Jeden z ludzi mojego dobrodzieja, bierze mnie na skuter i wywozi na drugą stronę miasta. No i ekstra. Dwie godziny w kieszeni. I można od razu brać się za stopowanie.
Schemat się powtarza. Dziś znowu tylko kawałek do przejechania. Jakieś 80km. Cel: Queretaro. Stolica stanu Queretaro. Jest po drodze i ludzie mówili mi, że warto odwiedzić, to jadę.
Do miasta dojeżdżam w miarę sprawnie. Ale do miejsca moich hostów trzeba kawałek przejść. No to idę. Docieram po południu.
W domu przyjmuje mnie Tania. Dziewczyna tylko trochę młodsza ode mnie, obdarzona ślicznym uśmiechem i cudowną rodziną.
Wizytę zaczynam od dłuższej pogawędki z moją dobrodziejką. Choć będę mieszkał nie tylko z nią, a z połową jej rodziny, to właśnie ona jest moją hostką z CS.
Tania to urocza, oczytana i bardzo uprzejma inżynierka. Zawodowo zajmuje się fotografią. Marzy o pracy w Meksykańskim przemyśle filmowym. Ten niestety lata świetności ma już raczej za sobą. Ale kto wie. Może będzie okazja. Moja rozmówczyni pokazuje mi trochę swoich fotograficznych i kinematograficznych dzieł. Widać, że uzdolniona i że wie co robi. Aż mi głupio jak sobie pomyślę jakiej jakości fotki wrzucam na bloga 😅.
Tania jak każdy couchsurfer ma wielką wiedzę o Meksyku i chętnie się nią dzieli. Ale w odróżnieniu do większości swoich rodaków, przyszło jej też mieszkać w Kanadzie.
Ostatnie lata spędziła we wschodnim Meksyku. Okolice Cancun i Yucatan. Choć Meksykanka, to nie lubi owoców morza, gorąca, wilgotności, plaży i turystycznych miejscówek. Właśnie dlatego postanowiła zamieszkać w jednym z najgorętszych, najwilgotniejszych, i najbardziej turystycznych miejsc w Meksyku, słynących ze wspaniałej kuchni opartej na… owocach morza.
Ale od początku roku mieszka z mamą, z powrotem w Queretaro. Od kilku dni bierze udział w intensywnym kursie języka niemieckiego. Tak się składa, że za miesiąc wyjeżdża do Niemiec do pracy. Pierwszy raz w Europie. Na rok. Podekscytowana.
Tania to super dziewczyna z wolą i pasją życia. Uwielbia film, zdjęcia, podróże, języki jazdę na motocyklu. W pokoju ma nawet rurkę do tańca. Super dziewczyna.
Ponieważ zbiera się na lanie, wieczorem już nigdzie się nie wybieram. Dostaję spore łóżko i wszystkie potrzebne wygody. Wieczorem do domu wraca Pani domu wraz z wnuczką i partnerem. Po kolei.
Pani domu to Paty. Matka Tani oraz jej dwóch sióstr. Paty to prawdziwy anioł. To kobieta tak naturalnie dobra, troskliwa i kochana. Po angielsku zna może kilka słów ale bardzo zależy jej abym się dobrze tu czuł i aby niczego mi nie brakowało. Choć, to pierwsze doświadczenie Couchsurfingowe Tanii jak i całej rodziny, to Paty akurat bardzo często przyjmowała pod swój dach różnorakich gości. Podobnie jak mój poprzedni dobrodziej, to naturalna liderka, której pozycja wynika przede wszystkim z jej autentycznego zatroskania o dobro bliźniego. Przecudowna!
Poza tym w domu jest też aktualnie Italy. Wnuczka Paty, córka jej średniej córki, Yaretzy. Zapytacie czemu Italy ma na imię jak ma na imię? To proste. Jej mama, Yaretzy, jest wielką, ale to wielką fanką… Kambodży. Ha! Nabrałem Was. Wcale nie Kambodży. Sprawdzam czy uważnie czytacie. Tak naprawdę jest wielką fanką Botswany.
Poza tym Diego. Partner Paty. Paty jest formalnie mężatką ale nie jest już z mężem od 20 lat. Nigdy nie wzięli rozwodu. Są w wiecznej separacji. I tego typu sytuacja to chyba nie jest rzadkość w Meksyku. Zdaje się, przyczyną są sprawy kulturowe. Co ciekawe, Diego jest młodszy od Paty o… 15 lat. Wygląda na to, że to też nic zaskakującego w Meksyku 😁.
Diego swoim życiem wydaje się z wielkim zaangażowaniem naśladować św. Józefa z Nazaretu. Tzn. niewiele mówi, ale zawsze jest w pobliżu, gotów pomóc w razie potrzeby każdemu członkowi rodziny.
Italy natomiast to urocza dziewczynka wiecznie uśmiechnięta, wiecznie wpatrzona w tablet, a przy tym zawsze czujna, uważnie nasłuchująca wszystkiego o czym mówią „dorośli”. Fajna rodzinka.
A, no i w domu jest jeszcze Edgar. Ten jest lokatorem. Mieszka sobie w pokoiku w domu. Ale ciągle o nim zapominam. Przez okres 4 dni minąłem się z nim dosłownie… raz. Ten jak tylko wróci do domu, to znika w zakamarkach swojej komnaty. Nie je wspólnie obiadów. Nie socjalizuje się. No duch.
Następnego dnia, przy okazji śniadania, do domu wpada Mashelly. Najstarsza córka. Prawniczka. Po dziewczynach od razu widać, że siostry. Ale jak przyglądam się Mashelly to nie mogę się pozbyć wrażenia, że już ją znam. Gdzieś już ją widziałem. Po dłuższej chwili dociera do mnie, że spotkałem jedną z wariacji jednej z towarzyszek jedenastego Doctora Who. Tzn. wygląda zupełnie jak Jenna Coleman.
Mashelly wydaje się być żywo zainteresowana moją podróżą. „Im your fan” deklaruje dosyć szybko. W ogóle przez ostatni rok usłyszałem tego typu deklarację więcej razy niż w całym moim „poprzednim” życiu. Trochę zabawne.
W ciągu dnia wybieram się do miasta. Tania uświadamia mnie, że choć google nie za bardzo ogarnia rozkłady jazdy w Meksyku, to jest specjalna, dedykowana temu apka, dzięki której mogę sobie sprawdzić, gdzie i jak dojechać. Apka… Przypomina mi się dramat komunikacji w Guadalajara. Ja powinien był wiedzieć o tej apce wcześniej…
Queretaro. Stolica stanu Queretaro. Wybieram się na spacer po mieście. W Meksyku odwiedziłem już tyle miejsc, że to wydaje się raczej po prostu kolejnym po drodze. Nie zachwyca niczym szczególnym. Choć nie da się też odmówić mu uroku. Jest wciąż bardzo przyjemnie.
Wieczór przeciągnięty przy stole. Gadamy. O wszystkim. O życiu. O podróżach. O Meksyku. O Polsce. O statusie Jana Pawła II. Meksykańskich tradycjach, przekleństwach, i oczywiście, o jedzeniu. Ciekawe. Absolutnie w każdym stanie w jakim do tej pory byłem, ludzie zawsze zachwalali, że mają najlepsze meksykańskie jedzenie. Aż do teraz. Okazuje się bowiem, ze Queretaro słynie raczej ze słabego żarcia. Jest tu nawet taki żart, że jak chcesz dobrze zjeść to… Idź do KFC albo do Dominium. Auć.
Dziewczyny opowiadają mi o najmocniejszych hiszpańskich słowach na przykładzie bluzgów rzucanych z górnego piętra przez Edgara. Gra w grę. Ale jak dla mnie nawet najmocniejsze hiszpańskie wulgaryzmy brzmią jak poezja. Hiszpański to taki miękki język. Już ja im wytłumaczę jak się rzuca mięsem…
Ale żeby nie było. Również się ukulturalniamy. Rozmawiamy o sławnych meksykańskich artystach, aktorach, dyktatorach… Gadamy o języku. O najpiękniejszych hiszpańskich słowach. Przy okazji okazuje się, że Tania to tak naprawdę Xallit. Wszystkie córki mają trochę egzotyczne imiona. Zdaje się, że jeszcze od Azteków. Dziewczyny tłumaczą mi subtelną różnice między „calor”, a „caliente”. Ważna rzecz, zwłaszcza jeśli nie chcemy przypadkiem wyjść z towarzystwie na zboczuszka. Tematów okołozwiązkowych też nie brakuje.
Swoją drogą Xallit i Alix (Mashelly) totalnie przywodzą mi na myśl Olkę i Gabę. Moje dwie, cudowne siostrzyczki. Ta sama dynamika między nimi. Ta sama pozycja w rodzinie. Alix, starsza, bardziej taktowna, opiekuńcza. Inicjuje i prowadzi rozmowę. Zależy jej żeby wszyscy (czy też głównie ja) się dobrze czuli. Okazuje zainteresowanie. To Ola. Xallit, przez najlepszą znajomość angielskiego, sprawia wrażenie najbardziej ogarniającej wszystko. Potrafi siedzieć po cichu, sprawiając wrażenie, totalnego nie zainteresowania tematem, żeby niespodziewanie zabrać głos i zacząć wszystkich poprawiać, pokazując im jak bardzo mieszają wątki i nie potrafią skonceptualizować myśli. Totalnie Gaba.
Nawet Italy, wiecznie na uboczu gdzieś tam w swoim świecie daje vibe Agi.
O jejku jejku. Czuję się prawie jak w domu.
Aż żałuję, że nie poznałem środkowej siostry. Swoją drogą w tym zestawieniu wychodziłoby, że ona jest mną. Psycholożka. W ogóle inżynierka, psycholożka i prawniczka. Mama pęka z dumy.
Przy czym obie dziewczyny są absolutnie cudowne. Niby dzieli je 11 lat różnicy ale w ogóle tego nie widać. Obie są prześliczne, bystre, wykształcone, wyluzowane, pozytywne, uroczo uśmiechnięte i zabawne. Aż się chyba zauroczyłem… W obu…
Człowiek się tuła sam po tym bożym świecie tyle lat i nic. Aż tu nagle ni z tego ni z owego spotyka dwa takie cudowne diamenty. No i co z tym zrobić? Totalnie zaobrączkowałbym obie.
Ależ to był cudowny wieczór. Fajnie tak przez chwilę poczuć się znowu członkiem rodziny. Bo tak się poczułem. Dzięki Paty, Diego, Mashelly, Tanii i Italy. Dzięki Wam wszystkim!
Następny dzień to dzień ogarniania i pisania. Nie spałem zbyt dobrze. Więc romantyczną frustrację przekułem w pisarski amok. Poza tym dzień normalny. Spokojny. Mashelly wróciła do siebie. Tania wyjechała gdzieś z przyjaciółmi. Ja ogarniam dalszą podróż. Zjem coś, przespaceruję się. Uratuję schnące pranie przed burzą. Proza życia.
Dni 338 – 340 – Zauroczyłem się!
Poprzedni artykułDzień 337 - To będzie długa podróż...
Następny artykuł Dni 341 - 343 - Owocowa tequila
Następny artykuł Dni 341 - 343 - Owocowa tequila















































