Rano idę na spacer do ogródka. Większość tego co jedzą moi dobrodzieje pochodzi właśnie stąd. Ładnie. Ten dom jest w pełni wegetariański. Ja jednak jestem zdecydowanie team mięso.
Wkładam głowę do jakiejś podejrzanej maszyny. Pani doktor mówi mi, że moje lewe oko ma się doskonale, ale z prawym jest coś nie tak. Co takiego?! Ech… Akurat oczy zawsze miałem sprawne i bardzo mi było z tym dobrze. Tak to jest jak się pójdzie do lekarza. Nagle się okazuje, że człowiek chory.
Po śniadaniu mam trochę czasu dla siebie. Do centrum pojadę z Wenem trochę później. Oglądam dom dokładniej. Ten wydaje się być taki tradycyjny. Eleganckie meble. Obrazy. Miejsce modlitwy. Dużo zdjęć. Z podróży. Ale przede wszystkim rodzinnych. Moi gospodarze w ogóle wydają się nieco wpisywać w wizerunek tradycyjnej chińskiej rodziny. I to w najlepszym tego słowa znaczeniu.
Pamiętacie jeszcze, że niedawno był nowy chiński rok?;). Ten to rok węża. Siostra Wena jest spod tego znaku. Czyli to będzie „jej” rok. Wen, tak jak ja, jest spod znaku tygrysa. Ha. Mocne zwierzę. Mięsożerca;).
Zwierzątek jest 12. Co roku się zmieniają.
Dom odwiedza jakiś kolejny przyjaciel. Okazuje się bowiem, że Wen ma dziś urodziny! Stooo lat! Stooo lat!
Jest torcik, siostra upiekła ciasto, zrobiła pierogi. Wszystko baaaardzo smaczne. Tylko ja taki nie przygotowany i bez prezentu ?.
Zanim opuszczę posiadłość moich dobrodziejów zostaję poproszony o wpisanie się do księgi gości. Couchsurferów przyjmują tu już od lat. Nie jestem pierwszym Polakiem:).
Krótkie pożegnanie i jedziemy do miasta. Wen ma dziś dzień wolny ale coś tam musi na szybko załatwić w pracy. Jest nauczycielem. Hmm… Dawno nie byłem w szkole. Idziemy:)
Wen wydaje się być popularny wśród uczniów. Dzieciaki go zaczepiają. On zaczepia je. Ja grzecznie dreptam za nim. Staram się nie przyciągać za bardzo uwagi. Średnio to wychodzi…
Mój przewodnik oświadcza mi, że w szkole jest ostatni dzień, w którym można sobie za darmo zbadać oczy. Pyta czy bym się nie skusił. Ja? No cóż… Za darmo to uczciwa cena prawda?;)
Wkładam głowę do jakiejś podejrzanej maszyny. Pani doktor mówi mi, że moje lewe oko ma się doskonale, ale z prawym jest coś nie tak. Co takiego?! Ech… Akurat oczy zawsze miałem sprawne i bardzo mi było z tym dobrze. Tak to jest jak się pójdzie do lekarza. Nagle się okazuje, że człowiek chory. Dopytuje o co chodzi. Ciężko się dogadać po angielsku. Mówię, że mam się dobrze i nic mi nie dolega. Dziewczyna przeprowadzająca badanie mierzy mnie wzrokiem… Po czym dodaje, że mam tak piękne oczy, że w sumie nie muszę nic z tym robić xDDD.
Czas się pożegnać. Wen bardzo mi pomógł. Nie byłem pewien wczoraj co z noclegiem. Możliwość spędzenia jednego dnia w tradycyjnej chińskiej rodzinie to super doświadczenie. Zwłaszcza, że w Chinach o coś takiego ciężko. Mam wrażenie, że tam po prostu nie ma rodzin… Dzięki Wen!:)
Wieczorem jestem umówiony na obiad z moim drugim hostem. Tym razem pakistańczyk. Jani. Ale zanim to mam kilka chwil dla siebie. No to idę w miasto.
Melaka jest Miła, przyjemna. I chyba tyle mam do powiedzenia. Szczerze powiedziawszy gdybym wiedział wcześniej jak wygląda to chyba bym je ominął. Nie zrozumcie mnie źle, wciąż jest tu całkiem ładnie, ale jednak w ramach mojej podróży trochę szkoda mi czasu na takie miejscówki. Nie jest to nic nowego w porównaniu z tym co już widziałem, chociażby w George Town. To takie miejsce, które wydaje mi się, że dużo milej byłoby odwiedzić z rodziną czy bliskimi. Samemu jakoś tak tutaj… Nudno.
Wieczorem spotykam się z Janim. Idziemy do, a jakże, pakistańskiej restauracji. Ponoć najbardziej osławione i prestiżowe tego typu miejsce w mieście. A żarełko bardzo, bardzo dobre.
A kim jest mój kolejny dobrodziej? Jani to biznesmen. Produkuje koszulki. Zaopatruje między innymi malezyjską armię. Zaprasza mnie do siebie. Dostaję własny pokój. Jani mówi, że nikomu nie odmawia z Couchsurfingu. Jest bardzo ciekaw świata i innych kultur. W pół roku gościł już ponad 40 osób. Niezły wynik. Mówi, że mogę zostać u niego ile potrzebuje. Diament, nie człowiek:)
