Michael Travel
  • Home
  • Płaska Ziemia
  • Albumy
  • Info & Kontakt
2025-02-13 przez MikolajTD

Dzień 138 – decyzje i działania

Dzień 138 – decyzje i działania
2025-02-13 przez MikolajTD

Standardowe ogarnianie rano zwieńczone lodami w maczku. Ładuję baterie i ogarniam rzeczy na telefonie. Dziś już chyba ruszę dalej. Dobrze mi tu na Phuket. Ale ile można? Pojawiają się też wątpliwości odnośnie eskalowania relacji z Kalayą. Dziewczyna mnie lubi. Nie chciałbym łamać nikomu serca. Niby wiadomo, że nic z tego nie będzie. Ona jest barmanką, ja prawie nie pije. Ona chadza do klubów, ja byłem raz z nią. Ona nigdy nie była za granicą, ja podróżuję po świecie. Ona ma córkę, ja nie mam stabilnego życia. Ona nie lubi chodzić, ja czasem robię 40km dziennie. Ona ma piękny uśmiech, ja wyglądam jak wyglądam…
A propos. Przyszła. Uśmiechnięta jak zawsze. Choć chyba w nie najlepszej formie. Owszem. Jakieś problemy żołądkowe. Goni ją do toalety.
Kalaya proponuje, że może bym chciał pranie zrobić. Sugestia? Tak. Lepiej zrobię pranie. I ziuuuuuuu. Jedziemy do pralni. Takiej publicznej. Samoobsługowej. Chyba większość tajów z takich korzysta. Acz nie wszyscy. Pranie i suszenie to operacja na około godzinę i koszt około 10zł. To wrzucamy pranie i zostawiamy. A my? My jedziemy na plażę. Dziś już ostatni raz…

I się zaczyna. Mówi, że jest bardzo szczera i transparentna. Że nie wiedziała jak się zachować. Że dla niej takie wyjście to była nowość. Spontan. I na ogół takich rzeczy nie robi. Że od 10 lat nie była na randce. Że powinna mieć już męża i dzieci …

Po drodze zgarniamy jakieś jedzonko. Kurczaczek, ryż, owoce morza. Kalaya bierze jeszcze „papaya salad”. Ostre. Uwielbia. Ja spasuję. Docieramy do kolejnej plaży. „Very beautiful, very beautiful”. Ja wiem. Wszystkie te plaże tu są „very beautiful”. No są. I w sumie miałem przyjemność obejrzeć kilka z nich. Spoko.
No i tak se leżymy na piasku i się byczymy. Korzystamy z pozostałego czasu póki jest. Jeszcze wskoczymy do wody, trochę podrzemamy. Skoczę pod prysznic, bo jest. Poczekam aż moja ulubiona tajka się obudzi. I tak się zejdzie do popołudnia.
Wracamy do pralni. Przerzucam ubrania do suszarki. Tymczasem Kalaya mówi, że się będzie zbierać. Hmm… Jakoś tak się to dzieje szybko, nagle. Ale mówi, że się naprawdę kiepsko czuje. Cóż, już wcześniej ją uprzedziłem, że prawdopodobnie dzisiaj wyjeżdżam. Także była na to gotowa. No nic. Chyba pozostaje się pożegnać…
Kalaya to świetna dziewczyna. Dobra i śliczna. I miałem z nią bardzo dobry czas. I ona chyba ze mną też. Wiadomo było że na dłuższą metę nic z tego nie będzie. Ale to jeszcze nie znaczy, że to było złe. Rozstajemy się w zgodzie i chyba takim pewnym wzajemnym porozumieniu. Życzę Ci jak najlepiej. Dzięki Kalaya:)
I już chwilę później jestem w zupełnie innym trybie. Aktywnym trybie podróżniczym. Trzeba spakować plecak i ustalić gdzie iść. Myślę, że powinienem wziąć autobus i wyjechać nim z wyspy. Z autostopem może być ciężko. W takich turystycznych kurortach nie ma nic za darmo. A jednak… Po kilku kilometrach zatrzymują się przy mnie sami z siebie jacyś starsi ludzie na motocyklu z koszem targowym. Proponują, że podwiozą. Tutaj normalnie nikt wzdłóż drogi nie chodzi to od razu się zorientowali, że przyda mi się podrzutka. Miło.
Dojeżdżamy do przystanku. Pozostaje czekać na autokar. Ale… Ukradkiem oka zauważam typa co wchodzi do auta i zaraz będzie jechał w interesującym mnie kierunku. Co szkodzi zapytać czy by mnie nie zabrał? Bingo. Jedzie dokładnie tam gdzie trzeba. Mówi tylko, że auto pełne… I paka w sumie też. Prawie pełna, więc w sumie jak się zmieszczę. Zmieszczę:)
I jedziemy. I znowu wiatr we włosach. I znowu w drodze. I znowu jedziemy. I znowu fajnie:)
W międzyczasie przychodzi wiadomość na whastappie. Od Kalayi dotarło chyba co się właśnie stało. Ładnie dziękuje za wszystko i życzy powodzenia. No ja też mam poczucie żeśmy się tak rozstali nagle. A co tam. Zadzwonię do niej jutro. A teraz powiem tylko żeby piła dużo wody bo ewidentnie jest nieźle odwodniona.
Przejeżdżam kawałek jednym autem, a później drugim. Łapanie poszło gładko. W efekcie dojeżdżam do Khao Lak. Szczerze powiedziawszy, odrobinę nie po drodze. Planowałem kierować się już w stronę Malezji. Ale skoro nadarzyła się okazja. Może przenocuje tutaj. Bo to już się wieczór zrobił.
Ziomek z autostopa zaprasza na obiad. Fajnie. Dodatkowo dołączy się do nas jego dobra koleżanka. I razem sobie wszyscy dobrze zjemy. A przy okazji rozwinie się bardzo ciekawa konwersacja.
Okazuje się bowiem, że ziomek jest gejem. Temat się pojawia, bo w Tajlandii właśnie przeszło jakieś „kontrowersyjne” prawo na rzecz środowiska lgbtqiap+. Typ twierdzi, że owe środowisko stanowi nawet… 30% społeczeństwa tajskiego. Wow. Nieźle. I oczywiście to jego luźne szacunki ale w sumie jakbym miał wskazać jeden kraj, w którym by to było możliwe to byłaby to Tajlandia. Ziomek jako pierwsza osoba w tym kraju potrafi postawić ciekawą tezę tłumacząca skąd się to bierze. Do tej pory bowiem jedyne odpowiedzi jakie dostawałem to banały w stylu „tak po prostu jest” lub, że ludzie tu po prostu się z tym nie kryją. Ale mój dobrodziej ma ciekawszy pomysł. Mówi bowiem, że tajowie to bardzo, bardzo delikatni i wrażliwi ludzie. „Najwrażliwsi na świecie”. Tutaj nikt nikogo nie obraża. Każdy jest pokojowo nastawiony i nikt nikomu złego słowa nie powie. I coś w tym jest. Wydaje się, że panuje pewien ogólny przyjazny klimat. Kraina uśmiechu. Typ twierdzi, że to unikalne na skalę świata. No i teze ma taką, że jak młody taj przeżywa swój pierwszy zawód miłosny (a przeżywają sporo, bo Tajki generalnie nie przepadają za tajami i wolą randkować z obcokrajowcami – z wielu powodów) to sobie z tym zwyczajnie nie radzi. I szuka rozwiązań. Zmienia obiekt zainteresowań. Dostrzega problem w swoim ciele. Ziomek mówi, że niejako zmiana orientacji seksualnej, tudzież identyfikacji płciowej jest tu wyborem. Nie wynika z wewnętrznego poczucia/przekonania tylko z wyboru. Że to jest proces. Sam o sobie mówi, że zmiana jego orientacji seksualnej zajęła mu 2 lata. I że zrobił to świadomie i celowo. Zaznacza, że zdecydowana większość ladyboyów żałuje tranzycji. Że nie rozwiązało to ich trudności. Ciekawe spojrzenie. Dodatkowo twierdzi, że nie powinni, jako środowisko, zabiegać o dodatkowe prawa/przywileje bo to do niczego nie prowadzi. Nie ma sensu domagać się akceptacji ani nawet tolerancji. Trzeba żyć swoim życiem i otaczać się takimi ludźmi, którymi warto się otaczać. A resztę mieć gdzieś. I to jest podejście, którym staram się kierować całe życie. Jak dla mnie próba tworzenia środowiska, w którym nikt nie powie Ci nic przykrego jest bezsensowna. Nie da się. Prędzej czy później jakieś gówno Cię dopadnie. Być może warto się więc na to przygotować. Nie stworzysz dziecku idealnie bezpiecznych warunków. Ale możesz nauczyć je radzić sobie w każdej sytuacji. Również, a być może przede wszystkim, w takiej, w której otoczone jest przez bandę imbecyli, debili, prymitywów, przemocowców, narcyzów, psychopatów, socjopatów, makiawellistów, chuliganów, bandytów, orków i wszelkiej maści innych barbarzyńców.
A obok mamy zupełnie inny, acz równie ciekawy przypadek. Koleżanka mojego dobrodzieja ma na imię Off. I wydaje się być absolutnie niezainteresowana naszą rozmową. W sumie to wydaje się być niezainteresowana niczym. Zamówiła kluski z krewetkami i ledwo je tknęła. Potem dodaje, że zamówiła z grzeczności. Błądzi wzrokiem po ścianach i głośno wzdycha. Generalnie wygląda jakby była tu za karę. To ten typ który odpowiada pytaniem na pytanie. A raczej odpowiada twierdząco ale tonem pytającym. Np.

  • dobrze się czujesz?
  • tak, czemu miałabym się czuć źle?
    Dodatkowo wszystko rozumie dosłownie. Nie da się zażartować, bo Off wszystko odbiera osobiście. Np.
  • Zawsześ taka wygadana?
  • Wcale nie mówię dużo. Czemu miałabym się wypowiadać jeśli mnie coś nie interesuje?
    Ohhh… Takie teksty potrafią zarżnąć klimat każdego fajnego spotkania. Ktoś mógłby odebrać jako zwyczajnie niegrzeczne. Ale ja już wiem co się tam pod tym kryje. Nie z takimi przypadkami sobie radziłem;)

Off i mój kierowca znają się z pracy. Oboje pracują w tej samej branży. Są menadżerami eventów. Pracują dużo. Oboje. Ale Off okazuje się być pracoholiczką. W kontrakcie ma pracę do 18. Ale to nie przeszkadza jej zostawać w robocie czasem i do… 3 rano. Tajowie generalnie dużo pracują. Czy może lepiej, dużo czasu spędzają w pracy. A ile jest realnie pracy w pracy? To już zupełnie inna rozmowa.
Planuję iść spać na plaży. Off proponuje, że mnie odwiezie. Miło z jej strony. Paradoks polega na tym, że zamierzam spać pod samym hotelem, w którym pracuje Off. I to się jej nie mieści w głowie. Że idę spać na plażę. Nie rozumie. Jak to tak?
Mam coś takiego, że uwielbiam otwierać ludzi, którzy pozornie nie chcą się dać otworzyć. Pozornie. Bo tak naprawdę chcą. Tylko udają że bardzo nie chcą. Off przez cały wieczór prawie nic nie mówiła. Ale teraz mam ją sam na sam więc…
Jak otworzyć taką osobę? Najbezpieczniej budując zaufanie, stopniowo, przez długie miesiące. Ale ja mam tylko kilka minut. No to postanawiam wykorzystać pewną sztuczkę.
Off to osoba z mocnym poczuciem odpowiedzialności. A więc sumienna. Postanawiam więc wykorzystać „prowokację”. Na czym to polega? Stawiamy zarzut. Zarzut jest w oczywisty sposób przekoloryzowany. Ale musi dotyczyć czegoś co jest ważne dla rozmówcy. W przypadku off to wyglądało tak.
Rozmawiamy o duperelach. Zadaje pytania. Dostaje zdawkowe odpowiedzi. W pewnym momencie przechodzę do ofensywy. Prowokuję. Stawiam wyolbrzymiony zarzut. Że jest nietransparentna. Że nie wiadomo o co jej chodzi ani czego chce. Że coś ukrywa. Że nie jest sobą.
Bingo. Zadziałało podręcznikowo.
Off przyjmuj postawę obronną. Zaczyna zaprzeczać wszystkiemu co powiedziałem.
Jeśli teraz dalej ciągnął bym w swoją stronę to nic dobrego by z tego nie wyszło. Zamiast tego należy zamilknąć i uważnie słuchać tego co moja rozmówczyni ma do powiedzenia. Bo teraz mówi szczerze. W emocjach. Ale szczerze.
I się zaczyna. Mówi, że jest bardzo szczera i transparentna. Że nie wiedziała jak się zachować. Że dla niej takie wyjście to była nowość. Spontan. I na ogół takich rzeczy nie robi. Że od 10 lat nie była na randce. Że powinna mieć już męża i dzieci (jest pod 40). Że cały czas spędza w pracy i się bardzo stara. Że jak tylko ma wolne to bierze samolot do Bangkoku i odwiedza rodzinę i psy. Że jest z muzułmańskiej rodziny i w sumie to islam zabrania mieć psy. Że nie wie jak zareagować na fakt, że idę spać na plażę. I że wogóle to wszystko jest dla niej bardzo dziwne i nie wie jak się zachować. I że to… I że tamto.
Pełen sukces. Przez ostatnie 5 minut powiedziała 10 razy więcej niż przez poprzednie dwie godziny. I nie może przestać. I już dawno dojechaliśmy na plażę ale ona jakoś chce dalej rozmawiać.
Najważniejsze to żeby słuchać jak już zacznie mówić. Przyjąć. Nie oceniać. Ludzie nie cierpią być oceniani. Za to kochają być szczerze wysłuchani. Jak mówi, to słuchaj.
W końcu zaczęła się uśmiechać. Zeszło z niej. Rozluźniła się. Uspokoiła. I w końcu jest fajnie. Miło. Przyjemnie. Różne rzeczy ludzie ze sobą noszą. Czasem jedyne czego im potrzeba to człowieka, który choć przez chwilę poniósłby to razem z nimi.

[modula id=”2094″]

Poprzedni artykułDzień 137 - rosyjski przyczółekNastępny artykuł Dzień 139 – I od razu kryzys

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

O Blogu

Jestem Michał, dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

Ostatnie wpisy

Pierwszy Vlog! Dzień 3582025-09-16
Dni 351 – 360 – Wrestling, moja przyszłość!2025-09-12
Dni 348 – 350 – Wśród kosmitów2025-09-08

Telefonik: +48 69dwa 4ysta98 sto20

Fundacja: Józefa Strusia 13a, Warszawa

Rife Free WordPress Theme ❤ Made by Apollo13Themes.com

Jestem Michał,

dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

RAAM
Gibraltar
Malta