Spałem jak dziecko. Kalaya ostrzegała mnie wczoraj, że chrapie. W sensie, że ona chrapie. Jeśli chrapała to nie zauważyłem. A z resztą… W życiu przyszło mi już się przyzwyczaić do spania przy samym silniku olbrzymiego kontenerowca. Choć to i tak nic przy chrapaniu Ojca Paca, które wiele razy towarzyszyło mi nocą przy niezliczonych skautowych wędrówkach. Pozdrawiam Ojca;).
Trzeba znaleźć dobrą miejscówkę do spania. To nie taka prosta sprawa. Panna ma swoje wymagania. Ma być względnie cicho i ciemno. A to nie taka prosta sprawa biorąc pod uwagę, że na Patong Beach w standardzie ludzie grają w siatkówkę o 2 w nocy w tygodniu.
Pokój jest zupełnie zacieniony. Chyba jeszcze mamy trochę czasu. To idę spać dalej. Po chwili moja towarzyszka mnie wyprowadza z błędu. Jest po 11. Pokój mamy do 12. Ech. To trzeba wstać.
Zdajemy klucze z 5 minutowym zapasem i… I co teraz? Kojarzycie ten dziwny moment, w którym wieczorem kogoś poznaliście, mieliście ekstra noc, a rano jest jakoś tak dziwnie? Jakoś obco. Jakoś tak nie wiadomo co zrobić. Ja też nie kojarzę. Oczywistym jest, że trzeba coś zjeść. Ale najpierw kawusia.
Udaje mi się namówić Tajkę żebyśmy poszli z buta. To tylko kawałek. To znaczy to byłby tylko kawałek gdybym z pełnym przekonaniem nie poprowadził nas w złym kierunku. Ups. Ale w końcu dotarliśmy z powrotem na Bangla Street. Jakoś o tej godzinie jest tu zupełnie, zupełnie inny klimat. Idziemy dalej. Coś znajdujemy. Siadamy i jemy.
Jest przyjemnie. Nawet bardzo. Dobre jedzenie. Jakiś wyciskany sok do popicia. Kalaya mówi, że nawet nie ma kaca i czuje się dobrze. Spieszyć się nie trzeba. Do pracy idzie dopiero na wieczór. Jest miło.
Mijamy jakąś sale do Muay Thai. Moja towarzyszka mówi, że bardzo by chciała spróbować ale realnie ją nie stać na regularne treningi. Sprawdzam ceny. To jest pewna ciekawostka. Ogólnie w Tajlandii wszytko jest tańsze. Dosłownie wszystko. Poza trenowaniem Muay Thai. To jest dużo droższe niż chociażby w Warszawie. I to się zupełnie nie klei. W takim razie kogo na to stać?
Idziemy, a jakże, na plażę. Ale to nie taka prosta sprawa. O tej godzinie są tu już tłumy. I do tego słońce ładuje z nieba palącym żarem. Przejdziemy się chodnikiem. Zatrzymamy przy huśtawce. Trochę pożartujemy z wczoraj. Porobimy te wszystkie romantyczne głupoty, które faceci godzą się robić żeby ich kobiety były szczęśliwe;). No dobra. Przesadzam. W pewnym momencie orientuje się, Kalaya zasnęła… Na chodniku. Uuu. Zmęczone dziewczę. Jak się obudzi to trzeba będzie poszukać jakiejś lepszej miejscówki. Tak też robimy. Po dłuższych poszukiwaniach udaje się ogarnąć mate/kocyk i kawałek piasku. Zrobiło się trochę chłodniej. Fajnie.
Plażujemy. I tak sobie leniwie mija minuta za minutą. Godzina za godziną. Jest nam tak jakoś dobrze. Rozmawia się lekko. Milczy też lekko. I drzemie tak samo. Fajnie tak poudawać, że się jest starym dobrym małżeństwem.
Zbliża się wieczór. Pytam pannę czy nie powinna iść do pracy. Mówi, że nie. Że dzisiaj nie idzie. Oj. „Bierzesz wolne?”. „Nie. Po prostu nie idę”. Ojojoj. Kalaya mówi, że nie idzie dziś do roboty, bo jej się nie chce i woli zostać ze mną. No bardzo mi miło ale jednakowoż wolałbym nie stać się przyczyną jakichś problemów w pracy. Później dzwoni szef Kalayi. Drze się i rozpacza, że nie przyszła do roboty. Ona natomiast wydaje się być tym faktem nie wzruszona. „Jak mnie zwolni to trudno”. „I tak nie lubię tej pracy. Jest strasznie nudna”. Ale nie zwolni, bo nie ma nikogo na jej miejsce. Cóż… Może tak trzeba żyć?
„Przestań się martwić i idź popływać”. Łatwo powiedzieć. Lubimy się i szanujemy. Ale jest jakoś oczywiste, że nic wielkiego z tego nie będzie. Głupio by mi było jak Kalaya z mojego powodu poniesie poważne konsekwencje. Ale może „myślę za dużo”? Posłusznie idę do morza. Sam, bo moja towarzyszka (poza tym, że nie ma kostiumu) ma tzw. kobiece dni.
I to jest niesamowita ciekawostka. Jako facet dorastający w domu z czwórką kobiet/dziewcząt/dziewczynek zostało mi wpojone, że jak kobieta ma „swoje dni” to cierpi. Tak jest i koniec. I z tego powodu należy jej się specjalne traktowanie. A przynajmniej pewne ulgi. Więcej jej wolno. I należy więcej wybaczać, być wyrozumiałym itp. Tymczasem Kalaya ma okres i jedynym tego objawem jest fakt, że nie pójdzie pływać w morzu. Tyle. Żadnych humorów. Żadnego wahania nastroju. Żadnego bólu. No kobieta idealna. Co do zasady jestem świadom, że tak to powinno wyglądać normalnie. Że okres nie powinien się łączyć z żadnymi dodatkowymi trudnościami. Jeśli takowe występują to świadczy to o jakimś dodatkowym problemie w organizmie. I co ciekawe, mnóstwo z nich można rozwiązać choćby podstawową dietą… Tzn. nie jedząc syfiastego żarcia.
I tak nam zszedł cały dzień. Wzięliśmy jeszcze jakiegoś mango shaka. Podrzemaliśmy na piasku. Tajka postanowiła, że zostaje ze mną na noc. Odważnie. Bo ja śpię na plaży. Rano pewnie pożałuje. Ale jak chce zaznać mojego lifestylu…
Trzeba znaleźć dobrą miejscówkę do spania. To nie taka prosta sprawa. Panna ma swoje wymagania. Ma być względnie cicho i ciemno. A to nie taka prosta sprawa biorąc pod uwagę, że na Patong Beach w standardzie ludzie grają w siatkówkę o 2 w nocy w tygodniu. Ale po dłuższych poszukiwaniach coś znajdujemy. Dla mnie to już czas na spanie. Ale Kalaya w standardzie kończy o tej godzinie pracę. Dla niej to idealny czas na przekąskę. No to idzie po szamę do 7-eleven. I urządzamy sobie romantyczny piknik na plaży o 3 nad ranem. I potem już spać.
[modula id=”2055″]
