No nic. Serce złamane. Ale trzeba jechać dalej. Czekają mnie kolejne miasta. Kolejne kraje. Kolejne kontynenty.
Do Mexico City już nie daleko. W końcu. Ale dziś nie zamierzam stopować. Jak se pomyślę o ostatnich kilkuset kilometrach… nie. Wezmę Blablacara. To bardzo popularne rozwiązanie w Meksyku. Wychodzi taniej niż autobus. O 13 wyjeżdżamy z Queretaro. Zbiórka niedaleko od domu to pójdę piechotą. Żegnam się jeszcze raz z moimi wspaniałymi gospodarzami i w drogę.
Pierwsza niespodzianka jest taka, że jadę nie zwykłym autem jak się spodziewałem, tylko transportowym busikiem. Ha. Ktoś tu autentycznie zarabia jako kierowca blablacara xD.
Druga niespodzianka jest taka, że przejazd nie zajmuje 3 godzin, jak było w apce, tylko 6. Auć.
Droga się dłuży. Nudzi. Dobrze że mam obok wolne siedzenie. Trochę luzu. Ale wciąż. Trwa to i trwa. Aż zagadałem do jednej dziewczyny, która to posłała mi wcześniej kilka uwodzicielskich, przeciągłych uśmiechów.
Ta jedzie z bratem i jego panną, świętować urodziny tej ostatniej. Idą na koncert jakiejś młodej argentyńskiej grupy. Zaczynają o 20. Może zdążą. Może…
W międzyczasie odkrywam, że Mexico City płynie. Tzn. od tygodnia są tam konkretne powodzie. Ojć. To trafiłem.
Moi towarzysze niedoli tłumaczą mi, że nie dość, że powodzie, nie dość, że dziś piątek to jeszcze 15 dzień miesiąca. A 15 w Meksyku ludzie dostają wypłaty. Więc mają dużo kasy żeby iść w weekendowy melanż. Efekt? Wjazd do miasta to jeden wielki, nieprzyjemny korek. Ale w końcu dojeżdżamy.
Miasto Meksyk. To jednocześnie oddzielny stan. Żeby było zabawniej, otoczony przez stan… Meksyk. W kraju Meksyk.
Wyobraźcie sobie, że przemianowujemy Warszawę i Mazowieckie na Polska. I stolica staje się oddzielnym województwem. Totalny Meksyk.
Wychodzę z busika. Pierwsze wrażenie jest dobre. Nawet bardzo. Tak ogólnie mi się podoba. Jestem gdzieś w centrum. Lokalizuje metro. To działa. I jest dosyć proste w obsłudze. Karta 15 pesos. Przejazd 5 pesos. Tyle co nic. A jeździ szybko i sprawnie. Jeno tylko zatłoczone.
Trochę to trwa ale docieram do lokum mojej hostki. Ta mieszka wraz ze swoją współlokatorką w Coyoacan. Jednej z lepszych i ładniejszych dzielnic Meksyku. Rozładowuję swoje rzeczy (tym razem kanapa w salonie) i idziemy zwiedzać. Tzn. Coś zjeść. Bardzo dobre coś. Daje się namówić Jessice na jakąś owocową tequilę. Mocno smakowa. Mocno rozwodniona. Nawet niezła.
Moja dobrodziejka to taki człowiek z kategorii wspaniały kompan do zabawy i picia. Wygadana. Buzia jej się nie zamyka. Gada o wszystkim. O Meksyku, o podróżach. Co jej tylko przyjdzie do głowy.
Następny dzień zaczynamy od śniadania ulicznego. Mieszkanie Jessici sprawia wrażenie, jakby było hotelem. Jest siłownia, basen, taras na dachu, biblioteka, dostępne biura i przestrzenie socjalne. Fajne miejsce. W fajnej dzielnicy.
Dziś wpadamy na chwilę do centrum. Głośno tu i tłumnie. Jeszcze nie raz tu zawitam. Po drodze coś zjemy. Jakieś magiczne tacos z ryby z długim kolcem zamiast nosa. No nie pamiętam jak to się nazywa. Ale dobre było.
Kończymy w jakiejś zabawowej dzielnicy pełnej śpiewaków. Mnie to trochę irytują. Ale trudno. Daj się namówić na prawdziwą porządną tequilę. Zapijaną sokiem pomidorowym i cytrynowym. No ok. Fajnie spróbować. Nie było złe. Wolę coca-colę.
Z powrotem do domu zdążamy przed deszczem. Na kolację kukurydza.
Następnego dnia idziemy na śniadanie w Coyoacan. W menu Carnitas. Sławne meksykańskie żarcie. Taka szarpana wieprzowina. Absolutnie przepyszna. No niebo w gębie po prostu. O matko. Ale to było dobre.
Tzn. to wciąż były tacos. Ale chodzi o mięso w środku:)
Potem idziemy przespacerować się po dzielnicy. Za dnia wygląda to znacząco inaczej niż nocą. Jest super kolorowo. Przyjemnie. Po prostu fajnie. To taka artystyczna część miasta. Mieszkała tu kiedyś pewna artystka. Nawet ma swoje muzeum tutaj. Ciągle zapominam jak się nazywała. Niefortunnie skończyła na wózku i dostała depresji. Postanowiła swój żal wyrazić malując autoportrety. Meksykanie ciągle o niej wspominają. Najsławniejsza meksykanka do czasu Salmy Hayek xD.
Na koniec moja dobrodziejka wręcza mi na pamiątkę małego, słodkiego jaguara. Zwierz ten jest wszechobecnym motywem w niemal całym Meksyku. Dzięki Jessica! Dzięki za wszystko!
Dni 341 – 343 – Owocowa tequila






















































