Michael Travel
  • Home
  • Płaska Ziemia
  • Albumy
  • Info & Kontakt
2025-03-08 przez MikolajTD

Dzień 164 – Naj/starsza/dziksza/niebezpieczniejsza dżungla świata!

Dzień 164 – Naj/starsza/dziksza/niebezpieczniejsza dżungla świata!
2025-03-08 przez MikolajTD

Następnego dnia rano po całym miasteczku biegają dzieciaki w burkach. W sensie chyba same dziewczynki. Ale w sumie to nie jestem pewien. Setki. I dosłownie biegają. I dokąd one się tak spieszą? Śniadanie i w drogę.
Żeby dostać się do tej właściwej dżungli należy najpierw przeprawić się przez rzekę. Co jest banalnie proste i dodaje trochę klimatu całej wyprawie. Wystarczy zapłacić 90 groszy dowolnemu przewoźnikowi, wskoczyć na łódź i cyk. Już jesteśmy po drugiej stronie. Cała operacja trwa jakąś minutę. A ci sternicy (jak się nazywa kierowca łodzi rzecznej?) to prawdziwi artyści w swoim fachu. Dokładni co do centymetra. Aż miło popatrzeć.
Na drugim brzegu sporo hoteli. Takich fajnych, mieszkalnych domków. Kilka restauracji. Jakiś sklep. I wszędzie tabliczki prowadzące we właściwym kierunku lub ostrzegające przed złośliwymi małpkami. Idę zaopatrzyć się w jakiś prowiant. Nie wiem ile mi zajmie wizyta w lesie więc warto wziąć coś na drogę. Jakość żarcia ma drugorzędne znaczenie teraz. Ważne żeby kalorie się zgadzały. Tak na wszelki.

Kolorowych owadów tu nie brakuje. Do tego pajęczaki, jaszczurki, a nawet jakieś zmutowane kurczaki. Wszystko tu jest takie „bardziej”. Większe, bardziej kolorowe. Dżungla to takie miejsce gdzie bioróżnorodność wchodzi na zupełnie nowy poziom.

Przed wejściem do parku należy zapłacić za bilet. Koszt, niecała złotówka. No chyba że chcemy robić zdjęcia. Wtedy nieco ponad 5 zł. A niech stracę. Też sobie popatrzycie:).
„Wejść” do dżungli jest kilka. Kieruję się na to „najgłówniejsze”. W pierwszej „warstwie” lasu wybudowany jest podest. Całkiem solidny. W sumie będzie tego pewnie parę ładnych kilometrów. Może nawet paręnaście. To znacząco zwiększa komfort wycieczki. A przy okazji nie daje zapomnieć, że jesteśmy „tylko” turystami. Po drodze jakiś checkpoint. Panowie sprawdzają czy mam bilet i wskazują właściwy kierunek.  Akurat nikogo w okolicy nie ma. No to idę sam. I jest magicznie:)
No, może odrobinę koloryzuję. Ja już w tego typu parku byłem. I to też w sumie nie różni się aż tak bardzo jak dżungla w górach, którą odwiedziliśmy kilka dni temu. Choć ten las jest nieporównywalnie większy. Jeśli wierzyć internetowi to jeden z najstarszych tego typu lasów deszczowych na świecie. Zdaniem niektórych, najstarszy. Może. Ponoć jak się wejdzie głębiej to spotkać można słonie, tygrysy, tapiry i wiele innych egzotycznych dla nas zwierzątek. Być może to jeden z powodów, dla których nie wolno się zapuszczać zbyt głęboko w las samotnie. Zwierzątek jakoś bardzo się nie obawiam ale mandaty tu zaczynają się od 5000zł, a kończą… Jeśli wierzyć tabliczkom to na milionie… Mniej lub bardziej celowo zdarzyło mi się nie jedną tabliczkę już w życiu zlać, ale może tym razem się zastosuję. Trochę szkoda. Podejrzewam, że można by sobie tutaj zrobić naprawdę fajną wycieczkę. Jest jakaś oferta dwudniowego trekkingu z noclegiem w jaskini. No ale zorganizowana, grupowa wycieczka z przewodnikiem… Co ja jestem? Turysta?
A poważnie, wygląda to fajnie. Są trasy nawet na kilkadziesiąt kilometrów. Ale raz, koszty. Dwa, zupełnie nie mam na to ochoty w tym momencie.
Samotna eksploracja jest przyjemna. Co jakiś czas mijam większe i mniejsze grupki. Idę w stronę wiszącego mostu. Ponoć jeden z większych tego typu na świecie. Niestety, zamknięty. Szkoda. Fajnie by było połazić tak sobie w koronach drzew. Ale i tak jest przyjemnie.


Dochodzę do miejsca, w którym tabliczka wyraźnie zaznacza, że dalej wstępu bez przewodnika nie ma. A może by tak… Jednak. Nikt nie zauważy. Tylko troszkę. Tylko na chwilę. Robię parę kroków poza wyznaczoną strefę.  Od razu przed nosem przelatuje mi coś co wygląda na szerszenia na sterydach z czerwonym malowaniem. Ok. Może innym razem.
Niestety, nie miałem szczęścia zobaczyć jakiegoś dużego ssaka, ale kolorowych owadów tu nie brakuje. Do tego pajęczaki, jaszczurki, a nawet jakieś zmutowane kurczaki. Wszystko tu jest takie „bardziej”. Większe, bardziej kolorowe. Dżungla to takie miejsce gdzie bioróżnorodność wchodzi na zupełnie nowy poziom. I to jest w niej fajne. Na to się fajnie patrzy. To się podziwia.
Uroku wszystkiemu dodaje rzeka, a także bardzo przyjemne punkty widokowe na szczycie lokalnego pagórka.
Znajdą się jakieś liany do pohuśtania. Ja podziękuję. Ostatnio jak spróbowałem to od razu pękła i spadła mi na łeb. Tarzan kłamie. O czwartej części Indiany Jonsa nie wspominam xDDD.
Odkrywam jakąś ambonkę z widokiem na pole w środku lasu. Nieźle. Pewnie nocą można tu to i owo zaobserwować. Trochę tu posiedzę. Odsapnę.
W dżungli jest dużo głośniej niż można by pomyśleć. Nie ma siedzenia w ciszy. Bez przerwy coś się drze pod uchem. Ptaków jest tu od groma. Niemal tyle co wszelkiego rodzaju robactwa, które to robactwo jest przeogromne. Chyba w życiu nie widziałem tak wielkich mrówek.
I tak cały dzień zleciał na butowaniu po deszczowym lesie. Miło, bo pogoda siadła, przynajmniej do wieczora.
No, wymęczyło mnie. Obtarłem wszytko co było do obtarcia. Spociłem się jak nie pamiętam kiedy. Choć cholera wie czy to pot czy woda się skrapla na skórze po prostu. Jest parno. Wilgotno. Wodę z koszulki czy spodenek można wyżymać nie ściskając nawet za mocno. Czas wracać. Przeprawiam się przez rzekę i od razu kieruję pod prysznic. I tu duuuży zawód. Prysznic zamknięty. Nie ma wody we wsi. Kuuurde. Akurat dzisiaj?
Udaje się chociaż zjeść kolację na jednej z tych rzecznych restauracyjek. Nawet dwie kolacje. Dobre. Ceny standardowe, nie zawyżone. Około 10zł za obiad z napojem.  Miło. Tylko chmury się jakoś tak zbierają…
Zdążyłem dotrzeć na dworzec przed deszczem. Deszczem… Ulewą. Totalną. Pfff. Nie tak sobie wyobrażałem dzisiejszy wieczór. Zmęczony jestem jak cholera. Brudny śmierdzący. Dobrze, że się chociaż najadłem…

Opowiedział im taką przypowieść:
Pewien podróżnik wybrał się na wędrówkę do dżungli. Dzień był gorący, a wilgotność wysoka, był to bowiem klimat równikowy. Gdy wędrowiec przebutował już wiele kilometrów po chwiejnej kładce, wśród kolorowych roślin i niebezpiecznych zwierząt, poczuł zmęczenie. Uda jego się obtarły, kark zalał się potem, a stopy zdrętwiały. Pomyślał sobie wtedy: „Udam się do pobliskiej wioski. Są tam zimne napoje i prysznice po 90 groszy.”. Tak też zrobił. Gdy jednak dotarł na miejsce bardzo się zmartwił. Okazało się bowiem, że w całej okolicy nie ma wody, a toalety zostały zamknięte. Śmierdzący wędrowiec nie wiedział co począć. Myślał sobie: „Jak to się godzi? Iść spać nie wziąwszy wcześniej prysznica.” Był to bowiem zadbany chłopak.
Gdy tak rozmyślał, mijały długie minuty, zebrały się burzowe chmury i lunął wielki deszcz. Wędrowiec uciekł prędko pod zadaszenie na pobliskim dworcu autobusowym. Znał bowiem to miejsce, bo był już tam wcześniej. Usiadł i zakrzyknął:
„Kur*wa, czemu akurat dzisiaj? Akurat dzisiaj bardzo chciałem wziąć prysznic”…
Ten idiota potrzebował 10 minut żeby się zorientować, że pomimo iż jego modlitwa nie była zbyt wyszukana, trochę wulgarna i nie bezpośrednia, to jednak, została wysłuchana.

[modula id=”3156″]

Poprzedni artykułDzień 163 - Coraz bardziej dzikoNastępny artykuł Dzień 165 - Dziękuję Majorze!

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

O Blogu

Jestem Michał, dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

Ostatnie wpisy

Pierwszy Vlog! Dzień 3582025-09-16
Dni 351 – 360 – Wrestling, moja przyszłość!2025-09-12
Dni 348 – 350 – Wśród kosmitów2025-09-08

Telefonik: +48 69dwa 4ysta98 sto20

Fundacja: Józefa Strusia 13a, Warszawa

Rife Free WordPress Theme ❤ Made by Apollo13Themes.com

Jestem Michał,

dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

RAAM
Gibraltar
Malta