Znowu nie spieszę się o poranku. Ale współlokatorzy też nie dają pospać za długo. Plan na dzisiaj jest prosty. Zabawie się w turystę. Będę spacerował po mieście, jadł w restauracjach, robił zdjęcia, próbował ulicznych przysmaków, zwiedzał tutejsze świątynie itd.
Są tu takie cudowne stanowiska z sokami z wyciskanych owoców. Niemały kubek kosztuje 3-4zł. Są przepyszne. Mrożone, słodziutkie. I wiadomo, że nie są to nawet prawdziwe „czyste” soki, bo ewidentnie dolewają tam jakiegoś syfu, ale i tak wiem jedno: będę nadużywał.
Na prawdę nasłuchałem się sporo „ochów” i „achów” co do tego miasteczka. Perła Południowo wschodniej Azji. Ukryty klejnot. Wspaniała architektura. Niesamowity klimat. Francuskie naleciałości. Bla bla bla… Przyznaję. Jest przyjemnie. Jest sympatycznie. Ale jak dla mnie to nic ponad to. Kilka godzin spacerku i tyle. No ale też zdecydowanie nie przyjechałem w ten rejon świata podziwiać architekturę. Jedzonko trochę egzotyczne ale wciąż przyjemne. Oni tu nawet jak zamawiają makaron to tak prawdę jedzą ryż (bo ryżowy xD). Jest rzeczka i jakieś spływy po niej. Po ulicach wszędają się ogolone na łyso chłopaczki (rzadziej panowie) w pomarańczowych szatach. Świątyń buddyjskich jest kilka. Poza ostatnią wizytą w Chinach nie przypominam sobie aby miał okazję je wcześniej zwiedzać. I szczerze powiedziawszy jestem trochę zawiedziony. W realu wyglądają znacząco gorzej niż na zdjęciach. Jakoś tak plastikowo. Nieciekawie. Nudno. Robi to zdecydowanie mniejsze wrażenie niż tureckie meczety. O architekturze sakralnej Europy zachodniej nawet nie wspominam. No ale też nie ma się co dziwić. W środku starego miasta, na wzgórzu znajduje się świątynia z przyjemnym widokiem na całą odległą okolicę. Kilkaset schodów… A ja wczoraj zrobiłem nogi…
Ale jest coś co mnie urzekło. Są tu takie cudowne stanowiska z sokami z wyciskanych owoców. Niemały kubek kosztuje 3-4zł. Jest przepyszne. O ile te wszystkie lokalne alkohole w ogóle do mnie nie przemawiają to te „szejki” to jest coś cudownego. Mrożone, słodziutkie. A pogoda nie oszczędza więc apetyt na zimny, płynny cukier jest spory. I wiadomo, że nie są to nawet prawdziwe „czyste” soki, bo ewidentnie dolewają tam jakiegoś syfu, ale i tak wiem jedno: będę nadużywał.
I tak sobie leniwie mija cały dzień. Na późne popołudnie wychodzę sobie na drogę prowadzącą do pobliskich wodospadów. Kuang Si. Praktycznie wizytówka Laosu. Dziś już nie ma się co tam pchać. Ale jutro obejrzę. Trzeba jeszcze tylko znaleźć jakieś sensowne miejsce do spania. Podpytuję typa na stacji benzynowej czy coś mu przychodzi do głowy. Ten prowadzi mnie do niezamieszkanego domu. Mówi, że mogę się tu kimnąć. Dom niezamieszkały, bo też nie dokończony. No dobra. Tak naprawdę są to tylko mury domu xD. Zastanawiam się czy kiedy już spałem w tego typu miejscu. Chyba nie. A przynajmniej nie pamiętam. Choć też nie zdziwił bym się gdybym po prostu zapomniał. Jest tu trochę brudno, ale się posprząta. Jest nawet hamak. Ale raczej do pobujania niż do spania. Jest dosyć wcześnie jak tu docieram ale dalej już dziś nie idę. Próbuje zwalniać tempo. Nadrabiam pisanie. Zadzwonię do domu. I idę spać.
[modula id=”836″]
