A rano okazało się, że w parku jest nawet łazienka z prysznicem. Cudownie. To będzie pełna kulturka z higieną i wogóle. „Wogóle”. Ja wiem, że technicznie rzecz ujmując, pisze się „w ogóle”. I kij. Ja piszę wogóle. I tak nauczyłem autokorektę. Bo jak piszę „wogóle” to mam na myśli „wogóle”, a nie „w ogóle”. Rozumiecie?
[A redaktor będzie to poprawiał skrupulatnie za każdym razem, dlatego to wogóle widzicie po raz pierwszy.]
No w każdym razie po porannej toalecie idę w miasto. Coś bym zjadł. Coś do jedzenia się znajduje. „Thai food”. Dobre. Ale mało. To po drodze wchodzę do kolejnej knajpy. No. Po dwóch śniadaniach to już jakoś się człowiek czuje. Jeszcze jakaś kawusia do tego. Mmm. Taka rozpusta w tej Tajlandii…
Mój kumpel Łukasz opowiadał mi kiedyś jak spotkał w autobusie smutną dziewczynę więc wręczył jej karteczkę z napisem „wszystko będzie dobrze”. I od razu się dziewczę rozpromieniło. To było dokładnie to czego potrzebowała. Może, jak widać, że smutna to należało po prostu pocieszyć, powiedzieć coś miłego, a nie zadawać głupie pytania…
Trzeba ruszać dalej. W tym miasteczku już nic ciekawego mnie raczej nie spotka. W planach dojechać do Patong Beach. Chyba takiej „najgłówniejszej” plaży na Phuket.
Udaje się zlokalizować autobus, który powinien mnie zabrać we właściwym kierunku. „Autobus” to trochę dużo powiedziane. To stare auto z przydługą paką, miejscem do siedzenia i wiatą. Za to kolorowe. „Czy to jedzie do Patong” pyta mnie randmowy typ już w busie. „Mam nadzieję” – odpowiadam. Na kolejnych przystankach wchodzą kolejni ludzie. Dopiero na trzecim wchodzi starsza babeczka przy kości i oświadcza wszystkim żeby wyciągali portfele. Czas płacić. Takie o rozwiązanie. Przejazd ma swój klimacik. Jest ciasno, gorąco, a busik ledwo, ledwo daje radę pod górkę. 10km jedziemy z 30 minut. No ale dojeżdżamy. I od razu czuć, że jesteśmy w miejscu z ogólnie innym klimatem. Jest tłoczno. Gorąco. Ludzie chodzą bardziej rozebrani niż ubrani. Zawsząd bombardują mnie oferty wszelkiej maści atrakcji wodnych. Dodatkowo na każdym kroku pracownicy restauracji naganiają by skosztować specjalność szefa kuchni. Trochę to odpychające. Męczy mnie takie aktywne zabieganie o mój portfel. Idę na plażę.
Ta jest przyjemna. Trochę tu spokojniej. Mamy późne popołudnie. Niedługo zachód słońca. Trochę sobie odpoczywam. Leżę do góry brzuchem. Nie myślę o niczym. Milo, przyjemnie.
Po zachodzie słońca ruszam w miasto. Patong Beach to jedna wielka imprezowania. Mamy tu wszystko. Bary zwykle. Bary z dziewczynami. Dyskoteki. Kluby ze striptizem. Restauracje. Uliczne żarcie. 7-eleven. Freelancerki. Ladyboye. Jakieś proste rozrywki. Główną ulicą jest Bangla Street. Serce życia nocnego na Phuket. O tym miejscu jeszcze opowiem, bo zasługuje na oddzielny wpis.
Mnie bierze zmęczenie. Nie za bardzo w głowie mi imprezowanie do rana. Idę na plażę. Spać. To okazuje się nie takie proste. Nikt mi nie broni ale jest tu po prostu multum ludzi. Już po północy. Ale nic to. Mniejsze i większe grupki wciąż dobrze się bawią na piasku. Gadają, jedzą, spacerują. Wydają się nie wiedzieć, że normalni ludzie o tej godzinie śpią w swoich łóżkach. Ale kim ja jestem żeby wyrzucać innym „nienormalność”…
W oczy rzuca mi się jedna osoba niepasująca do otoczenia. Jakaś dziewczyna, ja wiem, koło trzydziestki, siedzi samotnie i ma taką minę jakby właśnie odszedł jej ukochany piesek. Jak człowiek nie ma planów, za niczym specjalnie nie goni i jeszcze jest na drugim końcu świata to jakoś naturalniej przychodzi czasem obcych zagadać. Podchodzę. Przyklękam. „You ok?” – pytam. „Głupie pytanie” myślę. „Im ok” – odpowiada dziewczyna, oczy zachodzą jej łzami. Kłamie. „Im not ok” dodaje po chwili i teraz już jej drżą wargi. „I’m sorry” dodaje. Wstaje i odchodzi. „Melodramat” myślę. Na 100% melodramat. Odpuszczam.
Mój kumpel Łukasz opowiadał mi kiedyś jak spotkał w autobusie smutną dziewczynę więc wręczył jej karteczkę z napisem „wszystko będzie dobrze”. I od razu się dziewczę rozpromieniło. To było dokładnie to czego potrzebowała. Może, jak widać, że smutna to należało po prostu pocieszyć, powiedzieć coś miłego, a nie zadawać głupie pytania…
Przechodzę jeszcze kawałek w poszukiwaniu wygodnej miejscówki. Coś znajduje. Walę się na piasek. Po chwili podchodzi ziomek i proponuje kocyk. Czy taką bardziej matę. Obejdzie się – myślę. „For free” – ziomek dodaje. Aaa… To co tam. Bierę. Spokojniejszy kawałek plaży ale ludzi wokół wciąż sporo. Dobrze. Czuć, że miejsce publiczne to łatwiej będzie zasnąć. Jeszcze ten kocyk.
[modula id=”2034″]
