No najprzyjemniejsza nocka to to nie była. Jakoś poszło ale spałem kiepsko. Bladym świtem, dosłownie 3 metry od mojego małego obozowiska mała grupka ludzi przyszła łowić ryby. Ok. Tak na 100% to nie jestem pewien co oni tam robili. Ale mój, wybudzony z fazy głębokiej snu, umysł uznał że chyba łowią ryby. Zarzucają sieci itd. Z tym, że to było jezioro miejskie. W środku miasta. Trochę dziwne. Może nielegalnie? To by tłumaczyło nerwową atmosferę. A może coś mi się pokręciło?
W gruncie rzeczy nie robi mi to aż tak wielkiej różnicy względem pokoju hotelowego. Serio. Już tyle tych nocek, w namiotach, w lasach, na dziko, w mieście, na stacjach, przystankach, w restauracjach, kościołach, ciężarówkach, kamperach, górach, parkingach, plażach, bunkrach, że ja się już na prawdę przyzwyczaiłem.
Wczoraj wieczorem szukając miejscówki minąłem jakiś drążek. Nie przepuszczę takiej okazji. Rano cofam się trochę i cyk. Podciągania i pompeczki wchodzą elegancko. Idąc tu minąłem jakiegoś białego. Jakoś tak to jest, że jak już jesteś daleko od domu gdzie wszyscy mają skośne oczy i ciemną skórę, to od razu wyłapujesz obecność innego „swojego”. No w każdym razie spotkaliśmy się wzrokiem i kiwnęliśmy sobie. Teraz, podczas jak sobie się podciągałem, to ziomek przechodził obok i zagadał. Standardowa śpiewka. Skąd jesteś? Co tu robisz? Jak upchałeś namiot w takim małym plecaku? Ziomek z Kanady. Mieszka tu. Ma jakąś małą komercyjną salę do kickboxingu. Krótka, przyjemna pogawędka i się żegnamy. Ale po chwili typ zawraca. Mówi, że nie da rady jak mi nie da jakichś pieniędzy xD. Tłumacze, że nie trzeba ale już nie słucha. „Get yourself pizza Man” mówi wciskając mi w łapę kilka banknotów. Aż tak marnie wyglądam?
Dziś niedziela więc warto by wpaść do kościoła. Ale okazuje się, że jestem spóźniony. Następna msza o 17. No to mam trochę wolnego. Rozglądam się. Skoczę do centrum handlowego. Takiego dużego. Zobaczę co jest w środku. Nic ciekawego… Tyle co spróbowałem tej tajskiej herbaty. Spoko.
Zgodnie z rekomendacją Kanadyjczyka szukam jakiejś pizzerii. Ale nie… Nie mam ochoty na pizzę. Zamiast tego… Wiem, to się robi nudne… Wracam na festiwal. Wczesnym popołudniem jest już otwarte sporo stanowisk. A jest tam jeszcze ileś rzeczy, których chciałbym spróbować. I cyk. Znowu żarcie i znowu bimbanie w parku.
Ogólnie dziś wyszło sporo takiego łażenia to w jedną to w drugą stronę. Trochę bez sensu. Na 17 zgodnie z planem docieram do kościoła. Kościoła… Ba… Katedry! Pod wezwaniem Matki Boskiej, którejś tam. Kawał ogródka. Coś mi przychodzi to głowy…
W środku kościoła jest najbardziej zaawansowany system chłodniczy jaki kiedykolwiek widziałem. Armia wentylatorów xD. Pierwszy raz w życiu msza po tajsku. Kościół nie mały ale ludzi tylko troszeczkę. Za to melodie znajome. Raczej w klimacie posoborowo-gitarowym.
Staję w kolejce do komunii. Obczajam, że tu biorą na rękę. Ja tak mam, że jak biorą na rękę to się wszystkim przyglądam czy wzięli do ust. No tak mam. I niespodzianka. Chłopak co stał dwóch ludzi przede mną wziął Komunię do ręki, przykrył drugą, odwraca się na pięcie i odchodzi. Patrzę, a on nic. Wciąż Komunia w ręce. „O żesz w mordę, kradnie Jezusa”.
Patrzę na typka, potem na księdza, ksiądz na typka. Ja znowu na typka, znowu na księdza. Ksiądz na mnie. I skinął głową żebym coś zrobił. Obcy kraj, obcy naród, obcy język ale jeden kościół. No nic. Idę uratować Jezusa.
Podbiegam do typka i zatrzymuje. Jakoś tak wyszło, że nie miałem za bardzo przygotowane co powiedzieć. „Zjedz Jezusa” mówię i gestem ręki pokazuje żeby włożył Najświętszy Sakrament do ust. Na swoje szczęście ziomek się posłuchał. Po czym uśmiechnął i poszedł dalej. Wracam do kolejki. Kiwam księdzu, że sprawa załatwiona. Kurka, ale jestem bohater.
Potem się zacząłem trochę zastanawiać. W sumie jakby typek chciał zabrać komunie ze sobą to może nie powinien jej przyjmować. A ja mu kazałem wziąć do ust. Ech… Jezus wybaczy…
Po mszy ksiądz się do mnie uśmiecha i zagaduje. Świetna okazja dla mnie. Zapunktowałem na mszy, jestem biały i brodaty to na pewno zapamiętał. To podpytuje czy by mi pozwolił przenocować na terenie kościoła. Ogród jest duży. Mi wiele nie potrzeba. Byle by się za murami schować. Ksiądz po angielsku rozumie tylko troszkę ale na szczęście przyszły nam z pomocą 3 młodziutkie parafianki. Udało się dogadać. Mogę obozować. Jest nawet toaleta z prysznicem. Idealnie.
Ogólnie ludzie czasem nie chcą przyjmować, bo mówią, że nie ma warunków. Nie rozumieją, że jeśli
jest toaleta, ładna pogoda i pewne miejsce to ja naprawdę nic więcej nie potrzebuje. I w gruncie rzeczy nie robi mi to aż tak wielkiej różnicy względem pokoju hotelowego. Serio. Już tyle tych nocek, w namiotach, w lasach, na dziko, w mieście, na stacjach, przystankach, w restauracjach, kościołach, ciężarówkach, kamperach, górach, parkingach, plażach, bunkrach, że ja się już na prawdę przyzwyczaiłem.
Jeszcze tylko skoczę na kolację (świnka, ryż, warzywka) i rozbijam się pod kościołem. Dziś niedziela to jeszcze zadryndam do domu. Bardzo przyjemny wieczór.
[modula id=”1083″]
