Michael Travel
  • Home
  • Płaska Ziemia
  • Albumy
  • Info & Kontakt
2025-09-06 przez MikolajTD

Dni 343 – 348 – Muzeum

Dni 343 – 348 – Muzeum
2025-09-06 przez MikolajTD

Na wieczór docieram do mojej kolejnej hostki. Loren. Już na pierwszy rzut oka widać, że jest to pozytywna, radosna i zwyczajnie dobra osoba.
Moja wizytę zaczynamy od zakupów. Zbliża się początek roku szkolnego. I tak się składa, że Loren zgłosiła się do wyposażenia jednego ucznia, który finansowo nie może sobie na to pozwolić, w niezbędny szkolny ekwipunek. Oferuję swoje towarzystwo w trakcie zakupów. Lista gotowa. Idziemy do sklepu.
I myślę sobie, że dobrze że poszedłem. Tłumaczę Loren, że 9 letni chłopak raczej nie będzie zachwycony gładkimi, żółtymi czy czerwonymi zeszytami. Zamiast tego fajnie jakby był tam jakiś fajny, męski obrazek. Jakieś auto albo czaszka. Angażuję się. Oboje zaczynamy się przejmować czy zakupiony sprzęt spodoba się chłopakowi. Plecak, zeszyty, pióra… Wszystko mamy.
U Loren zostaje w sumie na 5 nocy. Trochę zwiedzam, trochę chilluje, trochę imprezuje. Moja dobrodziejka sporo pracuje. Bywa, że nie ma jej w domu cały dzień. Innym razem jest, ale od rana do nocy przy komputerze. Co urocze, do pracy odwozi ją tata. Ten jest już na emeryturze. I choć mieszka 40 minut samochodem stąd, to chętnie odpala auto aby przyjechać do córki i zawieść ją do roboty. To chyba najsłodszy tata na świecie. Dodatkowo w piątki przyjeżdża i zostaje na cały dzień. Loren ma wtedy home office. Ale tak sobie siedzą razem. Pogadają, wypiją kawę, zjedzą.
Towarzyszy im kot. Nieufny. Po kilku dniach wciąż nie chce mnie nawet dotknąć i ucieka na mój widok. Za to ma zajebiste malowanie. Wygląda jakby nocą, zjeżdżał do swojej piwnicy, a potem poskramiał psy i bronił uciśnione kotki. BatCat.
Choć moja gospodyni jest raczej zapracowana, to przeważnie uda nam się wieczorami zjeść razem obiad. Czasem wyskoczymy na miasto. Czasem zostaniemy w domu.
Mexico City, jeśli chodzi o jedzenie jest zarówno wspaniale jak i tragiczne. Wszystko zależy od tego czy wiesz gdzie zjeść. Loren zaprosiła mnie na absolutnie najlepsze tacos jakie jadłem do tej pory w życiu. Mmm. Ale sama też jest bardzo sprawną kucharką. Tłumaczy mi subtelne różnice między poszczególnymi Meksykańskimi daniami. Tutaj to jest tak, że mają tysiąc różnych potraw, wszystkie takie same, ale nazywają się zupełnie inaczej. Przykład.
Kurczak z sosem zielonym lub czerwonym, zawinięte w tortille nazywają Enchiladas. Ale kurczak w sosie zielonym lub czerwonym w tortilli, która została przecięta nazywa się już Chilaquiles. „To przecież zupełnie co innego” kwituje Loren.
Wogóle z Mexico City i jedzeniem to jest jeszcze zabawniej. Tacos to wiadomo. Tacos to tacos. Jest wszędzie. Każdy lubi. Choć np tu tacos są dużo mniejsze niż na północy kraju. Niektórzy zdrobniale nazywają je taquitos. Dalej quesadillas. To proste. To takie tacos z serem. Queso – ser po hiszpańsku. Ale mieszkańcom stolicy coś się przekręciło i wymyślili, że można zamówić quesadille… Bez sera. Trzeba zaznaczyć w restauracji jakie się chce. Cały kraj ma z nich polewkę.
Jednego dnia wybieram się na spacer po La Roma. Znowu, jedna z ładniejszych, bardziej prestiżowych dzielnic. Mnóstwo tu barów i restauracji. Przyjemny klimat.
A innego wieczoru dałem się nawet wyciągnąć na… Lekcje salsy i bachaty.
A no dziewczyny z Queretaro mi wytłumaczyły, że jak chce się jeszcze bardziej podobać latynoskom to muszę się nauczyć tańczyć po ich niemu. To poszedłem. Zaprosiła mnie Rose z CS.
Meksykanie tańczą sporo. W klubach, barach, domach czy na ulicy. Przeważnie „swoje” rzeczy. I przeważnie wiedzą co robią. Lekcje były ok. To duży otwarty klub. Przez pierwszą godzinę były lekcje salsy. Przez drugą bachaty. A potem już rozpoczęła się właściwa impreza. Ogólnie spoko. Można było tam złapać podstawowe kroki. Choć jak dla mnie zdecydowanie za dużo ludzi. Za duży chaos. Ale ogólnie się podobało. Trzeba będzie jeszcze kiedyś to ogarnąć. A biorąc pod uwagę, że dopiero zaczęliśmy Amerykę Łacińską, to myślę że okazję się jeszcze przytrafią.
Innego razu wybrałem się do muzeum antropologii. Chyba jedno z bardziej ikonicznych miejsc miasta. Wstęp 20zł. Miło, że nie doją. Niektórzy mówią, że można tu spędzić cały dzień. Mi wystarczyło 2,5 godziny. Ale w środku jest super. Jest co oglądać. Dla znających hiszpański, również poczytać. Zwiedza się przyjemnie. Zalatuje mocno Indiana Jonesem. Co rusz do głowy przychodzą sceny z El Dorado (tego Disneyowskiego;).
Wiecie, że oni naprawdę grali w tę grę co się biodrami odbija 4 kilową piłkę, próbując trafić do zawieszonego wyżej, kamiennego donata. I nadal grają w niektórych rejonach Meksyku. Ale chyba już nie składają ofiary z przegranych. Chyba.
Ja tak mam, że który kraj nawiedzam to na wstępie pobieram z YouTuba wszystkie możliwe wykłady na temat historii, kultury i realiów życia. Trochę się już nasłuchałem zarówno o Majach jak i Aztekach. Fajnie jest móc to zobaczyć na własne oczy.
Ależ to było przyjemne kilka dni. Meksyk nie przestaje mnie zaskakiwać i zachwycać. Jestem tu już tydzień, a wciąż chce go więcej.
Dzięki Loren za gościnę, jedzenie, rozmowy i wspaniałe towarzystwo!

Poprzedni artykułDni 341 - 343 - Owocowa tequilaIlustracja wprowadzajaca dzien 343Następny artykuł Dni 348 - 350 - Wśród kosmitówIlustracja wprowadzajaca dzien 350

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

O Blogu

Jestem Michał, dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

Ostatnie wpisy

Pierwszy Vlog! Dzień 3582025-09-16
Dni 351 – 360 – Wrestling, moja przyszłość!2025-09-12
Dni 348 – 350 – Wśród kosmitów2025-09-08

Telefonik: +48 69dwa 4ysta98 sto20

Fundacja: Józefa Strusia 13a, Warszawa

Rife Free WordPress Theme ❤ Made by Apollo13Themes.com

Jestem Michał,

dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

RAAM
Gibraltar
Malta