Dziś postanawiam już jechać dalej. Cel, Melaka. Mówią, że przyjemna. No i jest po drodze do Singapuru. To sprawdzimy.
Wyobraźcie sobie, że w tym kraju mają 9 królów! I co 5 lat jeden z nich zostaje królem królów. Więc jak masz pecha to nawet pomimo iż urodziłeś się w jednej z rodzin królewskich to na koronę będziesz czekać nawet 40lat!
Jestem na jakichś przedmieściach. Jest tu nie daleko wjazd na autostradę. Zajmuję miejsce i czekam. Hmm… Akurat tu przydałaby się tabliczka. Ulica prowadzi w dwóch kierunkach (czy tam zwrotach). Tylko jeden z nich mnie interesuje. Gdyby kierowcy widzieli od razu gdzie chce się dostać, może chętniej by przystawali. Kilku z nich się zatrzymuje i tak. Głównie hindusi. No ale niestety, jadą w stronę stolicy. A ja chcę na południe.
W końcu staje jakiś tir. Kierowca pokazuje palcem w dobrą stronę. To wskakuje. Przejeżdżamy przez bramki. Na wszelki upewniam się czy na pewno jedziemy w stronę Melaki. Nie. W stronę Kuala Lumpur. Ej. To coś żeśmy się nie dogadali. Wyskakuję z tira tuż za bramkami. I zanim zdążę zrobić cokolwiek zatrzymuje się autokar. Pusty. Kierowca pyta gdzie jadę. To mu mówię gdzie i pytam gdzie on. On na to że pod KL ale na stację. I że stamtąd będę mógł wziąć autobus. W sumie… Autokaru na stopa jeszcze nie złapałem. Jedziemy:)
A autokar nie byle jaki. Prawdopodobnie najbardziej luksusowy w jakim byłem. Wielkie fotele i wszystko dla mnie! Od razu załadowałem się na piętro. Siadam w pierwszej linii. Mam fajniutki widok na ulicę z przodu. To chyba jeden z najfajniejszych stopów jakie złapałem. Aż szkoda, że tak krótko. Jakieś 40 minut.
Na stacji się ogarniam. To wyluzowane miejsce. Kociaki śpią na biurkach xD. Bilet do Melaki kosztuje… 15 zł. Za 150km. Tak. Transport wciąż jest tu śmiesznie tani. I dobrze. Biorę. Mam godzinkę. Wypadałoby coś zjeść.
I to coś konkretnego. Wszak dzisiaj tłusty czwartek! To absolutnie jeden z moich ulubionych dni w roku! Cóż… Patrząc na dotychczasowe doświadczenia, nie ma co liczyć na jakieś dobre wypieki. Ale może znajdzie się jakiś tłusty kawałek mięsa? Tak po staropolsku:).
No oni tu tłustego czwartku nie znają. Niestety. Ale przechadzając się po okolicznych jedzeniowych stoiskach, w oczy rzuca mi się jedno z nich. To jakieś kanapki. Smażone na głębokim tłuszczu. Mniam. Aż ślinka cieknie. Biorę jedną. Wcześniej wziąłem coś do picia więc mam komplet. Mmm. Kucharz uliczny jest mną wyraźnie zainteresowany. Pyta skąd jestem i co robię. Organizuje mi miejsce do jedzenia mówi, że nic nie płacę. To prezent dla mnie. Ech, Ci ludzie tutaj:). Kanapeczka pierwsza klasa. Mięsko, mnóstwo sera. Tłuściutko jak trzeba.
Przejazd do Melaki jest spokojny. Po drodze bez większych nadziei piszę do paru osób z Couchsurfingu. O dziwo, ktoś odpisuje. Ba, nawet dwie osoby! Jednego hosta odwiedzę dziś. Do drugiego chętnie wpadnę jutro:)
Czekając na dworcu rozglądam się po sklepach. I fortunna ciekawostka jest taka, że akurat w Melace, wyrobów piekarniczo, cukierniczych nie brakuje. Ha. Tutaj każde miasto ma swoją małą tożsamość. Udaje mi się nawet zaopatrzyć w coś co jako tako przypomina pączki. Jako tako. I smakowało też jako tako.
Podjeżdża po mnie Wen. Chińczyk. Tzn. Malezyjczyk. Tylko chiński. No wiecie o co chodzi;)
Jedziemy do jego domu. Na miejscu jest już jego ojciec i siostra. Mama akurat wyjechana. To przemili ludzie. Wszyscy. Wszyscy kontaktowi. Chętnie rozmawiają, dopytują. Opowiadają o sobie.
Czas na kolację. Ta jest… Wegańska. Że też w tłusty czwartek przyszło mi jeść wegańskie jedzonko… Makaronik z dodatkami wszelakimi. Całkiem niezły.
Wieczór był długi. Jak zaczęliśmy gadać to nie mogliśmy skończyć. Cały ten czas umilił mi polujący na moje stopy, biały futrzak. Wen i jego siostra to bardzo wykształceni i ciekawi świata ludzie. Mają dużą wiedzę, która chętnie się dzielą. Chętnie też zadają pytania. Gadamy o wszystkim. Najpierw ja dopytuję i wysłuchuję o społeczno-polityczno-ekonomicznej sytuacji Malezji.
Wyobraźcie sobie, że w tym kraju mają 9 królów! I co 5 lat jeden z nich zostaje królem królów. Więc jak masz pecha to nawet pomimo iż urodziłeś się w jednej z rodzin królewskich to na koronę będziesz czekać nawet 40lat! Ekstremalnie dziwaczny system. Unikalny w skali całego świata.
Gadamy o prawach mniejszości itp. Wen mówi, że niemal wszystkie duże biznesy tutaj należą do chińczyków. Ci mają tu się też ekonomicznie najlepiej. I to pomimo iż wcale nie mają lekko. Okazuje się bowiem, że istnieje tu pewien poziom nierównego traktowania w zależności od pochodzenia. Na przykład Malezyjczycy mają znacząco lepszą cenę za nieruchomości niż Chińczycy czy hindusi. Ok. Mało to subtelne. Cisną się na usta dosyć jednoznaczne określenia. Pojawia się temat mieszania krwi. Teraz ponoć ludzie krzyżują się więcej niż kiedyś. Choć generalnie raczej tego nie chcą po prostu. Różnice kulturowe są zbyt duże. Dodatkowo dochodzą, z naszego punktu widzenia bzdurne, prawa jak fakt, że jeśli muzułmanin/muzułmanka poślubia osobę innego wyznania, to ta osoba jest zobligowana do zmiany religii xD. Co więcej, samym Malezyjczykom urodzonym jako muzułmanie nie wolno swojego wyznania zmienić. Po prostu nie ma takiej opcji. Wow. Mój rozmówca uważa, że Malezja to bardziej islamski kraj niż chociażby niedaleka Indonezja. Sprawdzimy.
Wen opowiada o historii rejonu. Jak stara jest Malezja (młoda). Skąd się wzięła. Kto był tu wcześniej. O koloniach. O tym skąd się tu właściwe wzięli Chińczycy i czemu jest ich tak dużo w całym rejonie.
Ale moi rozmówcy chcą też bardzo posłuchać o Polsce. Sami wydają się już wiedzieć sporo. Potrafią ją łatwo wskazać na mapie i wiedzą co nieco o historii Drugiej Wojny Światowej w Europie.
To opowiadam. O Polakach. O geografii. O historii. Za granicą często postrzega się Polskę przez pryzmat naszych sąsiadów. Niemców, Rosjan, ostatnio także Ukraińców.
No to opowiadam o dziwnej relacji Polaków z Rosjanami. Niby wiadomo, że nic tylko wojny. My się szczycimy Cudem nad Wisłą, oni się szczycą Cudem nad Moskwą. My nie potrafimy im wybaczyć komunizmu i rozbiorów. Oni nam Żółkiewskiego. Niby się nie lubimy. Być może nawet nienawidzimy. A jednak, wydaje się, że mamy między sobą bardzo unikalną nić porozumienia.
Potem relacje z Niemcami. Tu jakby trochę jaśniej. Choć znowu, niby historycznie to tylko tragedie, a jednak ostatnimi czasy entuzjastów naszego zachodniego sąsiada w Polsce nie brakuje. Dalej, trudne historycznie relacje z Ukraińcami. Dochodzi temat wojny.
Na koniec docieramy nawet do tematu Żydów. Tak daleko jeszcze z nikim nie doszedłem ?
