Poranek standardowy. Łapię jakąś kawusię i idę pisać i ogarniać rzeczy w maku. Dziś Kalaya trochę umiera. Próbuje odchorować w domu. Cóż. Wygląda na to, że dziś stawię czoła życiu samotnie. Damy radę.
Trochę się zastanawiam. Chyba już czas żeby jechać dalej. Moja ulubiona tajka sprawiła, że chce się zostać trochę dłużej ale… Tajlandia i tak już jest mocno przeciągnięta. Jak tak dalej pójdzie to niedługo skończy mi pozwolenie na pobyt tutaj… Nieźle. Trzeba powoli myśleć żeby jechać dalej. Ale teraz jakoś… Teraz jakoś człowiek nie ma ochoty…
Phuket okazuje się być małym rosyjskim przylądkiem w Tajlandii. Rosyjski na ulicy jest, mam wrażenie, językiem dominującym. Słychać go częściej niż angielski czy tajski. Wszystko też jest podpisane w cyrylicy. Zdaje się, że ponad połowa biznesów na wyspie należy do Rosjan.
Wieczorem dzwonię do taty. Ma dziś urodziny. Już bliżej 60 niż 50. Ale osobiście podejrzewam, że czeka go jeszcze kupa roboty na tym świecie;)
A potem? Potem nocny targ. Jest nawet bardziej rozbudowany dziś niż wczoraj. I dobrze. Zamierzam po nim połazić i się dobrze najeść. Plan zrealizowany w 100%. Jejciu, jak ja jestem totalnie fanem tego ich podejścia do ulicznego żarcia.
A wieczorem? Wieczorem na plażę. Nie będę może męczył mojej ulubionej Tajki dzisiaj. Niech odpoczywa dziewczyna. Wydaje się, że dziś się już nic nie wydarzy. Chyba że…
Kojarzycie ten niezręczny moment kiedy jakoś tak wychodzi, że idziecie obok kogoś przez dłuższy czas? Żadne z Was nie idzie wystarczająco szybko żeby wyprzedzić drugie. I jakoś tak dziwnie wychodzi. No do końca wiadomo jak się zachować. Nie wytrzymam.
„Where are we going?” Wypaliłem? „Na plażę” odpowiedziała blondynka. No tak. Przecież szedłem na plażę. No i dalej już się potoczyło samo.
Rosjanka. Po trzydziestce. Przyjechała na Phuket. Jest tu dwa miesiące. Pracuje zdalnie dla jakichś rosyjskich linii lotniczych. Jak jej mówię że „ja z polszy” to pyta czy nie mam problemu, że ona Rosjanka. Nie mam najmniejszego.
Matka 11-letniego synka. Który okazuje się być zaskakująco zaradnym człowiekiem. Zapalony wędkarz. I nie wiadomo skąd mu się to wzięło. Wędkarstwo to chyba taka rzecz, którą trzeba komuś zaszczepić żeby to pokochał nie? A ten młodzieniec znalazł to sam w sobie. Planuje żyć nad wodą, łowić ryby, jeść, czego nie zje to sprzeda. Nieźle. Wszystko to już potrafi. Ziomek ogarnął plan na życie jeszcze zanim zaczął mu wąs rosnąć. Pozazdrościć.
Niedawno poszedł na trening Muay Thai. Trenował z innymi chłopcami. Kurna, ja bym się chyba zesrał gdybym w wieku 11 lat miał pójść na trening z bandą małych zabijaków, którzy robią ten sport od przedszkola.
W ogóle Phuket okazuje się być małym rosyjskim przylądkiem w Tajlandii. Rosyjski na ulicy jest, mam wrażenie, językiem dominującym. Słychać go częściej niż angielski czy tajski. Wszystko też jest podpisane w cyrylicy. Zdaje się, że ponad połowa biznesów na wyspie należy do Rosjan. Ciekawostka. Siłą rzeczy chętnie tu przyjeżdżają na wakacje. Pewnie też dlatego, że łatwo im zyskać pozwolenie.
Idziemy sobie dłuższy kawałek plażą. Fajnie tak pogadać czasem z kimś kto ma podobną perspektywę na ten kraj. Moja rozmówczyni mieszka w Moskwie. Mówi, że poziom życia tam jest bardzo wysoki. Jest taniej niż na Phuket. Jest też bardzo zdziwiona, że w trakcie mojej podróży nie odwiedziłem Rosji. Wszak „wojna to żaden problem i jest bardzo bezpiecznie. A Rosjanie są bardzo przyjaźni”. Chciałbym. Może kiedyś…
Mówi, że muszę koniecznie wybrać się w podróż koleją transsyberyjską. A to to nawet bym chętnie zrobił.
I tak se przeszliśmy razem parę kilometrów. Ot taka niezobowiązująca pogawędka. Rosjanka wraca do domu, a ja się walę na plażę.
[modula id=”2089″]
