I cyk. Ostatni dzień w Bangkoku. Ok. Zdecydowanie przeciągnąłem. Znowu. Ile to w sumie wyjdzie? 10 dni? Nieźle. No dziś już na prawdę trzeba się zwijać.
Dojazd na stację centralną zajął godzinkę. A na miejscu niespodzianka. Nie sprzedadzą mi biletu. Moja dobrodziejka specjalnie sprawdziła wcześniej czy są dostępne i były. Ale na stacji mówią, że mi nie sprzedadzą bo… Jestem facetem.
Poranek spokojny. Kto wie kiedy przydarzy się znowu okazja żeby pospać w tak wygodnym łóżeczku. Moja gospodyni wpadnie zabrać klucze i się pożegnać koło południa więc mam czas. Przejdę się jeszcze na siłownię. Trochę się spocę. A potem, co tam. Wskoczę do basenu. Zrobię parę długości. Pochiluję. Pokorzystam. No jest cudownie po prostu. Aż szkoda jechać dalej…
Ale trzeba. Wszystko spakowane i przygotowane. Moja dobrodziejka pojawia się punktualnie. I jeszcze przyniosła mi śniadanie. W sensie obiad. Na śniadanie. Cudowna, wspaniała kobieta.
Puk pyta jak zamierzam jechać. To mówię, że autobusami za miasto a dalej stopem. To proponuje mi żebym pojechał na stację centralną i stamtąd wziął pociąg do HuaHin. Pociągi tutaj wydają się być śmiesznie tanie. 44 baty za taką przeprawę. 150km. Dla porównania, przejazd pociągiem w Bangkoku na stację centralną to 62 baty. Ogólnie cały problem teraz to wyjechać z miasta. To jest ogromne. Dojechanie do miejsca, z którego będzie się dało złapać coś na stopa może trochę zająć. Opcja z dojazdem do HuaHin brzmi rozsądnie. Tam powinno być prościej. Tylko jeden szkopuł. Pociąg jedzie ponad 3 godziny. 150km…
Puk to świetna osoba. Na prawdę mi pomogła. I to w czasie kiedy czułem, że tej pomocy potrzebowałem. No ale czas się pożegnać. Dzięki Puk:)
Dojazd na stację centralną zajął godzinkę. A na miejscu niespodzianka. Nie sprzedadzą mi biletu. Moja dobrodziejka specjalnie sprawdziła wcześniej czy są dostępne i były. Ale na stacji mówią, że mi nie sprzedadzą bo… Jestem facetem. Kobiecie by sprzedali. Ok. Ok… O co chodzi? W sensie jakieś przedziały płciowe czy co? No dziwne. I niefajne. Jak każdy, spotkałem się w życiu wiele razy z mniejszym czy większym seksizmem wycelowanym w moją osobę, czy też w moją płeć. Zawsze spływało po mnie jak po kaczce. Ale tutaj… No jest to naprawdę niemiłe. Tzn. kurna… chciałem kupić bilet xD. Stacja znajduje się na drugim końcu miasta względem tego, który mnie interesował. Więc teraz czeka mnie dłuuuga przeprawa przez centrum. Ech…
To jest taki moment, w którym się naprawdę odechciewa. Naprawdę spada motywacja. Muszę to odsiedzieć.
No ale też nie ma co za długo zamulać. Samo się nie zrobi. Ustalam trasę. Wsiadam w metro i jadę. Potem przesiadka w autobus. I dupa. Korek jakich mało. Znaczy akurat w Bangkoku to dużo. No ale wiadomo o co chodzi. Wyjazd z miasta się przeciąga. Jeszcze jedna przesiadka. Ponad pół godziny czekania na przystanku. Ostatnie 20km i w końcu. Jestem w Samut Sakhon. Miasteczko pod stolicą. Dosyć przyjemne. Pozbawione turystów. Tylko, że zrobiła się 19.00. Brrr…
Ciemno już. Nie ma sensu jechać dalej. Pójdę w miasto, pooglądam. Zjem coś.
Jak zaplanowałem tak zrobiłem. Na koniec wylądowałem jeszcze na jakimś nocnym targu z muzyką na żywo. Przyjemne miejsce. Obok jest park. Całkiem przyzwoity. Z kilkoma potencjalnymi miejscówkami na nocleg. Podczas rozpoznania znajduję dosyć smiechową, parkową siłownie. Trochę śmieszna ale spoko. Pewnie da się fajnie potrenować. Na koniec dnia jeszcze rozmowa z mamą przez telefon. Podnosi morale. No i nie ma co. Rozstawiam namiot i się kładę. Za dużo komarów żeby spać bez. Trochę gorąco ale nie ma tragedii. Tylko ta impreza niedaleko…
[modula id=”1783″]
