Michael Travel
  • Home
  • Płaska Ziemia
  • Albumy
  • Info & Kontakt
2024-11-18 przez MikolajTD

Dzień 67

Dzień 67
2024-11-18 przez MikolajTD

Dobrze pospane. Rano śniadanie, żegnam Diaza (świetny koleś) i w drogę. Plan jest taki, żeby autostopować na południe.
Idę jeszcze na mały spacer po mieście. Tym razem zwracam uwagę, jak wiele jest tutaj bloków. I jak wielkich. Są wszędzie. I są brzydkie. I wcale mi się to nie podoba. Co jeszcze ciekawe, to przez całe dwa dni chyba tylko raz minąłem patrol policji. Dochodzę na spokojnie z buta do wjazdu na autostradę i wyciągam kciuka. I lipa. Nie jestem jakoś bardzo zaskoczony. Miejsce nie jest jakieś wybitne do łapania okazji. Przez dłuższy czas zatrzymuje się tylko jedno auto, ale jedzie w innym kierunku. Zmieniam taktykę, podchodzę do aut stających na światłach drogowych i pokazuję przygotowaną notatkę o tym, kim jestem, co robię i gdzie jadę. Wciąż rezultatu brak. Zaczyna padać. Dosyć konkretnie. I do tego wiać. Robi się dosyć nieprzyjemnie.
Co tu robić… A może bym coś zjadł? Tak, to zawsze dobry pomysł.

Przydałoby się mieć coś jutro na drogę. Ta trochę potrwa.
Znowu Google idzie w ruch. Pokazuje, że kawałek stąd jest bankomat. Ruszam… I to był błąd.

Wynajduję jakąś knajpę i coś zamawiam. Trzeba się zastanowić, co robić dalej w takiej sytuacji. Sprawdzam pogodę na trasie. Tragedia. Kurczę, ilekroć myślę, że już uciekłem deszczom, wiatrom i mrozom, to te wciąż mnie gonią. Nosz kurde no. Po dłuższych rozważaniach dochodzę do wniosku, że już naprawdę nie chce mi się męczyć. Z pogodą, z autostopem, z dużymi miastami. Pójdę na dworzec kolejowy. Zobaczę, jakie mam opcje. Po drodze leje już totalnie.
Dogadanie się z paniami w okienku to nie lada wyzwanie. Ale się udaje. Jest pociąg do Kunming. 1500 km. Znowu jakoś drakońsko długi przejazd. Ale myślę, że wezmę. Ostatniego razu prawie nie poczułem, więc mam sporo entuzjazmu. Tyle tylko, że on jedzie z innej stacji. To kupuję bilet na pociąg do owej innej stacji. Odjeżdża za 15 minut. Pani w okienku mówi „hurrry”. Ja przypominam sobie o bramkach… Rura.
I tym razem bramki poszły, jak gdyby nigdy nic. Zero pytań. Zero sprawdzania plecaka. Cudownie. Docieram do mojego pociągu i mam chyba jeszcze z 4 minuty zapasu. Łatwo — myślę.

Na miejscu od razu kieruję się do kasy biletowej (tym razem to malutka stacja) i dopytuję o mój pociąg. Jest. Startuje jutro o 7 rano. Tyle że nie ma już miejsc siedzących… Hmm… 1500 km. Ostatnio było przyjemnie. Może tym razem też się uda. A co tam, biorę. Spotkałem w Chinach kilka pomocnych osób. Ale to też nie jest tak, że czuję się tu jakoś ultra komfortowo. I wkurza mnie ta pogoda. Wszędzie, gdzie można by pojechać, leje. Od kiedy przyleciałem do Kazachstanu, mam wrażenie, że widziałem słońce dosłownie kilka razy. Mam już dosyć tej przygnębiającej szarówki. Chcę na południe. Biorę.
Wciąż leje. No to trzeba pomyśleć, co z noclegiem. Na Google Maps tuż obok stacji pokazuje coś, co nazywa się hostelem. Idę sprawdzić. To ciekawe miejsce. Stary garaż przerobiony na poczekalnię. Jest tam parę osób i czeka. Za taki luksus płaci się 10 zł. Chyba że chcesz poczekać do rana, wtedy 20 zł. To też biorę. I cyk, nagle zaskoczony orientuję się, że wyskoczyłem z całej gotówki. Nawet mi trochę zabrakło, ale właścicielka zgodziła się przyjąć dolary. Hmm… Przydałoby się mieć coś jutro na drogę. Ta trochę potrwa.
Znowu Google idzie w ruch. Pokazuje, że kawałek stąd jest bankomat. Ruszam… I to był błąd.

Do bankomatu docieram dosyć sprawnie. Chcę wypłacić tylko trochę kasy, żeby coś zjeść i kupić coś na jutro do pociągu. Wkładam kartę(!), widzę chińskie znaczki, ale jest też tłumaczenie na angielski — ekstra. Postępuję zgodnie z instrukcją i nagle… Bankomat dziękuje mi za skorzystanie z usługi i prosi, abym odebrał gotówkę i pamiętał o karcie… Tylko że nie oddał ani jednego, ani drugiego.
Kombinuję, klikam. Nic. Shiiit… Rozglądam się. Jest jakiś numer do zadzwonienia po pomoc. Dzwonię, ale o rozmowie po angielsku to mogę co najwyżej pomarzyć. Za to obok bankomatu jest domofon do serwisu. Dzwonię znowu i tym razem znajduje się ktoś całkiem nieźle władający angielskim. Przedstawiam sytuację. Ziomek mówi, że ATM jest „broken” i że kartę mogę odebrać rano. O nie. Nie ma mowy. Rano to ja mam pociąg, a to jest moja karta i jest mi potrzebna. Ziomek z domofonu coś walczy, żeby mi pomóc. Każe czekać. Czekam 30 minut. Nic. Dzwonię, znowu każe czekać, mówi, że problemy w komunikacji z powodu pogody. No to czekam. Przyjeżdża jakiś pocieszny strażnik, który nie zna ani słowa po angielsku, ale za to chyba świetnie się bawi w swojej pracy. Gramy w kalambury. Z tego, co zrozumiałem, mam dalej czekać. Po jakimś czasie znowu dzwoni ziomek z domofonu. Mówi, że zaangażował mnóstwo osób, ale nie ma opcji, żeby odzyskać kartę teraz. Co więcej, jutro niedziela, więc karta wróci do mnie dopiero pojutrze. Nie ma opcji. Nie zgadzam się. Próbuję typa podejść. Na stanowcze zaznaczenie, że to moja karta i że nie mogą jej trzymać, reaguje tylko delikatnie. To zmieniam taktykę. Zaznaczam, że będę miał poważne problemy, jeśli jej nie odzyskam. I że jest jedyną osobą, która może mi pomóc, bo nikt inny nie mówi po angielsku. Ziomek się łamie. Walczy o mnie przez kolejne pół godziny, gadając z kilkoma osobami, pozostając na włączonym domofonie. Nic. Nic to nie dało. Ostatecznie rozłącza się w pół mojego zdania, zaznaczając wcześniej, że nic się nie da zrobić. Straciłem 3 godziny. Biorę głęboki oddech. Mam dosyć tego kraju. Kurna, mam dosyć…
Wracam do hostelu. Po drodze dziwnie do domu się zwierzyć. Mama wysłucha, starsza siostra (najrozsądniejsza osoba w rodzinie) znajdzie rozwiązanie sytuacji, a ojciec pocieszy. Pomogli. Bardzo pomogli. Dziękuję 🙂
Ostatecznie decyduję się zlać kartę płatniczą. Nie warto tracić dla niej biletu i dwóch dni. Poradzę sobie bez. Idę spać późno. Nie będę miał za dużo snu tej nocy. Ani żadnego jedzenia na jutrzejszą podróż. Ale humor mam dużo lepszy niż jeszcze dwie godziny temu. Nie jest źle 🙂

PS. Od czasu opublikowania pierwszego wpisu na blogu byłem święcie przekonany, że czyta go może 4, góra 5 osób. Tego dnia ojciec mnie jednak uświadomił, że codziennych odwiedzin na blogu jest znacznie, znacznie więcej. Droga osobo, która być może jakimś cudem dotarłaś do końca dzisiejszego wpisu. Życzę Ci pięknego dnia 🙂

[modula id=”642″]

Poprzedni artykułDzień 66Następny artykuł Dzień 68

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

O Blogu

Jestem Michał, dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

Ostatnie wpisy

Pierwszy Vlog! Dzień 3582025-09-16
Dni 351 – 360 – Wrestling, moja przyszłość!2025-09-12
Dni 348 – 350 – Wśród kosmitów2025-09-08

Telefonik: +48 69dwa 4ysta98 sto20

Fundacja: Józefa Strusia 13a, Warszawa

Rife Free WordPress Theme ❤ Made by Apollo13Themes.com

Jestem Michał,

dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

RAAM
Gibraltar
Malta