Jazda na pace w tej części świata to nic szczególnego. Można by wręcz pokusić się o stwierdzenie, że podróżowanie w ten sposób to doświadczanie lokalnej kultury. Do wodospadów będących celem dzisiejszego dnia mam z 30km. No to łapie stopa. I jadę czymś co ciężko mi opisać. To takie połączenie powozu konnego z traktorem. Serio. Tak to wygląda. No cudowne po prostu. Przejeżdżam tak kawałek. Znowu coś łapie. Tu już tradycyjna paka. Jest fajnie. Jest przyjemnie. Jest coś takiego w stopowaniu, że ilekroć się coś trafi tylekroć się humor poprawia. Tak wiem, wyrzut dopaminy i tak dalej.
Biletu nie mam. Robię szybki research. Zdaje się, że sprzedawali je w jakimś checkpoincie wcześniej. Kilka kilometrów temu… No bez jaj. Nie będę się teraz wracał. Wyczajam jakąś białą grupkę i udaje, że wchodzę z nimi. Ziomek się nie zorientował. Jezus wybaczy.
Po drodze mijamy taką turystyczną farmę, na której można sobie poudawać, że się jest laotańczykiem-chłopem i zbierać ryż. Nie dla mnie taka rozrywka. Mijamy też zagrodę ze słoniami. Właśnie, słonie. Laos nazywany jest „krainą miliona słoni”. Więc jak nietrudno się domyślić, narodowym zwierzęciem Losu jest… Oczywiście, że komar. No dobra… Słoń. Ale jakby to był jednak komar to by było dużo zabawniej.
W zagrodzie można pojeździć na słoniu, pokąpać się ze słoniem, nakarmić słonia… Pewnie jeszcze zagrać w piłkę że słoniem też można. Wiadomo, fajnie by było dosiąść największego ssaka lądowego i zrobić sobie z nim fotę. Ale, szczerze powiedziawszy, nie lubię widoku zwierząt zakutych w łańcuchy. No nie jestem fanem. Nasłuchałem się trochę o warunkach życia „turystycznych” słoni w Tajlandii. Nie wiem jak jest tutaj. Nie wiem na ile sprawa jest rozdmuchana, a na ile prawdziwa. Nie wiem też czy ten zwierz jest szczęśliwy czy cierpi. Czy zarabia na swoje utrzymanie i współpracuje z człowiekiem czy jest niewolnikiem. Żaden ze mnie ekoświr czy obrońca praw zwierząt. Ale nie jestem fanem zwierząt w łańcuchach. No nie jestem i tyle. Przypominają mi się małpy z targu w Marrakeszu. Tam to już mi się normalnie nóż otwierał w kieszeni…
Jakoś docieram do parku. Droga, która tu prowadzi zajeżdżana jest niemal wyłącznie przez busiki z turystami.
Kupuję owocowego szejka i kieruje się ku wejściu. I tu niespodzianka. Przyglądam się i wygląda na to, że nikt tu nie sprzedaje biletów, a tylko je kasują. A ja biletu nie mam. Robię szybki research. Zdaje się, że sprzedawali je w jakimś checkpoincie wcześniej. Kilka kilometrów temu… No bez jaj. Nie będę się teraz wracał. Wyczajam jakąś białą grupkę i udaje, że wchodzę z nimi. Ziomek się nie zorientował. Jezus wybaczy.
W ogóle to kolejny ciekawy i fajny aspekt w tym kraju. Mam poczucie, że tutaj się tych atrakcji turystycznych nie monetyzuje zbyt agresywnie. Do wielu miejsc można wejść za darmo. Tam gdzie są bilety, kosztują przeważnie kilka złotych. Fajnie. Ja to nie lubię jak tego typu cuda natury czy cywilizacji są chowane za niemałym paywallem. Wydaje mi się, że biletu wstępu mogłyby by być duuużo wyższe, a ludzie i tak by zapłacili bez mrugnięcia okiem. Ale mogę się mylić. Nie brakuje tu turystów z sąsiadujących krajów jak Chiny czy Tajlandia, nie tak zamożnych jak Europejczycy. Tych trzecich też jest tu sporo. Zwłaszcza Francuzów. Była kolonia.
Najpierw park z misiami. Z tego co zrozumiałem niedźwiedzie nie żyją tu na wolności więc jak tylko się jakiś znajdzie to zwożą je tutaj. Uwaga, śmiesznostka. Na tabliczce pisze, że na misiach nie wolno zarabiać i, że schronisko utrzymuje się z datków. A jednak znajduje się na terenie parku, za wejście, do którego należy zapłacić xD.
Potem przychodzi czas na wodospady. To miejsce poleca każdy kto był w Laosie. Mi polecił Jack z Chin i Adam, były klient. Adam to w ogóle mi mówił żebym koniecznie odwiedził Laos kiedy ja nawet nie bardzo kumałem, że taki kraj istnieje xD. Dzięki Adam. Pozdrawiam obu panów!
Wodospady jakie są widać na zdjęciach. Miłe, przyjemne. Ale chyba Laos powoli staje się coraz bardziej turystyczny i zaczyna istnieć w szerszej świadomości, bo ludzi jest tu naprawdę sporo. I co tu dużo mówić. Mi to psuje ogólne wrażenie. Niestety. No ale co zrobić. Mają prawo tu być tak samo jak ja. Widoczek wciąż jest przyjemny.
Mój dobrodziej jest w moim wieku, ma żonę (shit) i dwójkę dzieci (shit, shit) i trzecie w drodze (nosz…). Z pensji gliny wyżyć się nie da (100$ miesięcznie) więc się przebranżowił i teraz importuje skóry, kości i różne inne unikatowe elementy dzikich zwierząt do Chin. Pytam czy to legalne.
Idę dalej na górę. Znowu schody… Niezła wspinaczka. Na końcu tabliczka informuje mnie że spaliłem 120 kalorii. Ja jestem ciężki więc prawdopodobnie spaliłem więcej. HA.
Tu jest taka fajna kawiarnia zawieszona na drzewach. Jeszcze za dużo ludzi tu nie ma. Za to jest przyjemny widoczek. Trochę tu posiedzę i odsapnę.
Dalej dochodzę do kolejnego, jeszcze nie zatłoczonego punktu parku. Takie przyjemne bajoro. Jack pokazywał mi filmik jak skakał tu do wody. Idę za jego przykładem. To znaczy mi w zupełności wystarczy, że do tej wody wejdę.
Nie spieszę się. Próbuje kontemplować chwilę. Ale nie powiem żeby szło mi świetnie. To miejsce jest naprawdę wspaniałe. Jest co podziwiać i czym się zachwycać. No ale wciąż mam wrażenie, że ilość wrażeń w ostatnich miesiącach przeszkadza w czerpaniu radości z chwili obecnej. W dodatku, ja mam tak (podejrzewam, że nie tylko ja), że jak podróżuję sam, przez dłuższy czas, to tego typu popularne atrakcje, do których ludzie przyjeżdżają tłumami, ze swoimi partnerami, dziećmi, przyjaciółmi, rodziną… Bywa, że właśnie takie miejsca i te momenty w podróży są dla mnie najbardziej „depresyjne”.
Schodzę na dół szlakiem. Robię trochę fot. Zabawiłem tu ładnych parę godzin ale już czas wracać. Więcej z tego miejsca nie wyciągnę. Po drodze jeszcze tylko jakaś szama. Pierwszy raz (chyba) próbuje wody (mleka?) z tutejszego kokosa. Fanem nie zostanę.
Powrót do miasta trochę trwa. Ciężko złapać stopa. No ale w końcu się udaje. Wracam do Luang Prapang tylko po to żeby stąd wyjechać inną trasą. Jeśli się uda, bo już się robi ciemno. No ale udaje się wyjść na trasę.
No i teraz się trochę zastanawiam co począć dalej. Światło zaraz się skończy. Mogę spróbować się rozbić tutaj z namiotem, póki są warunki oświetleniowe lub próbować cisnąć dalej i zdać się na łaskę bogów autostopu. Decyduje się na drugą opcję.
Jedni widzą Bożą opatrzność, inni działanie karmy, jeszcze inni prawo przyciągania. Jak to jest, że w podróży spotykają Cię prostu dobre rzeczy i dobrzy ludzie? To temat, na który pewnie mógłbym się nieźle rozpisać.
Misza z kanału „Autostopem na koniec świata” został zapytany o coś w stylu „co zrobić jak chcesz wyjechać w podróż, ale się boisz i nie wiesz jak się przygotować”. Odpowiedział (parafrazuję) „Jeśli jedziesz na wschód to po prostu to zrób. Ludzie nie dadzą Ci zginąć”.
Jak tak sobie stoję i rozważam co począć dalej, zatrzymuje się przy mnie ziomek na skuterze. Zawrócił żeby dopytać co to ja? Kto to? I o co chodzi. No to zaczyna się gadka. Ziomek mówi, że tu nie bezpiecznie (co xD) i lepiej żebym spędził noc w jego domu. No skoro tu tak „niebezpiecznie” to może lepiej go posłuchać ;).
W międzyczasie okazuje się, że typ to były policjant, a w zeszłym miesiącu w Vang Vieng (moja kolejna destynacja) zostało zabitych sześciu turystów. Choć nie dam sobie ręki uciąć, że się dobrze zrozumieliśmy. Dom jest skromny ale większy niż się podziwiałem. Jest tylko jeden naprawę irytujący element. I nie jest to Ruska bania z zimną wodą tylko pył. W ogóle pył w Laosie to jest wszędzie. Dosłownie. Łącznie z salonem, łazienką czy sypialnią. I tak jest, mam wrażenie w całym kraju. A przynajmniej w jego północnej części.
Mój dobrodziej jest w moim wieku, ma żonę (shit) i dwójkę dzieci (shit, shit) i trzecie w drodze (nosz…). Z pensji gliny wyżyć się nie da (100$ miesięcznie) więc się przebranżowił i teraz importuje skóry, kości i różne inne unikatowe elementy dzikich zwierząt do Chin. Pytam czy to legalne. Mówi, że w Laosie to wszystko jest legalne xD. W międzyczasie wyciąga jakieś liście i mówi, że to jest jak marihuana. I że to bardzo dobre, bo korzyści przewyższają koszty. I że zawsze była legalna ale teraz zdelegalizowali. Siedzimy przy stole, na zewnątrz, tuż obok ulicy btw. xD. W ogóle to ziomek jest recydywa, siedział za pobicia i parę innych wykroczeń. Wygląda na to, że tutaj w karierze policyjnej to nie przeszkadza. Mówi też, że kiedyś dużo pił ale teraz jest ojcem więc nie pije. No i to się nazywa odpowiedzialność 🙂
[modula id=”883″]

Hejka Michał trzymam kciuki, dbaj o siebie. A i jak będziesz głodny to daj znać podeślę pączki?
Pozdrawiam?
Ania!!!
Pączki!?
To ja właśnie nagle bardzo, bardzo zgłodniałem!