Prawdopodobnie mam trochę za dużo wrażeń. Dzieje się. Praktycznie cały czas. Ciągle jest coś do zrobienia. Coś do napisania. Ciągle jakieś napięcie. To taki moment, w którym ciężko jest się cieszyć kolejną atrakcją, kolejnym widokiem, kolejnym obiadem czy kolejnym człowiekiem.
Poranek niespieszny. Staram się nie narzucać sobie za wysokiego tempa żeby się nie zajechać. Załatwiam swoje sprawy. Nawet zrobiłem jakiś trening. Opuszczam hotel około 12. Idę coś zjeść, a potem w drogę.
Oh, oh… Autostop nie działa. Wczoraj działał jak złoto, a teraz nagle nic? I to złośliwe, bo właśnie trwa najgorętszy moment dnia. Właśnie. Temperatura. O śmierci z wyziębienia w końcu mogę zapomnieć. Prześladowało mnie to od końcówki Gruzji aż do Kunming. Ale w końcu mogę odetchnąć i zacząć przejmować się czy może jednak za to nie umrę z odwodnienia. Jest ciepło. Bardzo ciepło. Gorąco. Upalnie. No mocno się zmieniło. I mocno mnie przygrzewa. Niezbyt przyjemnie.
Ale w końcu ktoś się zatrzymuje. Autem. I ostatecznie zawiezie mnie aż do dzisiejszej finalnej destynacji. Po drodze zaliczamy tylko jeden policyjny checkpoint. Hmmm… Wczoraj mijałem takich kilka ale nikt nawet na mnie nie spojrzał. Wydaje mi się, że zatrzymali nas, bo jedziemy na chińskiej tablicy rejestracyjnej (moi dobrodzieje to Chińczycy:). W ogóle zabawnie. Dla mnie policja tu to jakaś chillera totalna. Ziomek wziął mój paszport, obejrzał, uśmiechnął się i oddał. Tyle. No cudownie po prostu. Tymczasem jak już nas puścili i wróciliśmy do auta, to mój kierowca z 5 minut narzekał jak to policja w tym kraju jest upierdliwa i w ogóle. Heh ?.
[modula id=”822″]
Dojeżdżamy do mojego dzisiejszego celu. Luang Prapang. Perła Laosu. A nawet „Perła Orientu” jak ją nazywa internet. Absolutnie wszyscy mówili że trzeba tu koniecznie przyjechać. Że jest tu cudownie, wspaniale i w ogóle. Jak tylko wjeżdżam do miasta to odkrywam, że czuje się tu… Źle. Nie podoba mi się. Tu jest mnóstwo ludzi. I to mnóstwo białych ludzi. Co oni tu robią? Po co oni tu przyjechali?
Upał dał mi trochę w kość. Kupuję coś do picia i ogarniam hostel. Po drodze jakiś street food. Plan jest taki żeby schować się w łóżku jak najszybciej. Plan się udaje. Nie wspominałem jeszcze jak tanio tu jest? No wygląda na to, że jeszcze taniej niż w Chinach. Chyba muszę przestać o tym gadać, bo to się robi nudne… Wczoraj za pokój dwuosobowy 23zł. Dziś za łóżko w hostelu w najbardziej turystycznym mieście w kraju, 16zł. Obiad 7-12zł. Narzekał nie będę:)
Hostel taki bardziej młodzieżowo-studencki. Wnioskuję nie po współlokatorach (tych jeszcze nie ma w pokoju) ale po syfie jaki mają na pryczach xD. Nie mylę się;). Środowisko międzynarodowe. Latynosi, Włosi, Skandynawowie…
Nie podoba mi się w tym mieście. Ale tak szczerze… To chyba nie kwestia samego miasta. Prawdopodobnie mam trochę za dużo wrażeń. Dzieje się. Praktycznie cały czas. Ciągle jest coś do zrobienia. Coś do napisania. Ciągle jakieś napięcie. To taki moment, w którym ciężko jest się cieszyć kolejną atrakcją, kolejnym widokiem, kolejnym obiadem czy kolejnym człowiekiem. Hmm… Potrzeba trochę odpocząć. Tak konkretnie. Jak w Bułgarii. Pić, jeść, spać, sra… Taki w skrócie mam plan na Tajlandię.
