124 – 11.01.25
No dziś już nocka przyjemniejsza. Co prawda generał wstał o pogańskiej godzinie (wszak poganin) i coś dłubał przy stole ale dało się pospać. Rano kawka i… Wygląda na to, że szybko nie wyjedziemy.
Miałem spać w ogrodzie ale chłopaki mówią że lepiej nie, bo może mnie jakiś wąż zabić. Ok. Nie będę się kłócił.
Bowiem Don postanowił, że dziś pije. O 10 rano… Z generałem. Ale Don to odpowiedzialny człowiek i nie jeździ po alkoholu. Dzwoni więc do kolejnego „friend”, który będzie robił za kierowcę. Wyjazd zaplanowany na 12. To czas na śniadanko. A na śniadanie… Na bogów, czy ja dobrze widzę? Chleb! Prawdziwy chleb! Prawdziwy nie oszukany chleb! Tyle, że zamrożony. Ale co tam. Wzięli i opiekli na chrupko. I do tego masło. Jej… Wzruszyłem się. Prawdziwego chleba nie jadłem chyba od Kazachstanu… Tutaj mają przeważnie tylko tostowy podchleb.
A, no i zupa z wołowiną. Całkiem niezła. A panowie piją. Tą samą szkocką co wczoraj. Dodatkowo Don raczy się jakimś ziołem. Hmm… Ja skusiłem się tylko na cydr i… O dziwo, smakuje. Chyba pierwszy wyrób około alkoholowy, który mi wchodzi. Tak, możecie już używać wszelakich epitetów podważających moją męskość.
Jest czas więc pomagam coś przy przenoszeniu jakiś gratów. Popatrzę jak karmią 1,5 metrowe rybki. Pocykam foty. Podumam nad wodą. I tak się zejdzie do 12. Tylko, że wtedy Don (trochę już wstawiony) ogłasza, że wyjeżdżamy o 12.30, śmiejąc się przy tym szczerze i głośno, z zupełnie nieśmiesznego żartu. Potem przesuwa na 13. I ostateczne wyjeżdżamy już o 13.30. Don siada z tyłu. „Like a boss” mówi. No jest już konkretnie odklejony. Ech… Opowiada nieśmieszne dowcipy, drze się coś o dymaniu dziewczyn jak dojedziemy na miejsce. I najgorsze. Zaczyna rapować. Oooough. Prosto w moje ucho. Jeny…
Daje mi w prezencie damską torebkę. Mówi, że załatwi mi nocleg dzisiaj, a jutro załatwi mi też nocleg na Phi Phi Island. Dodatkowo ponieważ jestem jego „friend” to będę miał specjalną cenę na bilet na prom.
Ogólnie typ sprawia wrażenie jakby miał „przyjaciół” wszędzie. Ale też po pijaku wyrywa mu się: „oni mnie kochają. Wiesz czemu mnie kochają? Bo zawsze jak mnie widzą to daje im pieniądze”. Ok. No cóż. Typ rozumie na czym polega sprzedaż. Budowanie kontaktów i wywieranie wpływu, utrzymywanie relacji, sprzedaż. To tłumaczy czemu gdzie by się nie pojawił, dominuje. Wszystkich. W domu przyjaciela czuje się jak u siebie i wydaje się mieć większą decyzyjność niż sam gospodarz. No ale to też pewnie tym ludziom pasuje. Taki typ.
„Zamówiłem najlepszą wieprzowinę jaką jadłeś w życiu. Jak ja zjesz to umrzesz”. „Jedziemy do najpiękniejszej toalety jaką widziałeś w życiu. Jak ją zobaczysz to się rozpłaczesz”. Sprawdź mnie. Trochę już widziałem.
Ogólnie po drodze mamy sporo przystanków. Jedzenie. Zakupy. Toaleta. Jakieś zioło. Gdzie się nie pojawi, Don robi furorę. Wszyscy wydają się go lubić. Żarcie okazało się przeciętne. Ale toaleta już była naprawdę fajna. I tak nam zszedł cały dzień aż do wieczora.
Dojechaliśmy do Krabi. Takie miasto w prowincji Krabi. Całkiem przyjemne ale też nic specjalnego. Jedziemy do kolejnego „friend”, u którego mam dostać zamknięte pomieszczenie i kawałek podłogi. Miałem spać w ogrodzie ale chłopaki mówią że lepiej nie, bo może mnie jakiś wąż zabić. Ok. Nie będę się kłócił.
Na miejscu jest już cały team Dona. Chyba jego pracownicy. Wszyscy piją. Ja po cichu się wykradam i idę w miasto. Mam swoje sprawy do załatwienia na telefonie. Plus już naprawdę chciałem trochę odpocząć od tego towarzystwa. Jak wracam to nikogo już nie ma. I dobrze. Do spania.
[modula id=”1825″]
