Tym razem kotek mnie nie obudził. Choć szwędały się tu te zwierzaczki całą noc. Ale spało się nieźle. Wstaję nawet z energią. Pakuje się i można ruszać. Dziś już planuje opuścić wyspę. W sensie, że tę wyspę, na której jestem. Bo wybieram się na kolejną. Phuket.
Idę do miasta Phuket, w prowincji Phuket na wyspie Phuket. I jestem nieco rozczarowany. Nie robiłem za dużego researchu i może po prostu nie jest to miejscówka, którą warto odwiedzić.
Początkowy entuzjazm zostaje zgaszony przez obawę z wczorajszego dnia. Telefon odmawia posłuszeństwa. Po prostu nie chce się zapalić ekran. Nie reaguje na żadne komendy. Hmm… Co tu robić? Ostatnio mu się samemu naprawiło po jakimś czasie. To może znowu tak będzie? Ale może nie. A ja potrzebuję żeby działał. Nawet bardzo.
Ogólnie to jest zawsze pewna obawa. Stracić czy zepsuć telefon w trakcie wyjazdu to naprawdę nic fajnego. Raz mi się już zdarzyło. Nieco ponad 3 lata temu na Teneryfie. Walnąłem się za blisko morza i fala mnie zalała. Żeby nie było. Zalała też kilkadziesiąt innych, równie zaskoczonych co ja, osób. To była bardzo zdradziecka, podstępna i niespodziewana fala. No w każdym razie od tego czasu zawsze mam ze sobą drugi smartphone w zapasie. Podczas tej podróży nawet dwa… No ale wciąż. Jeśli stracę dostęp do tego najważniejszego, no to bardzo, bardzo rozboli mnie głowa…
Idę do jedynego sklepu z elektroniką jaki znalazłem w pobliżu. Mówię o co chodzi i że może by dali radę wyczyścić, bo może piasek czy coś. Ziomek dłubie igłą w gnieździe telefonu i się dziwi, że nic nie pomogło xD. Tyle to i ja umiem. Mówi, że serwisu na wyspie nie ma i powinien udać się na Phuket… Cóż. I tak się tam wybierałem. Kupuję bilet. Jeszcze zdążę machnąć śniadanko i lodziki. Ale zaraz czas ruszać. Prom odpływa o 11. Mam się zameldować o 10.30. Jestem punktualnie. Wchodzę jako jeden z pierwszych. I w ogóle nie wiem jak to działa ale omijam kolejkę. Siadam na zewnątrz. Ładna pogoda jest. I cyk. Telefon znów działa. Trochę dziwne. Pewnie i tak warto by go chociaż wyczyścić zanim znowu się zatnie. Tyle czasu na plaży sprawia, że piasek jest wszędzie. Również we smartfonie. Postanawiam prewencyjnie zwolnić trochę pamięci I biorę się za pisanie. Do końca dnia już działa.
Lubię zwiedzać wyspy. Jest coś takiego dziwnego, że wyspy zawsze zwiedza się trochę fajniej. Nie wiem do końca skąd się to bierze ale tak mam. Może chodzi o to, że można je „ogarnąć” w całości. Łatwiej obczaić. Mieć poczucie, że się je faktycznie poznało. Dodatkowo ten uczuć, w którym się wyspę opuszcza, można na nią spojrzeć kiedy się oddala. Fajny.
Tymczasem zmierzamy na kolejną, Phuket. Ale ta to już zupełnie co innego. Choć technicznie jest to wyspa to w praktyce jednocześnie prowincja. Maksymalna długość wynosi 48km. I przeważnie wjeżdża się tu przez most. No i jest to jedno z najpopularniejszych miejsc w Tajlandii. Wszyscy mówili, że muszę koniecznie odwiedzić. To odwiedzam.
Spokojnie dopływamy na miejsce. Trochę zamieszania przy zejściu na ląd ale wszystko się spokojnie udało. Centrum miasta niedaleko. Idę z buta. Po drodze łapię jakaś tajską, mrożoną herbatę. Nie mam dokładnych planów. Idę do miasta Phuket, w prowincji Phuket na wyspie Phuket. I jestem nieco rozczarowany. Nie robiłem za dużego researchu i może po prostu nie jest to miejscówka, którą warto odwiedzić. No ale mam wrażenie, że akurat tu nie ma nic ciekawego. Trochę się bujam po okolicy. Internet mówi, że stare miasto to mieszanka stylu chińskiego, portugalskiego i tajskiego. Wierzę na słowo. Choć ciężko mi docenić.
Później ląduje w jakimś centrum handlowym. Robię research. Układam jakiś plan. Trochę tam siedzę.
Wieczorem do marketu. I jak to w Tajlandii, ludzie są otwarci i gadatliwi. I wydaje się to udzielać również turystom. W efekcie w sklepie poznaje dwie dziewczyny z Tanzanii. Robią zakupy na kolację. Są na wakacjach. Choć ciężko mi dokładnie ustalić ile te ich wakacje trwają. Śmiesznie wyglądają. Jedna taka drobna z afro. Druga dziewczyna wyższa ode mnie, z prostymi włosami i, nazwijmy to, bardzo, bardzo kobiecą sylwetką. Z rozmowy jedna sprawa bardzo mnie zastanawia. Ta większa babeczka (koło trzydziestki na oko) mówi że ma dwójkę dzieci. Chłopców. 6 i 8 lat. I że oni są teraz w domu w Tanzanii z babcią. „Living their own life”. Mówi, że widuje ich rzadko. Nawet jak jest w kraju. Bo rzadko tam bywa, ma interesy w Chinach. A jak jest na miejscu to oni i tak chodzą do szkoły. A ona stara się żyć tak jak lubi. Przy tym mówi też, że uwielbia dzieci i chciałaby jeszcze urodzić czwórkę albo piątkę. I to jest jakiś taki mental, nad którym się pewnie będę zastanawiał jeszcze długo.
Dziś nocka w jakimś trzecioligowym hotelu. Potrzeba trochę odespać ostatnie kilka dni.
[modula id=”2004″]
