Magda i Andy byli tak mili, że pozwolili mi zostać jeszcze dwa dni abym spokojnie przygotował sobie dalszą podróż. I to okazało się bardzo pomocne. Znalazł się bowiem host w San Diego. A potem drugi i trzeci. Wow. Tak dużego entuzjazmu w tym niemałym kalifornijskim mieście się nie spodziewałem. Super!
Ze względu na koszty życia, zwiedzenie LA było możliwe praktycznie wyłącznie dzięki gościnności Państwa Yamamoto. Dwa lata temu nie miałem okazji za dużo zobaczyć z Miasta Aniołów. Tym razem się udało. I było bardzo fajnie. No i oczywiście wspaniale było poznać dalekich krewnych żyjących za oceanem. Dzięki Magda! Dzięki Andy! Za pokój, jedzenie, czas i troskę. Dzięki wielkie!
Wchodzę w Pociąg i jadę do San Diego. Technicznie rzecz biorąc już tu byłem te dwa lat temu też. Tylko na moment. Coś nam się w ekipie rowerowej wysypało i musieliśmy tu przyjechać wypożyczyć auta. No. Ale teraz jestem tu już tak „na prawdę”. Miałem kiedyś niczym nieuzasadnione zainteresowanie tym miastem. Niektórzy mówili, że niegdyś było to „America’s finest city”. Czytałem że jest tu taki specyficzny mikroklimat, który sprawia, że nigdy nie jest tu ani bardzo gorąco ani zimno. Choć akurat Magda miała na to inne zdanie.
Tak ogólnie to SD sprawia wrażenie takiego mniejszego LA. Mniejsze jest na pewno. Ze 4 razy. No i fakt, czuć tu podobny klimat. W oczy rzuca się wybrzeże pełne historycznych statków amerykańskiej marynarki wojennej. Downtown klasyczne, po amerykańsku. Ale ogólnie jest tu bardzo, bardzo ładnie. Jak na zdjęciach. Mógłbym tu się urodzić.
Pod wieczór z ogrodu odbiera mnie Carlo. Mój dzisiejszy dobrodziej. Carlo to super pozytywny gość. Facet jest z Filipin. Posiada dużo biznesów i posiadłości w wielu miejscach na świecie. Mieszka w niczym nie wyróżniającym się domu w San Diego wraz z… 8 współlokatorami! Tzn. dom należy do niego, a oni od niego wynajmują, ale wciąż wydaje mi się to bardzo wyluzowane podejście do życia. Niektórzy z lokatorów są bardzo zaangażowani w życie towarzyskie domu. Inni, nawet na mnie nie spojrzeli przemieszczając się z jednego pokoju do drugiego. Bardzo barwnie. Bardzo kolorowo. Bardzo różnorodnie. Mają tu duży telewizor, piłkarzyki, jakieś stojaki do ćwiczeń (to wiadomo, że wpadło podciąganie;). Co piątek grają całą ekipą w pokera. Na małych stawkach. Do 5$. Może bym się skusił…
Wieczorem jedziemy do laoskiej (laotańskiej?) restauracji na porządnego, dużego i pysznego steka. Mmm. Pyszności.
Dostaje własny pokój. A w nim, poza kulą dyskotekową stoi pełna, solidna, elegancka rura spinningowa do pole dance’u. Ha. Nie mogłem się powstrzymać i spróbowałem nawet parę figur. Myślę, że mam spory potencjał. Jak tłumaczy Carlo, swego czasu mieszkała tu striptizerka. Potrzebowała do ćwiczeń. Cóż. Jeśli kiedykolwiek ożenię się z pole dancerką, dokładnie tak będzie wyglądała nasza sypialnia😉.
Następnego dnia, po leniwym poranku jedziemy do Coronado. Chyba najpopularniejszej plaży w San Diego i jednej z bardziej turystycznych miejscówek. Gorące słońce, czysta plaża, piękne dziewczyny w strojach kąpielowych… Dziś życie jest piękne.
Wieczorem zmieniam hosta. Znowu, z parku odbiera mnie Kin. Kin urodził się i całe życie mieszkał w Hong Kongu. Po rozwodzie postanowił „uciec” do Kalifornii. Uciec przed Chińska Komunistyczną Partią, nie przed byłą żoną xD. Mówi, że uwielbia to miejsce, bo są tu idealne warunki do surfowania. Więc surfuje codziennie.
Najpierw jedziemy gdzieś w jakiś ciemny zakamarek, bo Kim właśnie negocjuje tu kupno vana. Takiego vana do sprzedawania lodów. Mówi, że chce sobie dorobić weekendami ale jeszcze się waha.
A największa ciekawostka jest taka, że Kim mieszka w kameprze. Czy, znowu, vanie przerobionym na kampera. I to z kotem! Z toalety i prysznica korzysta w lokalnej siłowni (ma karnet open). I tak sobie żyje. Rano łapie fale, po południu rozwozi paczki. Stara się odłożyć pieniądz na studia dla syna. Ma też przeogromne doświadczenie w Couchsurfingu. Zjeździł całą Amerykę Łacińską autostopem. Niezła historia.
W kamerze dla nas dwóch za dużo miejsca nie ma ale jakoś się mieścimy. Okazuje się, że jest naprawdę wygodnie.
Dni 289 – 292 – SaaaaaaannnnnDiegoooo!


















































































