Michael Travel
  • Home
  • Płaska Ziemia
  • Albumy
  • Info & Kontakt
2025-07-14 przez MikolajTD

Dzień 293 – Straty

Dzień 293 – Straty
2025-07-14 przez MikolajTD

Shit. Zniszczyłem plecak. Nieopatrznie jak zarzucałem na ramię to przydeptałem pasek. Szarpnąłem i pękł. Cholipka.
A to tylko pierwszy z wielu błędów tego dnia. Kolejnym była spontaniczna, niczym nie uzasadniona decyzja żeby przekroczyć granicę z Meksykiem. Mogłem i planowałem udać się do starszej hostki do domu nad morzem za miastem. Odpocząć, popisać. A mi przyszło coś dziwnego do głowy żeby zamiast tego udać się już dziś do Meksyku. I po śniadaniu w Starbucksie pojechałem. Pociągiem miejskim na granicę. I tam w stronę bramek.


To ponoć jedno z najbardziej zatłoczonych, lądowych przejść granicznych na świecie. Cóż. Ludzi jest tu faktycznie sporo. Ale w kolejce stoję tylko chwilkę.
Babeczka mówi mi, że muszę zapłacić za wejście. O. Dziwne. Nic takiego nie widziałem w internetach. Pytam czy na pewno? Ta na mnie patrzy i podnosi słuchawkę do ucha. Podchodzi do mnie umundurowany jegomość i zaprasza na zaplecze. Każe iść za nim. Potem się cofnąć i poczekać w pokoju. Przychodzi inny ziomek w mundurze. Każe za sobą iść, ale zanim zdążę wstać, zmienia zdanie. Jednak czekać. Mogliby się zdecydować o co im właściwie chodzi…
Wchodzi facet, który sprawia wrażenie jakby wiedział co się dzieje i mówi mi że muszę zapłacić, bo jak nie to mnie nie wpuszczą. Ojejku. No dobrze dobrze. Ja tylko spytałem czy na pewno. No przecież zapłacę. Facet patrzy na mnie trochę skonsternowany. Chyba się spodziewał, że się będziemy kłócić czy coś.
Każe mi stanąć znowu przy bramce. Powtarzamy cały proces od początku. Tym razem trzymam język za zębami i wyciągam kartę. 45 dolarów. Ech…
Pierwsze wrażenie po przejściu przez granicę jest… Po prostu jest. Od razu widać, że jest inaczej. Po Australii, Nowej Zelandii i USA, nagle znowu czuć nieco bardziej tłoczny i chaotyczny klimat. Zalatuje Azją.
Ludzi dużo. Głośno. Jakieś stragany. Uliczne żarcie. Taksówkarze. Przebijam się byle dalej od granicy i obieram kierunek na centrum. Po drodze dopytuje kierującego ruchem jak tam dojść. Ten wskazuje mi drogę. Idziemy.
Im bliżej jestem „Zona Centro” tym bardziej odkrywam jak bardzo mylne wrażenie miałem o tym mieście. Nazywa się Tijuana. Kiedyś myślałem, że to po prostu jakieś niewielkie miasteczko graniczne służące za bazę nielegalnym imigrantom albo coś. No cóż. Widać byłem totalnym ignorantem. Tijuana liczy sobie prawie 2 miliony mieszkańców. I jest to rozrywkowa stolica północnej części Meksyku. I to widać. Docieram na jakieś festiwale, koncerty, muzykę na żywo. Jest sobota. Środek dnia. Totalny tłok. I totalny chaos. Zaczepia mnie jakaś młoda dziewczyna. Pyta „angielski czy hiszpański”? Mówi żebym chodząc tą ulicą nie trzymał telefonu na wierzchu, bo to niebezpieczne. Ojej. No dobra.
Cel: ogarnąć internet.
To nie powinno być takie trudne. Wszędzie wokół sporo sklepów z elektroniką i smartphonami. Wchodzę do jednego pawilonu. Choć wiem, że meksykanie po angielsku nie bardzo to miałem nadzieję, że przy samej granicy może będzie trochę inaczej. Nic z tego. Po angielsku nikt nic a nic. Będzie zabawnie. 
Próbuje dogadać się za pomocą translatora z chłopakiem sprzedającym mi kartę. Pytam ile internetu jest na karcie. On na to, że „nie wie”. Nie wiesz? „Nie”. No bez jaj. Idę gdzie indziej. No kolejnym stanowisku jakiś starszy koleś. Po angielsku nic ale krok po kroku udaje się dogadać. Mam kartę. Facet mówi, że nielimitowany internet na tydzień. Potem trzeba doładować. Koszt, 20zł. Ok. Niech będzie i tak. Idę się ogarnąć do jakiegoś lokalu.
Jestem w kontakcie z kilkoma hostami z Couchsurfingu ale byłem taki sprytny, że żadnego nie uprzedziłem o swoim dzisiejszym najściu. A jest sobota. Ludzie mają swoje plany, itd. No ale nic. Napiszę. Zobaczymy. Może ktoś przyjmie.
Ogarniam rzeczy. Ustawiam jakiś plan. Skoro już tu jestem to zobaczę o co chodzi z tym miastem.
Jest tłoczno, głośno i zabawowo. Fajnie po prostu. Cieszę się i dobrze się czuje. Taki odświeżający klimat. Wkraczamy w kolejny etap podróży. Ameryki Łacińskiej. Od lat chciałem tu już przyjechać. W końcu się udało. I bardzo, bardzo mnie to cieszy.
A w międzyczasie okazało się, że ten internet co go przed kilkoma chwilami kupiłem, nie działa. Kurka. Wracam do typka ze sklepu. Szczęśliwie tym razem jest z nim jakaś młoda niewiasta, która zna kilka słów po angielsku. Mówię na czym polega problem. Ziomek sprawdza mi telefon. Wychodzi na zewnątrz. Szuka sieci. Nic. Gdzieś tam dzwoni po czym wymienia kartę i mówi, w tu już będzie dobrze i mam załadować sobie za 10 dni. Ok. Miło że to naprawili i nie chcieli więcej pieniędzy.
Ale szybko okazuje się, że internet czasem działa, a czasem nie. Czasem ledwo, ledwo. Czasem zupełnie zrywa. Ech. Cholernie irytujące. Ale może to być wina tłoku. Bowiem okazało się, że trafiłem na – uwaga, uwaga – paradę równości!
Tak jest. I to naprawdę nie małą. W ogóle to tłumaczy czemu tak dużo ludzi wokół jest tak dziwnie ubranych i przewiązanych kolorową flagą. O ironio. Nigdy nie byłem na takim wydarzeniu. Musiałem przemierzyć pół świata żeby w Meksyku mnie dopadło. Jakbym nie mógł sobie obejrzeć w Warszawie.
No cóż. Zdecydowanie nie mój klimat. Jest to bardzo wulgarne i obsceniczne obnoszenie się ze swoją seksualnością. Nie musi mi się podobać. Jak byłem u Carlo to w tym domu mieszkał jeden hej z Libii. Powiedział mi coś w stylu, że „nie będą nas traktować tak samo dopóki publicznie, głośno i wulgarnie będziemy celebrować naszą inność”.
No ale najwyraźniej przyciąga to wielkie tłumy, które utrudniają przemieszczanie się gdziekolwiek.
Zbliża się wieczór. Żaden z hostów mnie dziś już nie przyjmie. Wygląda na to, że szykuje się Tijuana by night. Środek miasta. Meksyk. Spać tu nigdzie nie pójdę.
A miasto nocą zamienia się w naprawdę dziką imprezę. Ludzi nie ubywa. Do 2 rano pełne ulice. Sporo ludzi pijanych i pod wpływem narkotyków.
Co do zasady jest to LGBT impreza. W życiu nie wiedziałem tyle homoseksualnych par w jednym miejscu. I w życiu nie byłem tyle razy zaczepiany na ulicy. Zaczepiany w znaczeniu najgorszego podrywu jaki istnieje. Gwizdy, głupawe uśmieszki, śledzenie i orbitowanie wokół mnie. Matko. Teraz rozumiem jak to jest być gorącą laską. No przechlapane.
Raz coś niewybrednie skomentował mnie za moimi plecami jeden ziomek. Stanąłem. Obróciłem się i spojrzałem na gościa unosząc brew. Ten znieruchomiał momentalnie i tylko wydukał… „Eee… To nie ja to powiedziałem, to on” wskazując na kolegę obok. Powieka mi nie drgnęła. Ale w środku skisłem xD.
W dodatku okazuje się, że w Tijuanie aż roi się od klubów że striptizem i prostytutek na ulicy. Zdecydowanie klimat jak z Tajlandii. Bo i ladyboyów (czy tu po prostu osób trans) jest na ulicy od cholery. Niektóre pracują jako agresywne prostytutki, łapiąc przechodzących obok mężczyzn za krocza. Inne się bawią, a jeszcze inne stoją samotnie z boku że spuszczonym wzrokiem, wyglądając na bardzo, bardzo, bardzo nie szczęśliwe.

Poprzedni artykułDni 289 - 292 - SaaaaaaannnnnDiegoooo!Ilustracja wprowadzajaca dzien 290Następny artykuł Dni 294 - 297 - Gdzie się chowa pieniądze w Meksyku?

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

O Blogu

Jestem Michał, dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

Ostatnie wpisy

Pierwszy Vlog! Dzień 3582025-09-16
Dni 351 – 360 – Wrestling, moja przyszłość!2025-09-12
Dni 348 – 350 – Wśród kosmitów2025-09-08

Telefonik: +48 69dwa 4ysta98 sto20

Fundacja: Józefa Strusia 13a, Warszawa

Rife Free WordPress Theme ❤ Made by Apollo13Themes.com

Jestem Michał,

dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

RAAM
Gibraltar
Malta