Przejście przez granicę okazuje się być duuużo prostsze niż się spodziewałem. Wygląda na to, że z Chin dużo łatwiej wyjechać niż się do nich dostać. No, a przynajmniej o ile się nie jest chińczykiem 😉
Jedyne co to opłata wizowa wyniosła 40$, a nie 30$ jak mi mówił internet. Przeżyje.
Ach. W końcu. Południowo-wschodnia Azja. Mekka backpackerów, rajski klimat, uśmiechnięci ludzie, życie za pół darmo, rejon świata, który miałem w głowie już od baaardzo dawna. Laos. Pierwszy reprezentant. W drogę.
to co rzuca mi się w oczy najbardziej to dzieci. Są! I jest ich mnóstwo. Wszelkiego wieku. Wszędzie. W szkołach, na polach, w domach. Jeżdżą skuterami (w czwórkę). Zajmują się sobą nawzajem. Machają, witają się. Uśmiechają.
No, a co będzie z tych „oczekiwań” to się zobaczy ;). Po przejściu przez granicę trochę zamieszania. Udaje mi się ogarnąć kasę i wifi. Idę jeszcze coś przegryźć w lokalnej „restauracji”. U Chińczyków ryż lepił się trochę. Tu lepi się bardzo. Pobieram mapę Google (wiedziałem, że czegoś zapomniałem przed opuszczeniem Chin;), obieram kierunek, zwrot i jedziemy.
I to co się pierwsze rzuca w oczy to droga. Jest zupeeełnie inna niż ta w Państwie Środka. Zupełnie. Znaczy tak w ogóle to jej nie ma. Jedzie się po piachu. Kurzy się niesamowicie. Jak asfalt jest, to przeważnie stary i tylko trochę. I wygląda na to, że tak będzie przez większość Laosu. Klimacik:). Dziś w planach jest pokonać 200km. Google twierdzi, że zajmie to około 6 godzin. Nie myli się. Nieźle. Ale za to autostop działa. Jadę dostawczakiem, osobówką, skuterem, ciężarówką, znowu dostawczakiem, fajnie:)
Tylko z jednym gościem się chyba nie dogadałem albo niechcący obraziłem, bo na do widzenia rzucił we mnie kamieniem. Tzn. w moim kierunku, bo ani nie dorzucił, ani nie w świtało „bramki”. O co mu chodziło?
Jedziemy dalej. Na papierze krajobraz nie zmienia się za bardzo. Diabeł tkwi w szczegółach. Laos przy południowych Chinach wygląda chaotycznie. Jak taki zaniedbany ogród. Bardziej dziki. Mniej tu przestrzeni rolnej. Więcej buszu. Też fajnie:)
Od razu widać, że ludzie tu żyją inaczej. W domkach. Skromnych. Często drewnianych. Myją się na ulicy. Nie raz niemal cali golutcy. Tylko tam mają dostęp do bieżącej wody. Jeden z moich kierowców zatrzymał się w przy jednym z takich hydrantów i wziął prysznic. W sumie idealne rozwiązanie również dla mnie:)
Zwierzęta też jakieś inne. Bydło, kury, kozy… Wszystko jakieś takie bardziej dzikie. Egzotyczne.
Ale to co rzuca mi się w oczy najbardziej to dzieci. Są! I jest ich mnóstwo. Wszelkiego wieku. Wszędzie. W szkołach, na polach, w domach. Jeżdżą skuterami (w czwórkę). Zajmują się sobą nawzajem. Machają, witają się. Uśmiechają. Znają kilka słów po angielsku. W Chinach mam wrażenie, że dzieci nie było prawie w ogóle. Tutaj dominują wsiowy krajobraz. Wylewają się z każdego rogu. Przy czym ani razu nie widziałem żeby któreś płakało. Są uśmiechnięte. Wydają się bardzo szczęśliwe 🙂
I tak mija cały dzień. Mozolnie, powoli, do przodu. Spoko. Moi kierowcy raczej nie próbują ze mną rozmawiać. Ale pomagają jak tylko potrafią. Szkoda, że nie da się pisać w trakcie drogi. Za mocno trzęsie.
Po drodze mijamy dwa wypadki na drodze. Jeden chyba tragiczny. No cóż… Warunki i kultura jazdy zdecydowanie inna niż w Chinach. Warto zapamiętać.
A no i po drodze minęliśmy że 4 białe osoby. Aż się dziwnie poczułem przez chwilę xD. No tu już będzie trochę więcej turystów.
I tak sobie spokojnie dojeżdżamy do jakiejś zapomnianej przez wszystkich wsi. Ciemno, głucho. Przechadzam się po okolicznych guest housach. Porównuję ofertę. W praktyce wszędzie to samo. Jak mówię na recepcji, że chce sprawdzić też inne hotele to wszyscy z miejsca opuszczają 25% xD.
Coś wybieram. Potem idę wrzucić coś na ząb. Oni tu chyba jedzą ten lepki ryż zawsze, przy każdym posiłku. Kucharz poleć mi mięso z dzika. Biorę. Ogólnie wygląda na to, że jedzą więcej mięsa i mniej warzyw niż Chińczycy. Mi to bardzo pasuje.
Wieczorem jeszcze dzwonie do mamy. Ma dzisiaj imieniny 🙂
[modula id=”802″]
