Michael Travel
  • Home
  • Płaska Ziemia
  • Albumy
  • Info & Kontakt
2025-02-27 przez MikolajTD

Dzień 154 – Spotyka się Polak, Rusek, Niemiec. A Grek pyta…

Dzień 154 – Spotyka się Polak, Rusek, Niemiec. A Grek pyta…
2025-02-27 przez MikolajTD

Poranek się przeciąga. Chcę solidnie zadbać o higienę i takie tam. Dziś już na pewno opuszczam Penang. Na pewno. Idę na prom. Jak przypływałem na wyspę to była ciemna noc. Nie było czego podziwiać za bardzo. Tym razem jest trochę bardziej na co popatrzeć.

LoL. Zostałem eko aktywistą. I to przez przypadek. Czy to znaczy, że już mogę patrzeć z góry na każdego i wszystkich?

Plan na dziś to dotrzeć do Ipoh. Tak byłoby dobrze. Stosunkowo nie daleko. Raptem 150km. A czemu tam jedziemy? Bo to duże miasto. A dziś z tego co mi wczoraj jedna babeczka powiedziała jest nowy hinduski rok. Więc wypadałoby wpaść na jakąś imprezę. Zobaczyć jak to wygląda. Ipoh to spore miasto. I jest niedaleko mojego kolejnego celu. Pasuje idealnie.
Po opuszczeniu promu czas coś zjeść. Ląduje w (a jakże) hinduskiej restauracji. Dziś akurat pasuje. Na talerzu ląduje typowy hinduski ryż z kurczakiem i… Moja dusza automatycznie cofnęła się w czasie i przestrzeni do dni kiedy pływałem na MSC Carlotta. Spory statek. Hinduska załoga. Tego typu żarcie było tam codziennie. Kupki smakowe pamiętają.
Biorę autobus. Udaje się wyjechać kawałek. Wciąż nie ma dobrej miejscówki do stopowania. Idę dalej. Idę i idę. I lipa. Wciąż nic. Za to zaczyna się robić gorąco. Nawet bardzo. Ech… Szczęśliwie po drodze znajduje się jakiś zimny i słodki napój. A chwilę później jakaś knajpka. Skoro już tu jestem… Ryż po hindusku po raz drugi. I butuję dalej.
Zaczynam wątpić w dzisiejsze decyzję. Zupełnie nie ma gdzie coś złapać. A ogień z nieba pali jak cholera. Dochodzę na jakąś stacje benzynową. Już mi się woda skończyła. Ciekawostką jest taka, że mam wrażenie iż na stacji ceny są…  Niższe niż w regularnych sklepach. Dziwne.
Biorę lody i zimną kawę. Potem znowu lody i zimną wodę. Trochę siedzę. Cieszę się klimatyzacją. Ale trzeba iść dalej. Akurat nie daleko jest wjazd na autostradę. Trochę stoję ale się udaje. Ziomek się zatrzymał. Zabierze. W końcu.
Niestety nie daleko. Ale zawsze coś. Mój dobrodziej jest chińczykiem. Malezyjskim. No właśnie, bo oni się dzielą na Chińczyków, hindusów i Malezyjczyków. Pytam skąd u nich to przywiązanie do tych narodowości skoro facet jest już czwartym pokoleniem, które tu mieszka. Mówi, że to kwestia tego, że się nie mieszają. O to ciekawe. Że niby jest jakaś niepisana zasada, że nie mieszają genów. Ponoć się to teraz zmienia. Ale długo to tak działało. Ciekawostka.
Ziomek mówi, że przypominam mu marvelowego Thora. Ha. Warto było dowiedzieć fryzjera. To tak jak mojej mamie. Tylko ona zawsze mówi o tym Thorze w wersji z Endgame’u. Jej ulubionej. Cóż. Do tej mi najbliższej. Nawet w szczycie masy nie byłem tak duży jak Chris Hemsworth ostatnio. Braków we wzroście nie nadrobię. Ale uznam to za komplement.
Mój kierowca wysadza mnie przy kolejnym wjeździe na autostradę. Muszę kawałek przejść. Po drodze mijam bandę Makaków. Uciekają w popłochu na mój widok. HA. Moja sława mnie wyprzedza. Te już wiedzą, że lepiej ze mną nie zadzierać. Dobrze.
Za to nie dobrze, że znów nic się nie daje złapać. Pffff. Już późniejsze popołudnie. Ujechałem dziś tyle co nic. Dupa. Podważam w głowie wszystkie dzisiejsze decyzje…
Co robić? Może tu zostać? Dać se siana? Wyluzować. No nie. Przegapiłem finał chińskiego nowego roku. Hinduskiego nie zamierzam. 
Jest stacja kolejowa nie daleko. W sumie miałem nawet sprawdzić pociąg od razu po zejściu z promu. No nic. Sprawdzę teraz. 2km z buta. Idziemy.
Jest pociąg. To jasne, że jest. Ale co jest ciekawe i zaskakujące to fakt, że kosztuje… 10zł. Za 150km. Kurna. Starczyło pójść na stację zaraz po zejściu na ląd…
Cena się wyjaśnia. Pociąg jest stary i przypomina raczej podmiejski niż między miastowy. A jedzie przez całą Malezję. Tzn. całą cześć na kontynencie. Stoję.


Po drodze postanawiam napisać do lokalnych couchsurferów. Nadziei dużych nie mam ale co mi szkodzi. I niespodzianka. Ziomek odpisuje jeszcze zanim dojadę do miasta. Nieźle. Mówi, że łóżka już nie ma ale kawałek podłogi się znajdzie. To wszystko czego mi potrzeba. Biorę.
Mamy spotkać się w mieście na obchodach nowego roku. Idealnie. Zawsze to fajnie mieć towarzystwo jak impreza obca.
To niedaleko stacji. Idę z buta. Po drodze zaczyna padać. A jak docieram na miejsce zaczyna lać. I to jest chyba pierwszy deszcz… Od Chin? Leje jak z cebra. Wszyscy chowają się pod namioty. Mój host pisze, że gdzieś utknął po drodze. Ale impreza trwa. Ryk jest niesamowity. Hinduskie klimaty wchodzą mocno. Nie jestem może fanem. Ale moja ukochana starsza siostrzyczka jest. To coś jej prześlę;)
Udaje się znaleźć mojego hosta i hościnę(?). Para. On Amerykanin. Ona Malezyjka (Malajka?). Gdzieś w tłumie jest jeszcze inny couchsurfer, który także u nich dziś nocuje. Grek. Mieszkający w Niemczech. Studiuje śpiew. Operowy. I jest ekstremalnie przyjazny, ekstremalnie towarzyski, ekstremalnie otwarty i w ogóle jest ekstremalny. Znajduje się. Wita się ze wszystkimi od razu na misia. I mówi, że jak się nie możemy usłyszeć (jest harmider) to należy śpiewać. Działa:). Przestaje padać. Stajemy w kolejce do żarcia. To wydają tu za darmo. W międzyczasie zaczepiają nas ludzie w zielonych koszulkach z napisem „nie śmiecić w świątyni” czy jakoś tak. Dają jakiś baner do ręki i pytają czy mogą zrobić zdjęcie. Co? Służby śmieciowe robią sobie ze mną zdjęcie? Dopiero po jakimś czasie się orientuje, że to była organizacja ekologiczna. LoL. Zostałem eko aktywistą. I to przez przypadek. Czy to znaczy, że już mogę patrzeć z góry na każdego i wszystkich?;). Sorry, odrobinkę się wyzłośliwiam;).
Jedzenie wege. Hinduskie. Bez szału. Szukamy miejsca żeby usiąść. Znajduje się. Grek znika żeby kupić sobie coś do picia. Wraca… Z dwójką nowych przyjaciół. Bo to taki typ. Znika na chwilę. Wraca z przyjaciółmi. Ziomek ma 700 pozytywnych opinii na Couchsurfing. 700! Ja mam 6… Szalony, w jak najlepszym tego słowa znaczeniu.
A nowi przyjaciele to… Niemcy. Automatycznie zwiększa mi się poziom czujności. No dobra świruje. Para. Koleżeństwo i pozytywne podejście mają wymalowane na twarzy. Poza nami chyba jedyni biali na festiwalu. No to jemy wszyscy razem:). Na koniec wspólna fota i powodzenia:)
A impreza? Huczna. Tańce. Pochody z jakimiś figurami. Jeff (Amerykanin) tłumaczy mi, że te ziomiksy co tańczą i noszą jakieś ciężkie zdobione belki się umartwiają. Przekuwają sobie wargi. Chodzą boso z ciężarem przez całe miasto. Taka forma „self punishment”. A podczas tańca są „opętani” przez boga. Cóż. Im więcej poznaje obce religie, tym jestem większym fanem mojej.
Wracamy do domu. Po drodze mijamy druga parę, która nocuje dziś u Jeffa i Siti. Rosjanie. Rosjanie… No tu już trzeba być bardzo ostrożnym. 😉
Facet bardzo sympatyczny. I wogóle nie wygląda jak mieszkaniec naszego wschodniego sąsiada. Uśmiechnięty, obdarzony długaśną, bujną, rudawą brodą. Za to jego panna to nie wiem, ciężko powiedzieć o niej cokolwiek, poza tym że jest blondynką, bo chyba ani razu się nie odezwała przy mnie.
Po drodze gubimy greka. Nagle podjeżdża jako pasażer na motocyklu. Odłączył się od nas. Ale poprosił jakiegoś randomowego typa żeby go tu przywiózł. Grek zawsze ma przy sobie kask na taki wszelki wypadek. No wariat:)
Mówi, że ludzie tutaj są wspaniali. Jak kupował picie to pani była dla niego taaaaka dobra. A wogóle takie darmowe żarcie to coś co nigdy nie mogło by się zdarzyć w Europie.
Wieczorne oporządzenie do spania. Rosjanie mieli kupić jakieś piwo ale na czas święta wprowadzono prohibicję w mieście. Bezpiecznie. Tylko, że my o suchym pysku… Wogóle zanim Jeff mnie przyjął to spytał czy Rosjanie nie maja problemu żebym przyjechał. Nie mieli. Ja też nie miałem. Wszyscy mają pokoje. Tylko ja w salonie. Ale spoko bardzo i tak. Jak wróciliśmy do domu to się znowu rozlało na dworzu. I to bardzo. Burza z piorunami. Oj dobrze, że mnie wzięli dziś do siebie.
Przed pójściem spać Grek pyta mnie czy uważam, że jest szalony, że jeździ autostopem z obcymi ludźmi i swoim kaskiem. To mu odpowiadam, że ja robię to samo tylko bez kasku. Także wychodzi na to, że jeśli jest szalony to nie tak bardzo jak ja.

[modula id=”2630″]

Poprzedni artykułDni 152-153 - A może by się tak ożenić, zrobić parę dzieciaków i wyluzować?Następny artykuł Dzień 155 - A po drodze do chińskiej wioski 40 rozbójników

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

O Blogu

Jestem Michał, dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

Ostatnie wpisy

Pierwszy Vlog! Dzień 3582025-09-16
Dni 351 – 360 – Wrestling, moja przyszłość!2025-09-12
Dni 348 – 350 – Wśród kosmitów2025-09-08

Telefonik: +48 69dwa 4ysta98 sto20

Fundacja: Józefa Strusia 13a, Warszawa

Rife Free WordPress Theme ❤ Made by Apollo13Themes.com

Jestem Michał,

dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

RAAM
Gibraltar
Malta