drożej. Za to dorzucam sok. Dwa obiady i napojem to w sumie 15 zł. Wygląda na to, że w Malezji ceny wciąż przystępne. Ale się obżarłem.
Idę jeszcze na spacer po mieście ale nie ma tu absolutnie nic ciekawego. No nic. Wyłapałem już wcześniej miejscówkę do spania. To taki promowy dworzec. Czuje się raczej bezpiecznie. I jest działające gniazdko więc się mogę podładować. Jeszcze jakiś telefon do domu. No i pozostaje tylko położyć się na solidnej, sporej ławce i lulu. Kasa, internet, prąd, plan. Wszystko jest. Można robić. Malezja zapowiada się fajnie:).
Tylko jedno mi chodzi po głowie. Ironią losu jest fakt, że po tym jak trafiałem z imprezy na imprezę, dziś, kiedy to mamy ten właściwy Nowy Chiński Rok, ja jestem w miejscu, w którym nie świętuje nikt i nic. Na jakimś szarym końcu świata. Ostatecznie przegapiłem główną imprezę. O ironio.

[modula id=”2295″]

Poprzedni artykułDzień 144 - Jak smakują tajskie robaki i tajski masażNastępny artykuł Dzień 146 - 17 ludzi w maluchu

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

O Blogu

Jestem Michał, dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

Ostatnie wpisy

Pierwszy Vlog! Dzień 3582025-09-16
Dni 351 – 360 – Wrestling, moja przyszłość!2025-09-12
Dni 348 – 350 – Wśród kosmitów2025-09-08

Telefonik: +48 69dwa 4ysta98 sto20

Fundacja: Józefa Strusia 13a, Warszawa

Rife Free WordPress Theme ❤ Made by Apollo13Themes.com

Jestem Michał,

dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

RAAM
Gibraltar
Malta