Moi dobrodzieje to matka i dwóch synów. Chłopaki trochę młodsze ode mnie. Dorabiają pracując u wujka. Matka ma salon SPA. Bardzo przyjemni, wyluzowani, prości, pozytywni ludzie.
Rano mieliśmy iść na jakiś hike. Ale pogoda nie dopisuje. W efekcie mam dzień lenia. Za dużo nie robię. Jem. Sprzątam. Ogarniam swoje rzeczy. Moja gospodyni wyciąga mnie na lokalne lody. Dobre. Po drodze jeszcze próbuję owoców na słono/ostro. Nie dobre.
Ale następnego poranka już idziemy. Nie do końca wiem gdzie. Ale jedziemy. A miejsce okazuje się być spektakularne. I pomimo iż jest tu mnóstwo ludzi, to wcale nie jest to prosta trasa. Moja dobrodziejka biega maratony. Pomimo blisko 50 lat ma świetną formę. Jej syn też jest w niezłej kondycji. Muszę się spiąć żeby nadążyć. Ciężej przychodzi to siostrze mojej hostki, która wybrała się z nami. Dobrze. Nie wypadam tak źle. A w ogóle to nie kwestia kondycji tylko nawierzchni. Jest cholernie ślisko, a trasa na początku prowadzi stromo w dół. A ja mam już cholernie starte buty. Odbijam sobie na podejściach. Ha. Tutaj to ja dominuję.
Ludzie przychodzą tu zadbać o formę. To popularna, wymagająca ale i satysfakcjonująca trasa. Całość zajmuje nam około 4 godzin. Tam i z powrotem. Jakieś 12 kilometrów.
Potem czas na zasłużony posiłek. Zostaję poczęstowany czymś co na polski przetłumaczyć by można jako „mięsny sok”. Jakaś zupa z baraniną. Specjalność Guadalajara. Pyszności.
I oczywiście, że moi dobrodzieje uważają, że najlepsze jedzenie w Meksyku jest właśnie w stanie Guadalajara! Meksykanie:)
Powrót do domu i drzemka. Wstaliśmy o 6 rano! A potem czas zmienić hosta. Dostałem wskazówki jak poruszać się po mieście. Damy radę. Jadę do centrum. No. I w końcu naprawdę jest na co popatrzeć w tym kraju! Ładnie tu:)
Na wieczór odwiedzam Gorretin. Na co dzień mieszka z córką, ale ta akurat wyjechała na weekend. W efekcie dostaję łóżko w krainę lodu. Słodko.
Moja dobrodziejka to pozytywna wariatka. Otóż. Dochodzi północ ale ona nie śpi. I nie idzie spać. W sumie to uznała, że to idealny moment na sprzątanie. Bierze odkurzacz i do dzieła. W tle zapuszcza w głośniku największe polskie hity wszechczasów.
O 3 w nocy wychodzi z domu, bo jest umówiona ze znajomymi w klubie o 4 rano. Taka sprytna strategia. Mówi, że wszyscy będą już zmęczeni więc będą mieli cały parkiet dla siebie. A po klubie z samego ranća jadą gdzieś pod miasto na jakąś super fajną spacerową trasę. Ciągle mnie przekonuje żebym jechał z nimi. Będzie fajnie! „Divertido, divertido” powtarza. Przyznaję. To brzmi nawet jak coś co bym chciał zrobić. Ale jestem padnięty. Staram się być rozsądny i asertywny. Odmawiam. Idę do łóżka.



























































