Rano wstaje wychodzę z pokoju i widzę jakiegoś faceta. O, myślałem, że Marlena mieszka tylko z Ragnarem. Przedstawiam się. Chłopak ma na imię Francesco. I jest byłym chłopakiem Marleny. Tak jakby byłym. Czy też tak jakby chłopakiem teraz. Marlena zerwała z Frencasco miesiąc temu ale… On się nie zgodził xD. Wniosek o zerwanie został odrzucony. Mój mistrz po prostu xD. I teraz są w takim jakby dziwnym związku. Żeby było zabawniej chłopak jest młodszy od mnie o rok. A Marlena jest po czterdziestce 😅
Widać, że Francesco się stara. Zabiera nas na śniadanie. Za wszystko płaci. Przejmuje inicjatywę. Dobry chłopak. Jemy pyszne, klasyczne meksykańskie tacos. Później wracamy do domu. Marlena i Francesco wrócili z imprezy około 4 rano. Jejku. Jak to dobrze, że się nie dałem wczoraj wyciągnąć. No w każdym razie wszyscy jesteśmy zmęczeni. A na dworzu gorąc. To idziemy spać.
Marlena to super dziewczyna. Zawodowo wypieka wysoko proteinowe, super zdrowe ciasteczka, które sprzedaje lokalnym sklepom. Ma fajny domek w Mazatlan. To swoją drogą jest najbardziej turystycznym miejscem jakie do tej pory odwiedziłem w Meksyku. W ogóle to czy już wspominałem, że im dalej na południe kraju tym robi się tu po prostu ładniej? Mazatlan jest tego świetnym przykładem. W końcu jest tu jakaś architektura, na której można zawiesić oko. Do tego morze, latarnia morska, pagórki. Jest co oglądać. Fajny, przyjemny, sielski klimat.
Pod wieczór idziemy na dłuższy spacer. Moi gospodarze oprowadzają mnie po wszystkich najważniejszych miejscówkach w okolicy. Zaliczamy latarnie na wzgórzu. Potem wzdłuż linii brzegu do starego miasta. No. I to jest w końcu miasto jakie chciałem w Meksyku oglądać. Wąskie uliczki, kolorowe domki, światełka. Przeuroczo. Na koniec lądujemy jeszcze w jednej, doskonałej restauracji. No piękny dzień.
Za który jednak przyszło mi później zapłacić. Ale po kolei. Następnego poranka postanowiłem, że pójdę pod latarnie morską zobaczyć wschód słońca. Trzeba było wstać o piątej… No ale idę. Cóż. Przyjemnie. Ale nie. Nie było warto xD.
Wracam do domu i wale się z powrotem do wyrka. Wstaję ponownie wczesnym popołudniem i odkrywam, że łeb mnie trochę boli. I gania mnie do łazienki. Podobnie jak Francesko. Zatrucie jak nic. Słabo. Oby się za bardzo nie rozwinęło.
Oczywiście, że się rozwinęło. Wieczorem miałem już z 38,5 stopnia gorączki. Francesco trochę mniej źle. No ale cóż. Ja w każdym razie do niczego się już nie nadaje. Trzeba leżeć i tyle.
Marlena była tak uprzejma, że pozwoliła mi przenocować dwie nocki dłużej żebym to sobie odchorował. I udało się. Następny dzień już trochę lepiej. Nawet jakiś spacerek zaliczyłem. Ale na spokojnie. Bez szaleństw. Generalnie półtora dnia bardzo spokojnego leżakowania i powrotu do zdrowia.





















































































