Nocka do najbardziej udanych niestety nie należała. Za głośno po prostu. Ciągle ktoś się kręcił w okolicy. Ostatecznie sensownie pospałem jakieś 5 godzin. Dobre i to. Już nie takim wczesnym rankiem mam pobudkę. Podbiega jakiś typek i krzyczy. Widzieć się nie widzimy ale ja już wiem, że drze się na mnie. To wychodzę. Pokazuję, że wszystko ok i już się wygrzebuje i zabieram… I widzę 4 policjantów. Stoją tuż obok. W pełnym umundurowaniu i pod bronią. Co jest? Spanie w parku jest tu aż tak nielegalne? Nie. Okazuje się że panowie mundurowi przyszli sobie tutaj pocykać foty. Serio…
Wieczorem mam jeszcze czas żeby sobie posiedzieć nad jeziorkiem. Pomyśleć o życiu. O błędach. O pomyłkach. O niepowodzeniach. O porażkach…
Poranek w miarę spokojny. Z nieprzyjemnych rzeczy okazuje się, że powerbank mam naładowany na 50%. Byłem pewien, że na 100. I nawet go nie wyciągałem w mieszkaniu Puk. Pfff… No nic. To skoczę jeszcze do fast foodu na śniadanie. Przy okazji się podładuję. I czas w drogę.
No i lipa. Wesoło nie jest. Przez 3 godziny trochę butowałem ale nie zatrzymało się nawet jedno auto. Nawet jedno. Frustrujące. Jeszcze po wczorajszym dniu…
No pierwsza część dnia do udanych też nie należy. Przeszedłem kilka kilometrów ale w praktyce wogóle nie poruszyłem się do przodu. Mech. Pora zastosować starą sprawdzoną strategię. Idę na stację benzynową. Załatwię się. Kupię puszkę Pepsi. Wypije. Podważę wszystkie swoje życiowe decyzje, które doprowadziły mnie do tej chwili…
A potem pójdę dalej. Wystawię palec i… zatrzymało się drugie auto. Totalnie złoty strzał. Ziomek jedzie dokładnie w moim kierunku. Nawet mnie taki obrót spraw niespecjalnie dziwi.
Mój kierowca to Don. Jedzie na spotkania z klientami. Ma firmę rodzinną. Obracają ziemią. Głównie w południowej Tajlandii. Jedzie do Krabi. Ale dziś tam jeszcze nie dojedziemy. Mamy przystanek w Chumpchon. Tam mój dobrodziej ma przyjaciela, z którym zamierza dziś pić. Spoko. Po drodze robimy jakieś drobne zakupki dla wspomnianego przyjaciela. Zostaję poczęstowany lokalnym owocem. Nie wiem jakim ale za to był nie dobry. Na miejsce dojeżdżamy na wieczór. Zanim dojedziemy, zaopatrujemy się w zupę od lokalnego sprzedawcy. Don mówi żebym ja ją podarował gospodarzowi żeby wkraść się w łaski xD. A przynajmniej tak zrozumiałem. Bo jak dojeżdżamy na miejsce to jako pierwsze wita nas około 7 niedużych szczeniaków. A zupki są dla nich xD. Głodne. Jeden przy karmieniu mnie dziabnął.
To co? Zrzucamy się na karmienie piesków następnym razem?
A za dotychczasowe wsparcie Bardzo Wam dziękuję… i wysyłam materiał premium. Mam nadzieję, że się troszkę pośmiejecie 🙂
W domu mieszka rodzina. Jej najstarszym członkiem jest wspomniany przyjaciel Dona. Generał armii. Weteran. Ponoć legenda. A najciekawsze jest to, że żyje w piramidzie. Tak. Piramidzie. Prawdziwej, pieprzonej piramidzie w Tajlandii. Zbudował z kolegami z armii. 14×14 metra. Piramida w Tajlandii.
Jedziemy pić. I jeść trochę też. Ja, Don i generał. Czy może Don, generał i ja. Coś tam na ząb na kolację. Do tego szkocka whisky. Niedobra. Oczywiście, że niedobra. Chłopaki to w ogóle srogo ją rozpuszczają z wodą. Trochę popiją. Ja to symbolicznie. Trochę pojemy. Potem przejdę się na spacer i tyle.
Spałem już w wielu różnych miejscach. Ostatnio myślałem, że jak się przespałem w ringu bokserskim to już szczyt. No ale dziś spędzam noc… W pieprzonej piramidzie xD. Nieźle.
Wieczorem mam jeszcze czas żeby sobie posiedzieć nad jeziorkiem. Pomyśleć o życiu. O błędach. O pomyłkach. O niepowodzeniach. O porażkach…
[modula id=”1794″]
