Poranek identyczny jak ostatni w tym pokoju. Tylko tym razem bez frustracji, że nie wstałem w nocy. Śniadanko też to samo. Msza na 9 (dziś niedziela). Miałem pomysł żeby spytać ojca Johna czy by mi nie pozwolił zostać na parafii przez jeden dzień. Tak o, żeby się trochę ogarnąć. Ale nie. Mówi że dziś gdzieś wyjeżdża i parafia będzie zamknięta. Ok. To dziś atakujemy Bangkok.
Patrzę na zegarek. 21.37!!! Niemożliwe! To nie może być przypadek!
Dorian mawiał, że jego babcia mawiała:
„Najpierw był Święty Piotr. Potem długo, długo nic. I Jan Paweł II”
Po mszy żegnam się jeszcze z paroma znanymi już twarzami i pora ruszać. Idę przez miasto. Coś tam po drodze chapnę. Butuję sobie jak gdyby nigdy nic i nagle widzę to. To… To… To dinozaur! Jest tutaj w rzece! Prawdziwy pieprzony dinozaur! Pływa sobie jak gdyby nigdy nic. Uciekł chyba z parku jurajskiego. Ok. Jestem prawie pewien, że to waran. Ale nigdy jeszcze nie widziałem na oczy to sprawdzam w internetach. Tak. Waran. Powszechnie występuje w Tajlandii. Można go spotkać nawet w centrum Bangkoku(!). Pod warunkiem, że w pobliżu jest woda. Ciekawe. Myślałem, że te zwierzęta są niebezpieczne i nie biegają sobie ot tak po miastach. Ale wygląda na to, że nie.
Wyjazd z miasteczka trochę trwa. Ale w końcu udaje się zatrzymać auto. Nie możemy się dogadać gdzie jadą ale kierunek i zwrot się zgadza to ładuje się na pakę. Nagle się zatrzymują na autostradzie. Co się dzieje? Babeczka wychodzi z auta i znowu próbuje ustalić gdzie jedziemy. Jakoś wspólnymi siłami uzgodniliśmy, że wszyscy chcemy jechać do Bangkoku xD. Cudownie. Złoty strzał. To jedziemy. Fajnie się jedzie na pace. Po prostu fajnie. Co prawda miałem doskonały plan aby w trakcie przejazdu popisać i już wiadomo, że to nie wchodzi w grę ale i tak jest fajnie.
Dojeżdżamy do przedmieść stolicy. Tu się rozstajemy.
Idę na przystanek. Gadam z lokalnymi taksówkarzami. Mówią jak dojechać do centrum autobusem. Wsiadam w numer 141. W środku wyłapuje mnie babeczka. Pyta co to ja, dokąd i w ogóle. To mówię że do centrum. Podaje cenę i wydaje bilet. Takie buty. W każdym autobusie jeździ dodatkowo osoba od sprzedaży biletów. Wydaje się, że jednym z jej obowiązków jest ogarniać nieogarniętych turystów. W sumie spoko opcja.
Jeszcze jadąc do centrum obwodnicą Bangkok robi wrażenie. A jak wysiadłem na miejscu to od razu poczułem, że to taki rodzaj miejsca, w którym nie byłem od dosyć dawna. Myślę, że tak pewnie od Istambułu… Tfu! Konstantynopola!
Jest chaos. Jest harmider. Jest mnóstwo ludzi wszystkich kolorów i kontynentów. Jest mnóstwo betonu i mnóstwo barwnych światełek. Mnóstwo wszystkiego. I jest tego bardzo. Pomyślałem, że poszukam jakiegoś centrum handlowego żeby się gdzieś przykitrać i zastanowić co i jak. To jest o tyle proste, że Bangkok sam w sobie wydaje się być jednym wielkim centrum handlowym. Serio. Nie wiadomo kiedy tu się jedno kończy a kolejne zaczyna. I jakimś niezrozumiałym cudem, wszędzie jest pełno ludzi.
Czuję się słabo. Chyba się odwodniłem. Albo cukier mi spadł. Albo jedno i drugie. Idę do 7-11 kupić medykamenty na taką okazję. Tzn. paczkę Oreo i puszkę Pepsi. Od raaaazu lepiej. I już jest spokój. I teraz można myśleć.
Udaje się ogarnąć hosta na dziś. Czy raczej hostkę. Tylko trzeba wyjechać za miasto. Jest tu w miarę rozbudowana sieć kolei i metra. Hostka wytłumaczyła mi gdzie jechać. Odbierze mnie ze stacji. Udaje się bez zbędnych opóźnień.
Moja dobrodziejka ma imię, którego powtórzyć nie potrafię. Idziemy na jedzone najpierw. Znowu hot pot. Ale tym razem taki bardziej fajny. Z samym mięskiem. Mmm… Uczta. Bardzo, bardzo przyjemnie.
Moja gospodyni mieszka z mamą i dwójką dzieci. Rozwódka. Dzieciaki w wieku szkolnym. Co ciekawe, katoliczka. Czego akurat nie da się nie zauważyć, bo drugie co się rzuca w oczy po wejściu do domu (pierwsze to bałagan) to… To On. Wielki Papież Polak. Jan Paweł II! Jest tu! Na drugim końcu świata! Och jak cudownie! Patrzę na zegarek. 21.37!!! Niemożliwe! To nie może być przypadek!
Dorian mawiał, że jego babcia mawiała:
„Najpierw był Święty Piotr. Potem długo, długo nic. I Jan Paweł II” xDDD
No wybaczcie mi te szyderę. Choć do dziś pamiętam dzień śmierci Wielkiego Polaka to jednak należę też do na tyle młodego pokolenia, że ciężko mi myśleć o jej personie w oderwaniu od wszystkich mniej lub (zwłaszcza) bardziej śmiesznych memów.
I żeby nie było, ja naprawdę doceniam znaczenie i wkład papieża w świat. Zwłaszcza jego spuściznę filozoficzno, teologiczno literacką. Na tyle ile ja czytałem jego teksty to uważam, że to był „wybitny koleś” pod wieloma względami. Naprawdę polecam. Naprawdę mądre rzeczy. Facet naprawdę ogarniał.
I właśnie na tym polega cała tragedia. Status Karola Wojtyły w Polsce jest absurdalny. Absurdalnie wysoki i absurdalny sam w sobie. Bo realnie pamiętamy go za te pieprzone kremówki, a nie za to faktycznie wniósł w świat. I to jest porażka. To jest pieprzona tragedia.
No. Już się wyżaliłem i wyzłośliwiłem. No ale jest tu. Wisi na ścianie. Obok Chrystusa Króla. Jak w Polsce!
Wogóle te mini kapliczki tutaj wyglądają identycznie jak buddyjskie. Tylko jest Jezus zamiast Buddy. Ciekawe.
Oho. Witają mnie dzieciaki. Żywo zainteresowane moją osobą. Starszy, chłopiec gada ze mną i pokazuje w co gra na telefonie. Młodsza, dziewczynka chwali się swoimi rysunkami. Podarowuje mi jeden. Słodka… „20 batów” słyszę xDDD.
Słodka i przedsiębiorcza. Sięgam do kieszeni. Nie mam drobnych. Młoda wygrała. Masz 100. Oby ten obrazek był kiedyś coś wart…
Jest wesoło ale przychodzi czas na spanie. Mi przypada kanapa na parterze.
Ale zanim spać to jeszcze jedna rzecz do zrobienia. Rodzinka jest u Grabińskich. Rodziny mojego ojca chrzestnego. To pomyślałem, że też wirtualnie odwiedzę. Dzwonię. I po kolei gadam ze wszystkimi. Z moim chrzestnym Zbyszkiem, z ciocią Beatką, z moją niedoszłą małżonką, wiecznie zabieganą Justyną, kumplem od zawsze Marcinem, i oczywiście moją BFF Madzią! Jest nawet Zosia. Dziewczyna Marcina. Ona z jakiegoś powodu zawsze jest na tych imprezach kiedy akurat mnie nie ma. A jak jestem, to jej brakuje. Ciekawe… Bardzo miłe spotkanko.
[modula id=”1566″]
