Michael Travel
  • Home
  • Płaska Ziemia
  • Albumy
  • Info & Kontakt
2025-03-09 przez MikolajTD

Dzień 165 – Dziękuję Majorze!

Dzień 165 – Dziękuję Majorze!
2025-03-09 przez MikolajTD

Autostop w najlepszym wydaniu

No i wyszło pięknie. Jak leje wystarczająco mocno to można się umyć równie dobrze co pod prysznicem. Wczoraj wieczorem skorzystałem. Pierwszy raz się myłem na środku dworca. Chyba…
A budzę się nad rzeką. Znalazłem zadaszoną miejscówkę z kanapą. Kurka, jakby to ktoś przygotował specjalnie dla mnie. No i fajnie:).

Ogólnie to czuję się trochę jakbym miał 10 lat i wujek zabrał mnie na taki dzień pełen wrażeń. Major wydaje się być przy tym zachwycony, że może mi to wszystko pokazać i o tym wszystkim opowiedzieć. Bawi się co najmniej tak dobrze jak ja. Naprawdę wydaje się, że go to cieszy. A w dodatku zabiera mnie w miejsce, o którym nie miałem pojęcia, a które faktycznie wydaje się, że należy koniecznie odwiedzić przy okazji pobytu w Malezji.

Ogarnianie. Śniadanie i w drogę. Żegnam się z dżunglą. Dzisiejszy cel to stolica. Kuala Lumpur.
Pierwszy stop podwozi tylko kawałek. Drugi to już konkret. W aucie Islamska rodzina. Tata, mama i jedno z piątki dzieci. Wracają do domu. Zabiorą mnie z powrotem do Jerantut. To ta miejscówka gdzie ostatnio brałem hostel. Ekstra. Po drodze zapraszają na lunch. No nie odmówię. Bufet. Pytam co ciekawego mi polecają. Skusiłem się wyjątkowo na jakieś owoce morze. I te weszły nawet spoko. Może powinienem częściej próbować morskiego jedzenia?
Dodatkowo w prezencie dostaję paczkę suszonych bananów. Czasem jak ludzie zaczną pomagać to nie potrafią przestać:). Mój kierowca popadł we wsparciowy amok. Wyciął mi tabliczkę i napisał wielkie KL. Od Kuala Lumpur. Oni tu standardowo nazwy miast skracają. Np. Bangkok – Bkk. George Town – GT. Singapore – SG.
Mój kierowca starał się jak umiał ale ostatecznie napis i tak poprawiła jego żona. Ech, te kobiety. Co my byśmy bez nich biedni zrobili;). Moi dobrodzieje jeszcze proponują że może zostanę u nich w domu na noc. Cudni. Kuszące. Ale jeszcze cały dzień przede mną. Trzeba jechać dalej.
Przemili ludzie. Przemiła podwózka. Dzięki:)
Wysiadam na przystanku. Trochę się ogarniam. Chce tu stopować. Ale co chwila zatrzymują się autobusy z których praktycznie wylewają się młode chłopaki. Wszyscy jednakowo ubrani. I wszyscy wręcz zafascynowani moja osobą. Podchodzą po kolei, podają rękę i mówią jak mają na imię. I tak ze 3 autobusy xD. Ok. Tu chyba nie postopuję. Idę dalej.
Od niechcenia macham tabliczką w trakcie marszu. I cyk. Po kilku chwilach zatrzymuje się auto. Chińczyk. Mówi, że zawsze zabiera jak może. Chętnie pomaga. Gaduła. Przyjemnie się rozmawia. Mój dobrodziej jest w pracy. Zajmuje się dbaniem o stan techniczny floty pojazdów. Jego własny biznes. Pokonuje tę trasę codziennie od nastu lat. Nieźle. Ale najbardziej frapuje mnie fakt, że facet ma 36 lat… I 16 letniego syna. Kurka. Dziś u nas ludzie w tym wieku dopiero zaczynają męczarnie z pierwszym. A ten ziomek ma już dzieciaka odchowanego. No wygryw.
Mój kierowca Przy okazji postoju na stacji benzynowej zaopatruje mnie w suchy prowiant i przekąski. Ech Ci ludzie tutaj. Za dobrzy są dla mnie, za dobrzy 🙂
Wysiadam przy bramkach autostradowych. Łapanie w takim miejscu nie należy do najprostszych. Ale tabliczka robi cuda. W ogóle tabliczka to jest coś czego ja chyba podczas tego wyjazdu używam po raz pierwszy. Czasem używanie jej nie ma sensu, a czasem… No cóż. Jak widać, dziś działa cuda. Po niedługiej chwili zatrzymuje się auto. Ziomek jedzie do stolicy. Zabierze mnie. Cudnie:).

Dziękuję Majorze!

Mój, kolejny już dzisiaj, dobrodziej to emerytowany major armii malezyjskiej. Służył w wojskach artyleryjskich. Tzn. duże zabawki dla dużych chłopców robicie duże BUM:).
Trochę mi opowiada o sytuacji polityczno-strategicznej swojej ojczyzny. Gospodarczo mocno są związani z Chinami. Ale mówi że militarnie bardziej współpracują z NATO. Żadne konflikty ich aktualnie nie dotykają. Trochę się męczyli swego czasu z piratami. Nie jestem do końca pewien ale z tego co pamiętam z raportów w mojej byłej firmie, piractwo wciąż ma się nie najgorzej w okolicach Filipin. Nie mówimy tu o hakerach (na tym się nie znam) tylko o takich piratach z opaską na oku, drewnianą nogą i papugą. Takich co rabują statki i porty;)
A mój kierowca na emeryturze ewidentnie się trochę nudzi. Lubił swoją pracę i był z niej dumny. Ale specjalnie przeszedł na emeryturę wcześniej, żeby więcej czasu poświęcić rodzinie. I w efekcie został „housewife”. Czego się nie robi dla żony i dzieciaków:).
Do KL nie daleko. Ale ani mi ani mojemu nowemu przyjacielowi się nie spieszy. Major proponuje, że może zjedziemy z autostrady i pojedziemy nieco mniej uczęszczaną, starszą, ciekawszą trasą? Selawi! Pewnie! 
Na trasie czeka nas niemało atrakcji. Na początek odwiedzamy gorące źródła. Tak, serio. Gorąca źródła. I tak, na dworze jest pod 30 stopni. I nie, gorące źródła to nie jest coś co spodziewałem się doświadczyć w Malezji. Ale skoro już tu są:). Dwa zbiorniki. Gorący i bardziej gorący. Ten pierwszy znoszę w miarę spokojnie. Drugi. Cholipka. Fanom gorących kąpieli, polecam. Tylko dno takie zamuliste xD.
Trochę popływałem. Mój towarzysz się nie skusił. Zasłania się, że nie ma bielizny na zmianę. Jedziemy dalej. Po drodze jakiś wodospad. Może nic szałowego ale zawsze miło się na chwilę zatrzymać :). Mijamy też sporo upraw duriana. Ten owoc wydaje się być faktycznie mocnym elementem tożsamości Malezji. Major mówi, że jest tego mnóstwo różnych rodzajów. W każdym kraju smakują trochę inaczej. Ale te w Malezji są najlepsze! A cena? Cena potrafi dochodzić nawet do 150zł/kg!!! Król owoców!
Mój dobrodziej proponuje mi jeszcze jedną miejscówkę. Genting Highlands. Mówi że koniecznie trzeba odwiedzić. Nie kojarzę. Nie było tego w moim planie. Nie chciałbym wykorzystywać za bardzo dobroci mojego kierowcy. Ale ten mówi, że dawno nie był, chciałby odwiedzić ale żona z nim nie chce przyjechać. No dobra. To jedziemy:)
Ogólnie to czuję się trochę jakbym miał 10 lat i wujek zabrał mnie na taki dzień pełen wrażeń. Major wydaje się być przy tym zachwycony, że może mi to wszystko pokazać i o tym wszystkim opowiedzieć. Bawi się co najmniej tak dobrze jak ja. Naprawdę wydaje się, że go to cieszy. A w dodatku zabiera mnie w miejsce, o którym nie miałem pojęcia, a które faktycznie wydaje się, że należy koniecznie odwiedzić przy okazji pobytu w Malezji. Genting Highlands to kompleks wieżowców, jedno wielkie centrum handlowe, hotele i jedyne legalne kasyno w kraju umieszczone na szczycie gór, niemal 1800 metrów nad poziom morza. I zupełnie szczerze, ja osobiście nigdy wcześniej w tego typu miejscu nie byłem. I to robi niesamowite wrażenie. Cały szczyt znajduje się w chmurach, chwilami pojawiają się prześwity osłaniając piękne widoki na spory kawałek kraju. Wieżowce na szczycie góry robią niesamowite wrażenie, a samo centrum handlowe jest przeogromne. Można tu przyjechać normalnie na wakacje. Jest opcja wjechać kolejką ale my dotarmosiliśmy się autem. Tyle, że na szczycie naprawdę ciężko zaparkować. Ale warto! Przyznam szczerze, że ciężko było to sensownie sfotografować więc zachęcam żeby wpisać sobie Genting Highlands w google:)
Na miejscu trochę się poprzechadzaliśmy i strzeliliśmy kawusię. Dodatkowo mój kierowca zrobił sobie przerwę na modlitwę. Muzułmanin. Praktykujący. Modlitwa 5 razy dziennie. Ale jak jest w podróży to wolno mu połączyć i zrobić 3 razy dziennie. Pokoje modlitwy są dosyć powszechne w Malezji i tu na szczycie też ich nie brakuje.
Sam kompleks handlowy to cudowne, bardzo różnorodne, kolorowe miejsce. Restauracje na każde podniebienie, ze wszystkich stron świata. Centra zabaw dla dzieci. Sklepy. Bary. Jedyne legalne kasyno w kraju. Nic tylko się bawić!
Teraz już jedziemy do Kuala Lumpur. Mój dobrodziej miał początkowo tam jakiś interes do załatwienia. Miał sprawdzić jak idzie remont w domu jego małżonki. Ale już zbliża się wieczór. Za późno. Trochę mi głupio z tego powodu. Ale jemu nic a nic:).
Do KL jakaś godzinka drogi. Major zaprasza na kolację do jego ulubionej restauracji.
To jest trochę tak, że samemu za granicą to nigdy do końca nie wiadomo co i jak zamówić. Czasem ciężko się dogadać z kelnerami. Niektóre rzeczy zamawia się oddzielnie. No skomplikowane to bywa. Jak się ma kogoś kto wie co i jak to zawsze to jakoś fajniej wychodzi. Kolacja była przepyszna:).
Mój dobrodziej stara się zadbać o mnie jak umie najlepiej. Pyta czy czegoś mi nie potrzeba. Zakupy jakieś albo coś? W sumie. Trzeba w końcu buty wymienić. Od George Town nie było nawet okazji żeby to zrobić. Plus nie chciałem wymieniać przed wizytą w dżungli. To jedziemy do Decathlonu. Wybór nie jakiś duży. Wszędzie chińczyki. Ale coś się znajduje. Zobaczymy jak się sprawdzi. Do tego kilka par skarpet i ręcznik. Jeszcze raz tu z serca dziękuję za wsparcie bloga. Zygmuntowi, Adze, Łysemu, Kaśce i wszystkim innym wspierającym:).
„Niedaleko jest taka świetna burgerownia. Chciałbyś spróbować?” Major pyta. No ja to już jestem dosyć pełny… „Ok, to chodźmy, zobaczysz, że będzie Ci smakować” xD.
Ale niestety hamburgery się już skończyły. No to mój dobrodziej zaprasza na najlepszego kebaba w mieście xD. No to jedziemy.
Już noc. Po 23. Ciemno. Ale stolica wydaje się, że dopiero budzi się do życia. Na ulicach pełno ludzi. Wszędzie korki. A do najlepszego kebaba w mieście przeogromna kolejka. No trudno. Chyba sobie podarujemy. Zamiast tego przejdziemy się pod najbardziej charakterystyczny element Kuala Lumpur. Twin Towers. Na miejscu wspólna fota i… Chyba będziemy się żegnać. Mój dobrodziej proponuje mi nocleg. Ma dom za miastem. Jeszcze godzina drogi stąd. Ale ja już chyba tu zostanę. Już wolę znowu jutro nie kombinować z powrotem do stolicy. Już tu jestem. I już tu jest fajnie.
Mój major to fantastyczny facet. Uosabia idealnie to co jest cudownego w autostopie. Luz. Spontan. Taka otwartość na człowieka. Dzięki niemu odwiedziłem miejsca, o których nawet nie miałem pojęcia, że istnieją. Dowiedziałem się sporo o Malezji od kuchni. No cudny był to dzień po prostu. Dzięki Majorze!
A ja? Dzień się skończył. Ale noc dopiero się zaczyna. No to czas na Kuala Lumpur by night…

[modula id=”3243″]

Poprzedni artykułDzień 164 - Naj/starsza/dziksza/niebezpieczniejsza dżungla świata!Następny artykuł Dni 168-170 - Szał!

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

O Blogu

Jestem Michał, dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

Ostatnie wpisy

Pierwszy Vlog! Dzień 3582025-09-16
Dni 351 – 360 – Wrestling, moja przyszłość!2025-09-12
Dni 348 – 350 – Wśród kosmitów2025-09-08

Telefonik: +48 69dwa 4ysta98 sto20

Fundacja: Józefa Strusia 13a, Warszawa

Rife Free WordPress Theme ❤ Made by Apollo13Themes.com

Jestem Michał,

dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

RAAM
Gibraltar
Malta