O tak. Przyjemna nocka. Główną funkcją owego kocyka jest fakt, że piasek nie wala się wszędzie. I to bardzo uprzyjemnia poranek. Po wstępnym ogarnianiu, kąpieli w morzu (te zawsze zajmują więcej czasu niż zakładam) idę w miasto. Ale głównie po to żeby wyłapać McDonalda, kupić loda i podładować energię. Trochę zbijam bąki. Coś sprawdzam, coś planuje. Bierze mnie trochę konkretniejszy głód. To zmieniam lokum na KFC. Jest akurat nieopodal. No to szybki transfer. Jakieś jedzonko. Jest przyjemnie.
Bierzemy Tuk Tuk. To taka otwarta imprezowa taksówka, w której leci głośna muzyka. To jedziemy.
Na miejscu okazuje się że to taki hotel z pokojami na godziny… Na godziny? Może nie zastanawiajmy się zbyt długo komu one i do czego służą. Albo poudawajmy, że nie wiemy.
W lokalu sporo ludzi. W ogóle wspominałem już, że w tajskim/amerykańskim fast foodzie (McD, KFC, Burger King itp.) w standardzie serwowane jest żarcie z ryżem. Taka, dla nas, ciekawostka. I ludzie to jedzą. No w każdym razie sporo osób w środku. Zwracam uwagę na jedną babeczkę (na oko pod czterdziestkę), która trochę dziwnie się zachowuje. Kręci się, zmienia pozycję, trochę głupawo uśmiecha. Do mnie. Ostatecznie siada obok i bierze się za swój ryż. Może to moja wyobraźnia? Skupiam uwagę na drugiej stronie stołu… Przy której po chwili pojawiają się dwie inne Tajki. Te jakoś bardziej w moim wieku. Drobniejsza, blondynka od razu łapie mój wzrok i się uśmiecha. Spokojnie. Tutaj każdy do każdego się uśmiecha. To jeszcze nic wielkiego.
Ok. Ale tu się coś dzieje. Wspomniana blondynka zauważa, że nie mam nic do jedzenia. To proponuje, że się podzieli swoim. Tłumacze grzecznie, że bardzo mi miło ale już zjadłem. Ok ok. Ale raz na jakiś czas dziewczyna próbuje znowu. Aż tak marnie wyglądam?
Z pierwszej strony stołu babeczka też nie odpuszcza. Uśmiecha się. Pyta skąd jestem. Mówi że ona z Bangkoku… Jejku. Co tu się dzieje? Czuję się trochę jak kawałek mięsa rzucony między lwice. Prawie jak w czasach szkolnych…
Grzecznie żegnam się z jedną i drugą panną i wychodzę. Mam kawałek do przejścia. Dziś niedziela więc spróbuję trafić do kościoła. Udaje się. Jest Msza po południu. Jak to w Tajlandii, w kościele zawsze znajdzie się jakaś dyżurująca, świecka osoba, która pilnuje żeby każdy miał gdzie usiąść. I tak oto ja ładuję siedząc z tyłu obok organisty. Ha. Dobre miejsce. Za plecami ściana. Wszystkich widać. Pełna kontrola. Gorzej mają Ci co się spóźnią. Dyżurująca para dbająca o porządek poruszy pół kościoła żeby tylko spóźnialscy usiedli. Koszmar dla tzw. introwertyków xD.
Po mszy odwiedzam Bang Tao. Miejscowość kawałek dalej. Idę na plażę. Zrobiło się już ciemno. Zbliża się wieczór. Siadam w okolicznym barze. Napawam się chwilą. Jest tak miło, tak dobrze, tak przyjemnie, tak spokojnie…
I wtedy zobaczyłem Ją.
To było jak grom z jasnego nieba. Jakby w jednej chwili całe życie wywróciło mi się do góry nogami. Jakby nic co się do tej pory wydarzyło nie miało znaczenia. Jakbym doznał nowego, wyższego poziomu wtajemniczenia, jakbym był teraz gotów rzucić absolutnie wszystko żeby tylko ją poznać…
Ok. Wybaczcie oczywiste wyolbrzymienie. Trzeba czasem „trochę” podkoloryzować dla utrzymania uwagi nie?;)
Obok mnie usiadła Tajka. Na oko z mojego pokolenia. Siedzi i się uśmiecha. Tyle. Ale… Dziewczyna ma taki ładny uśmiech, ale taki ładny uśmiech… To spokojnie jeden z 5 najładniejszych uśmiechów jaki widziałem w życiu. Może jeden z 3… Cholera to być może najładniejszy uśmiech jaki widziałem w życiu.
No i się zaczęło. Poszło szybko, gładko i łatwo. Zamawiamy coś do picia. Wszak to jednak bar. Więc ja zamówiłem sok… Z limonki. A co. A moja urocza towarzyszka? Piwo. Chang. A co. Siadamy do stolika. Patrzę na nasze zamówienia. Ja piję sok z limonki. Ona piwo… Mam nadzieję, że nie zajdę po tej randce w ciążę… A poważnie, mówcie co chcecie. Spływa po mnie.
Przegadaliśmy, ja wiem, ze dwie godziny co najmniej. Wyszło tak samo. Dziewczyna ma imię Kalaya. Mieszka tu od dwóch lat. Jest barmanką. Pracuje kawałek stąd. Dziś ma dzień wolny.
Po milutkim zapoznaniu w barze Kalaya obwieszcza, że ma ochotę wybrać się na… Patong Beach. Gorzej na Bangla Street. No nieeee… A było tak fajnie. A Ty chcesz teraz do takiego strasznego, zatłoczonego miejsca…
Zrozumiałem, że mam nie narzekać. Jedziemy. Moglibyśmy pojechać skuterem mojej towarzyszki ale mówi, że nie jeździ na Patong, bo tam policja łapie lokalsów i wymusza łapówki. Ciekawostka. To takie małe rzeczy o których jako turysta się nie myśli. To bierzemy taksówkę. Te złapać nie jest tak łatwo, bo w okolicy jest jakiś super sławny koncert EDC. Kurna… Ja gdzie się nie podzieje to akurat w okolicy znajdzie się jakiś super wielki koncert xD.
Udaje się coś złapać. Jedziemy. W Patong najpierw idziemy coś zjeść. Jest już dosyć późno. Po północy. Ale to akurat żaden problem. Miasto nie śpi. Dobra restauracja zawsze się tu znajdzie. I się znajduje. Kalaya owoce morza i kolejne piwko (już trzecie chyba). Ja pozostanę przy wołowinie i wodzie.
Kolejny etap? Moja towarzyszka ma ochotę na balety. O nieeee… No dobra. Ale proponuje żeby wcześniej wziąć pokój żeby zostawić graty. Pokój? Może być ciężko po 1 w nocy?. I tutaj objawia się tajskie podejście do rozwiązywania problemów. Ja nie znajduje niczego wolnego w pobliżu, a Kalaya nie znajduje niczego w internecie, to postanawia pytać ludzi po drodze. Podbija do typa co wynajmuje leżaki i mówi o co chodzi. Ten jak się zaangażował. Biega po całej okolicy i szuka. I mówi żebyśmy tylko usiedli i on już coś załatwi. To czekamy. W międzyczasie moja urocza Tajka ucina sobie pogawędkę z partnerką typa co nam ogarnia nocleg. Z boku wygląda to, że gadają jak dwie stare przyjaciółki. Rzecz jasna, nie znają się. Tajowie. Albo Tajki?
Typek wraca. Nic nie znalazł w pobliżu ale mówi gdzie się mamy udać, bo tam na pewno coś będzie. To co? To idziemy nie? Nie. Bo to będzie chyba z 1km do przejścia. Za dużo jak dla drobnej Tajki w pantoflach po trzech piwach. Bierzemy Tuk Tuk. To taka otwarta imprezowa taksówka, w której leci głośna muzyka. To jedziemy.
Na miejscu okazuje się że to taki hotel z pokojami na godziny… Na godziny? Może nie zastanawiajmy się zbyt długo komu one i do czego służą. Albo poudawajmy, że nie wiemy.
Bierzemy 6 godzin. Zostawiamy graty i… No ja to już ledwo stoję na nogach. Oczy mi się kleją. „Tylko na godzinkę” przekonuje mnie Kalaya. No, a co tam. Powiedziałem sobie przed wyjazdem, że będę miał w sobie trochę otwartości podczas podróży na rzeczy, których zwyczajowo nie robię. W tym przypadku, wyjście do klubu. Idziemy.
Idąc przez Bangla Street zauważam ciekawą prawidłowość. Chłopaki mówili, że jak znaleźli dziewczyny to nagle mnóstwo pań się nimi zaczęło interesować. Ostatnio jak szedłem tą ulicą sam to co druga mnie zaczepiała. A jak idę z panną… Nagle nikogo nie obchodzę. Co jest? xD
Docieramy do klubu. Illuzion Phuket. Rzekomo top 10 klubów ma świecie(!). Huh. Ciekawe. Normalnie wejście tu kosztuje jakiś gruby hajs. Ale my z jakiegoś nieznanego mi powodu wchodzimy za darmo. Kalaya od razu zamawia drinka. Ja to już spasuje. Kalaya nie rozumie. Przynosi mi cole xD.
Klub. Zastanawiam się… Czy ja kiedykolwiek wogóle byłem kiedyś w takim miejscu? To znaczy na mniejszych czy większych zabawach tanecznych to tak. Ale takim prawdziwym rasowym klubie? Jakoś nie mogę nic znaleźć w głowie…
Głośno. Dziwna muzyka. Jakoś inaczej sobie to wyobrażałem. Ludzie bardziej się bujają niż tańczą. Serio. Tak ogólnie to większość za wiele nie robi. Głównie stoi. Albo ewentualnie siedzi na kanapach. Bez sensu. I tak nie pogadasz. Za głośno. Jedyne co ma tu sens to pić i tańczyć. To do dzieła. Idziemy na parkiet.
Raz tylko jeden typo próbował odbić mi partnerkę. Z chęcią ustąpiłem mu pola umierając z ciekawości jak się zachowa Kalaya. Żeby nie było, byłem cały czas blisko, gotów interweniować w razie potrzeby. Ale nie było potrzeby. Ziomek pijany wydukał coś w stylu „jesteś piękna, mogę ci postawić drinka?”. Nie wiem na co liczył. Ale cóż. Przynajmniej próbował.
Klub. Dziwne miejsce. Dziwna muzyka. Mnóstwo ludzi. Tłoczno. Pijani faceci. Panny w negliżu. Wszyscy zabawiają się przy pomocy najprostszych możliwych metod. Rytmicznej muzyki i alkoholu. Mam poczucie, że to takie bardzo „pierwotne” realia. Dziwne miejsce. I sam się sobie dziwię, ale bawiłem się doskonale. I zostaliśmy dłużej niż planowaliśmy.
Pokój mamy nie daleko ale Kalaya ani myśli iść pieszo. Też już zmęczona. Ale jeszcze coś absolutnie koniecznie musi kupić w 7-eleven. Kobiety.
Wracamy do naszego lokum. Jest po 5. Wzięliśmy jeszcze kolejne 3 godziny. Szybki prysznic i zanim się zorientowałem to już słodko chrapałem w łóżku.
[modula id=”2046″]
