Michael Travel
  • Home
  • Płaska Ziemia
  • Albumy
  • Info & Kontakt
2025-01-23 przez MikolajTD

Dzień 109 – pożegnanie z plażą

Dzień 109 – pożegnanie z plażą
2025-01-23 przez MikolajTD

Nocka była słaba. Niestety. Położyłem się może wcześnie ale komary dały do wiwatu. Za gorąco żeby komfortowo schować się w śpiworku. Zbyt dużo komarów żeby komfortowo spać bez. Z dwojga złego lepiej się pocić niż umrzeć na jakiegoś komarowego syfa. Ale prawda jest taka, że powinienem był rozbić namiot. A mi się nie chciało.
Idziemy. Ostatni trening. Nocka fatalna niestety. Więc szczytu formy nie będzie. No i trochę się obawiam, że zemści się na mnie wczorajsza kolacja. Ale jestem pełen entuzjazmu i dobrej myśli. To idziemy.
Trening standardowo już zaczynamy z opóźnieniem. To nic. W końcu zaczęliśmy.

„You can fight! You can fight!” – powtarza Master. Mówi żebym przychodził kiedy zechcę żeby potrenować na workach we własnym zakresie. Ale ja się już zbieram. Jadę do Phechaburi. Już nie wrócę.

Rozgrzeweczka spokojnie, czas na pierwsze rundy. Czuję, że jest dobrze. Postanowiłem nagrać większość z ostatniego treningu. Ot, dodatkowa motywacja. To jedziemy. BAM BAM BAM.
Trening dziś lecimy z Kuu. To ten trener co trochę mniej się przejmuje techniką ale trochę bardziej mi daje popalić. I dobrze. I już tak po dwóch rundach na tarczach czuję, że jest na prawdę dobrze dzisiaj. Wszystko rozruszanie. Nic nie boli. Ciosy siadają mocno. Zadyszka nie łapie. Kurde… No doskonale po prostu. Zastanawiam się co jest grane. Myślałem, że słaba nocka i warzywka się zemszczą. Ale nie. Siły mam jak jeszcze ani razu podczas treningów tutaj.
Myślę, że jednak wczorajsza kolacja oddaje. Raz, że się po prostu porządnie najadłem, całkiem odżywczo w dodatku. Dwa, pochłonąłem taką ilość lodów i Pepsi, że gdzieś ten cały cukier trzeba po prostu oddać xD. Jak jest energia to trzeba korzystać. Jeszcze na ostatnim treningu. Jedziemy. BAM BAM BAM.
No i siadło ekstra. Najpierw dużo konkretnego boksowania. Potem sporo kolan i na końcu kopnięcia. No i fajnie. Dobry, mocny trening na koniec. Kuu też nie odpuszczał do końca.
Czas się ze wszystkimi pożegnać. Z trenerem Kuu. Z drugim trenerem, którego imię było co prawda proste ale i tak mi wypadło z głowy (Od? Chyba Od). Z ziomeczkami, którzy też są trenerami tylko nie moimi i na ostatni tydzień zostali monterami łóżek. Ale zawsze kibicowali i wspierali uśmiechem. No i z mistrzem Toddy. Zamieniliśmy kilka słów. „You can fight! You can fight!” – powtarza Master. Mówi żebym przychodził kiedy zechcę żeby potrenować na workach we własnym zakresie. Ale ja się już zbieram. Jadę do Phechaburi. Już nie wrócę. Mistrz powtarza żebym kiedyś wrócił koniecznie. Kto wie, może:)
Jeszcze ładuję się do morza. Ostatnia kąpiel na tej plaży. Dziś nie ma słońca. Przynajmniej póki co. Jest trochę chłodniej i trochę wieje. Przyjemnie.
Dalej porządny prysznic. Jakieś pranie. Ogólna higiena. I w drogę.
Tzn. na razie idę tylko do centrum. Wezmę jakieś lodziki, jakąś kawusię i jeszcze trochę pobimbam na plaży. Jak już zjadłem i się położyłem to… To… To bardzo szybko odleciałem. Spożyty przed chwilą cukier to raz. Zmęczenie odłożone w czasie to dwa. I nieprzespana nocka to trzy. Zasnąłem prędko. To jedna z takich drzemek podczas której, czułem się maksymalnie wyczerpany. Dosłownie czułem jakbym nie był w stanie zgiąć kolana. Leżę krzyżem plecami na piasku. Ręce szeroko. Swoją drogą to musi zabawnie wyglądać. No dobra. Czas wstawać.
Mój ulubiony targ na dobre startuje o 15. No to pójdę jeszcze się dobrze najeść żeby zakończyć moje posiedzenie na plaży. No to zobaczmy czym by się tu dzisiaj uraczyć. Weźmiemy sushi. Mięsko z grilla. Ananska i nawet skuszę się na jakiś wyrób cukierniczy. Do tego tajska herbata i jakiś napój kakaowy. No i bajka. Idziemy na plażę jeść. Ale będzie milusio:)
Czas opuścić plażę. Było miło. Naprawdę. Chciałem spory kawałek ładnego piasku, odosobniony i spokojny i to znalazłem. Siły zregenerowane. Treningi zaliczone. Czas jechać dalej.
Łapie stopa do Phechaburi. Dosyć gładko. Jadę na pace. Spokojnie docieram na parafie. Tak się składa, że proboszcz akurat był na zewnątrz to nawet nie musiałem dzwonić. Zostaje pięknie ugoszczony. Dobrze zjadłem więc na koniec dnia tylko jakieś ciasteczko, jedno piwko i wystarczy. Zrobił się już wieczór. Jestem dosyć zmęczony i chętnie bym odespał zaległości. Ale mam jeszcze kilka rzeczy do zrobienia na telefonie. No i znowu zeszło się do po północy… Ech…

[modula id=”1541″]

Poprzedni artykułDzień 108 - Dzień IdealnyNastępny artykuł Dzień 110 - droga do Stolicy

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

O Blogu

Jestem Michał, dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

Ostatnie wpisy

Pierwszy Vlog! Dzień 3582025-09-16
Dni 351 – 360 – Wrestling, moja przyszłość!2025-09-12
Dni 348 – 350 – Wśród kosmitów2025-09-08

Telefonik: +48 69dwa 4ysta98 sto20

Fundacja: Józefa Strusia 13a, Warszawa

Rife Free WordPress Theme ❤ Made by Apollo13Themes.com

Jestem Michał,

dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

RAAM
Gibraltar
Malta