Z Nową Zelandią miałem pewne wątpliwości – głównie o pogodę. W końcu mamy czerwiec, a tu właśnie zaczęła się zima. Ale z drugiej strony… skoro jestem już tak blisko, jak mógłbym nie spróbować? I dobrze, że spróbowałem.
W jakimś miasteczku mijam trzy blondynki w różowych kowbojskich kapeluszach z transparentem: „Ty trąbisz – my pijemy”. Pytają: „Przyszedłeś się do nas dołączyć?”
Pierwsza noc była świetna. Spałem do dziewiątej, nawet bez namiotu. Gdzieś wyczytałem, że w przeciwieństwie do Australii, tu nie ma żadnego zwierzęcia, które mogłoby mnie zabić. I super – wystarczy, że muszę martwić się temperaturą. Ale dziś było ok. Kupiłem dresy i grube skarpety – wystarczyło. A skoro kieruję się na północ, to powinno być tylko cieplej. Prognoza mówiła o chmurach, a tu proszę – budzi mnie słońce i piękny widok.

Nie śpieszę się ze wstawaniem. Wczoraj za wiele nie spałem, więc dziś odrabiam. Później zwijam rzeczy i ruszam do miasta – Queenstown. Południowa część południowej wyspy. Baza wypadowa do ekstremalnych atrakcji: narty, bungee, skoki spadochronowe. Miasto przypomina trochę Zakopane – w pozytywnym sensie. Gus tłumaczył mi, że Australia jest bardzo zamerykanizowana, ale Nowa Zelandia wciąż trzyma się brytyjskiego ducha. I faktycznie – widać to od razu.
Idę na śniadanie i ładuję baterie. Nie wiadomo kiedy znowu będzie okazja. Potem kierunek – centrum handlowe. Tu w pobliżu nic nie ma, więc trzeba podjechać. 10 zł za przejazd – tanio nie jest.
Nowa Zelandia ogólnie nie jest tania. Drożej niż w Australii, a ludzie zarabiają mniej. Taki urok. Zakupy na drogę to niezła łamigłówka. Ser żółty – super. Kiełbasa – nigdy więcej. No i tani cukier. Kupuję też kartę SIM i pakiet 50 GB – jakieś 120 zł. Trochę boli.
Wychodzę na drogę, próbuję złapać stopa. Nic z tego. Miejsce kiepskie – za blisko miasta, auta za szybkie. No to idę. I jeszcze kawałek. I jeszcze trochę. Ładnie jest, nie śpieszy mi się, więc robi się z tego spontaniczny spacer zamiast autostopu.
Mijam zagrodę z owcami – tych tu pełno. Podobno na każdego mieszkańca przypadają dwie. Widać.
Przysiadam na ławce. Obok przebiega kobieta, po chwili wraca i mówi, że się wywaliła – porządnie. Sama nie wie, czy bardziej ją to bawi, czy zawstydza.
Idę dalej. W jakimś miasteczku mijam trzy blondynki w różowych kowbojskich kapeluszach z transparentem: „Ty trąbisz – my pijemy”. Pytają: „Przyszedłeś się do nas dołączyć?” Ciekawy pomysł na zabawę…
Docieram do Arrowtown – dawna osada poszukiwaczy złota. Miło, ale już ciemno i chłodniej niż w Queenstown. Wracam autobusem do sprawdzonej miejscówki. Po drodze kolacja w Maku, chwila dla siebie, a noc spędzam znowu pod moim drzewem.
Trochę szkoda, że nie ruszyłem dalej, jak planowałem, ale i tak – bardzo przyjemny, luźny dzień.























































