Ostatnie śniadanie z Edgarem i ruszam w drogę. Dzięki za wszystko Edgar!
Do pokonania znowu mam bardzo niewielki kawałek. I niestety znów zajmuje mi to więcej niż powinno. Próbuję się ogarnąć w autobusach. Mój gospodarz wysłał mi skąd, dokąd i w co mam wsiąść. Ale nic mi się nie zgadza. Efekt? Butuję przez dwie godziny żeby wyjść za miasto. Niezły początek.
Na szczęście potem już jakoś poszło. Trasa przyjemna i niedługa. Znowu, niespełna 100km.
Dojeżdżam do San Miguel de Allende. I to do samego centrum. Wszystko zgodnie z planem. Tylko nie godzina xD.
Pierwsze, drugie i trzecie wrażenie jest takie, że to trochę Gunajuato w wersji soft. Mniej ludzi. Mniej budynków. Mniej wzniesień. Mniej imprezy. Ale wciąż to wszystko jest. A architektura cieszy oko. Jedyne czego tu jest więcej niż w Guanajuato to języka angielskiego na ulicy. Ten jest wyraźnie bardziej słyszalny. I nic dziwnego. To bardzo popularny kierunek wśród Amerykanów. Ale to w sumie jedyny poważny minus.
Chwilę po moim przyjeździe zaczyna padać. Ale to tylko dodaje uroku całemu miasteczku.
Idę zwiedzać:)
Wieczorem podjeżdża po mnie Jairo. Ciekawy gość. Taki facet z kategorii zna każdego i potrafi wszystko załatwić w pół godziny.
Pracuje dla amerykańskiej firmy ale ma też biznes dostawczy. Ma spory dom, i kilku współlokatorów. Świetny gość!
Dzień 337 – To będzie długa podróż…
Poprzedni artykułDni 332 - 336 - Bezpieczniej niż w USA
Następny artykuł Dni 338 - 340 - Zauroczyłem się!
Następny artykuł Dni 338 - 340 - Zauroczyłem się!




















































