Michael Travel
  • Home
  • Płaska Ziemia
  • Albumy
  • Info & Kontakt
2025-08-15 przez MikolajTD

Dni 325 – 326 – A kij, idę z buta

Dni 325 – 326 – A kij, idę z buta
2025-08-15 przez MikolajTD

Obiecałem mojej gospodyni, że przed wyjazdem zrobię typowo polskie śniadanie. Tzn. na tyle ile się uda w meksykańskich warunkach. Czuję się już dużo lepiej to spróbuję.
Wypad na zakupy, a potem do garów. Czy raczej patelni. Będą kanapki. Jakimś cudem udało się znaleźć chleb. Swoją drogą, po blisko miesiącu w Meksyku zaczynam mieć dosyć wszechobecnej tortilli…
Poza chlebem, jajka. To nic nowatorskiego. Ale mówią, że im smakowało i najedzeni. To dobrze.
W ramach wdzięczności odprowadzą mnie na przystanek. I wpakują do właściwego autobusu. To akurat bardzo pomocne, bo te autobusy tutaj…
Wyjeżdżam za miasto i biorę się za stopowanie. Idealnie było już dziś dotrzeć do Guadalajara ale może być ciężko zważywszy na to, że już południe. Zobaczymy. Staje pierwsze auto.
Centrum Meksyku jest nieco bardziej tradycyjne niż północ. W efekcie mój kierowca usilnie próbuje mnie nawrócić na… Jezusa. Ciągle powtarza, że Jezus jest Panem i Zbawicielem. Że wszystko w Nim i nic bez Niego. Do tego, że mnie muzułmanie nawracają na Allacha to się już przyzwyczaiłem. Ale żeby mnie nawracali na Jezusa? To coś nowego.
Drugie auto to już dłuższa podwózka. Opuszczamy stan Sinaloa i wjeżdżamy do Nayarit. Po drodze zaliczamy całkiem smaczny obiad w całkiem uroczej knajpce. 
Dziś do Guadalajara nie dotrę na pewno. Nie ma szans. Zamiast tego celuję w Tepic. Zostało tylko kilkadziesiąt kilometrów i mam tam hosta. Ale jest problem. Pomimo świetnych warunków drogowych, auta się nie zatrzymują. Nic. Cholipka. Trochę butuję, szukam dogodnej miejscówki. Ale nic. A zbliża się burza…
Powoli już tracę nadzieję ale… W końcu jest. Znalazła się para dobrodziejów. Na 5 minut zanim lunęło.
Dojeżdżam do miasta. Stąd dwa kilometry na piechotę i czekam na mojego dobrodzieja. Jorge, sześćdziesięcioletni chirurg. Właśnie przeprowadza operacje. Z sukcesem. Pół godzinki czekania. Potem jedziemy do miasta żebym jeszcze coś zobaczył. W następnej kolejności czas na kolację. A jakże, tacos:).
Na koniec wracamy do domu. Ten jest duży i elegancki. Wyposażony w kilka wspaniałych łazienek. Cudownie! Jorge kupił ten dom z myślą o przyjmowaniu rodziny. Jest wdowcem ale ma 4 dorosłe córki. Ma też dziewczynę. W jego wieku. Uroczą panią dermatolog. Specjalistka w swoim fachu. Ta również przyjeżdża na wieczór do domu.
Czas spać.

Następny poranek jest leniwy. Śniadanie. Jakieś ogarnianie. W okolicach południa Jorge odstawia mnie na wylotówkę. Dzięki za pomoc Jorge! Czas mi ruszać dalej!
I zaczęło się piekło. Ok. Przesadzam. Aż tak źle nie było. Ale nie było też przyjemnie.
Nie mogłem znaleźć żadnego sensownego miejsca do stopowania. W efekcie przebutowałem 4 godziny na stację benzynową. Bez sensu. Żebym chociaż rozumiał jak działają te busiki tutaj. W sumie trzeba było kombinować z transportem publicznym. No ale nic. Nałaziłem się jak głupi. W takich momentach można autentycznie zwątpić i w to co się robi, i we własną inteligencję.
Ale los się odwraca na stacji benzynowej. Spotykam faceta z synem, którzy za zabiorą mnie tam gdzie trzeba. Bezpośrednio do Guadalajara!
No. To już mi trochę lepiej:)
Zwłaszcza, że widoczki po drodze zacne.
Dojeżdżamy na miejsce. Pojawia się kolejne wyzwanie. Moi gospodarze mieszkają po drugiej stronie miasta. Ok. „Musisz być sprytny” – myślę. Nie idź z buta. To głupota. Sprawdzam czy google obsługuje rozkład jazdy tutaj. Obsługuje! W Hermasillo się udało to tutaj też się uda, nie?
A nie. Bo dupa. To co podaje google nijak się ma do rzeczywistości. W dodatku wiele autobusów jest zwyczajnie nieoznakowana… Próbuje się dogadać z kierowcami. Na nic to. I tak jeżdżę przez dłuższy czas bez ładu i składu. W dodatku te autobusy mają jakieś absurdalne pomysły. Kręcą się, wiją, zawracają. Patrzę na mapę i śledzę przejechaną trasę. Kto to wymyślił? To tak bardzo nie ma sensu jak to tylko możliwe.
Znowu się frustruję. Do moich dobrodziejów jeszcze 5km. A kij. Idę z buta. Czasem jednak trzeba pracować ciężko, a nie mądrze.
Spacer dobrze mi robi. Luzuje. Docieram na miejsce. Moi gospodarze uroczyście mnie witają. Szklanką whisky. I planszówkami. Poproszę.

Poprzedni artykułDni 322 - 324 -Powrót do zdrowiaIlustracja wprowadzajaca dzien 324Następny artykuł Dni 327 - 328 - Asertywnie :)

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

O Blogu

Jestem Michał, dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

Ostatnie wpisy

Pierwszy Vlog! Dzień 3582025-09-16
Dni 351 – 360 – Wrestling, moja przyszłość!2025-09-12
Dni 348 – 350 – Wśród kosmitów2025-09-08

Telefonik: +48 69dwa 4ysta98 sto20

Fundacja: Józefa Strusia 13a, Warszawa

Rife Free WordPress Theme ❤ Made by Apollo13Themes.com

Jestem Michał,

dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

RAAM
Gibraltar
Malta