Rano jedziemy na śniadanie w stylu chińskim. Nie mam pojęcia co jem ale jest to dosyć smaczne.
Potem załatwiamy jakieś pierdoły i powoli przychodzi czas żeby się pożegnać. Don zapewnia mnie, że na Phi Phi Island będę miał załatwione mieszkanie. Bo jego rodzina posiada tam hotel. I mówi, że mi udostępni. Miło. Żegnamy się. Nie ukrywam, że Don mnie trochę wymęczył. Ale też bez wątpienia bardzo, bardzo mi pomógł. Dzięki Don:)
Po drodze na piasku mijam jakieś zrozpaczone dziewczę. Potrzebuje ognia do papierosa. Nie mam. Ale dziewczyna nie odpuszcza. Wydaje się być faktycznie zdesperowana. Od słowa do słowa okazuje się, że siedzi tu sama, bo chłopak uchlany już śpi. I sama smutna taka. Trochę się skarży że ten związek to nie za bardzo. Kurna… Kolejny melodramat xD
Zanim prom odpłynie mam jeszcze trochę czasu. To robię sobie dłuższy spacer po Krabi. Przyjemnie. Ale nic specjalnego. O umówionej godzinie wracam do mojego pokoju. Stamtąd zabiera mnie kolejny przyjaciel Dona. Podwozi na prom. Wygląda na to, że jednak płacę standardową, regularną cenę. No nic. Nie będę się skarżył. Wyspa jest niedaleko. Niespełna 40km. Prom płynie nieco ponad dwie godziny. Niespieszny. Przyjemnie tak sobie czasem znowu popływać. Chodź to nieporównywalne doświadczenie do statków. Na promie dosyć luźno. Jest spokojnie gdzie usiąść. Można też poczuć wiatr we włosach i znajome burczenie silnika. Myślałem, że może uda mi się coś popisać ale jednak nie. Jeszcze nie teraz.
Phi Phi Island. Jedna z ikon Tajlandii. Okazuje się, że nakręcili tu sporo całkiem głośnych filmów. The Beach czy któryś tam James Bond. Opłata za zejście z promu na ląd wynosi 20 batów xD. A pierwsze wrażenie jest dobre. Wyspa wygląda naprawdę fajnie. Nie jest przy tym zbyt duża. Za to turystyczna jak cholera. No cóż. Tego się można było spodziewać. Wszędzie ceny razy 3. Poza kiblem. Tu cena razy 10 xD. Don mówił, że jego hotel to Viking Resort. 1.5km. Idę.
Na miejscu nikt nic nie wie to dzwonię do Dona. Ten mówi, że zadzwoni do kogo trzeba i, że mam czekać. To czekam. Po dłuższej chwili przychodzi ziomek i mówi, że mam iść za nim. Okazuje się, że wszystkie pokoje zajęte więc typ wskazuje mi miejscówki gdzie mogę spokojnie rozbić namiot wieczorem. No ok. Nie jest to pokój ale wiedza, że nie będę tu nikomu przeszkadzał też jest cenna. Jest toaleta, prysznic, rajska plaża. Jest bomba.
Idę się trochę przespacerować po miasteczku. Jest przyjemne. Powoli się ściemnia. Chowam się w maku żeby podładować telefon. I tu niespodzianka. Spontanicznie zaczynam pisać. Pierwszy raz od dawna. I wchodzi. I jakoś idzie. Może w końcu uda się przełamać tą niemoc pisarską.
Wieczorem idę jeszcze na kolejny spacer. Tutaj życie naprawdę zaczyna się dopiero po 10. Kluby, bary, dyskoteki. Huk, harmider, chaos. Głośno i imprezowo. Jakieś pokazy tańca ognia. Mnóstwo miejsc do palenia trawki. Mnóstwo masaży. Salony tatuażu. Kilka prostytutek. Chyba za stary na to wszystko jestem. Albo nawet nigdy do tego nie dorosłem? Bujam się tak jakiś czas ale powoli dosięga mnie zmęczenie. Idę na znaną mi już plażę.
Po drodze na piasku mijam jakieś zrozpaczone dziewczę. Potrzebuje ognia do papierosa. Nie mam. Ale dziewczyna nie odpuszcza. Wydaje się być faktycznie zdesperowana. Od słowa do słowa okazuje się, że siedzi tu sama, bo chłopak uchlany już śpi. I sama smutna taka. Trochę się skarży że ten związek to nie za bardzo. Kurna… Kolejny melodramat xD
Trochę z nią posiedziałem. Trochę się napiliśmy wódki (bo to Rosjanka była). Jak już się zmęczyła to wróciła do pokoju. A ja w końcu dotarłem na plażę. Plusy są takie, że wieje. Więc nie jest gorąco i nie ma komarów. Nie trzeba rozstawiać namiotu. I dobrze.
[modula id=”1864″]
